wtorek, 31 marca 2026

Od Braen'a

 Braen i Blair biegnęli dalej przed siebie. Ślady poprowadziły ich prosto w głęboki, stary las. Powierzchnia w głównej mierze tutaj była pokryta mchem, który nie za bardzo dawał z siebie odczytywać kiedy i kto tędy przebiegał. Kierowali się urwanymi gałązkami, ale im dalej szli, tym mniej było krzaków i młodych, niskich drzewek. Powoli dotarło do nich, że zgubili ślad.
Blair przystanęła i  zasapana oparła się o swoje kolana. Syren stanął, rozglądał się dookoła.
- Cholera - parsknęła dziewczyna - Zgubiliśmy padlinę!
Braen puścił jej słowa mimo uszu. Gestem nakazał jej być cicho. Starał się znaleźć trop w okolicznych dźwiękach. Niestety słyszał samą martwą ciszę. Nagle Blair się wyprostowała.
- Słyszę coś. Jakby...
Zaczęła iść w tylko sobie wiadomym kierunku. Braen wytężał słuch, ale nic nie słyszał.
-... płaczące dziecko
Braen już chciał jej tłumaczyć, że płaczące dziecko w środku lasu, tym bardziej mrocznego i magicznego, to nie jest dobry znak, ale ona już wyruszyła niespodziewanym sprintem.
- Już idę maleństwo!
- Blair! Stój!
Pobiegł natychmiast za nią. Złapał ją, lecz ta zaczęła się wierzgać i wyrwała mu się. Dopadł ją ponownie kilka metrów dalej. Tym razem przyskrzynił ją do ziemi kolanem.
- Patrz, tam jest! - wskazała na puste pole mchowe, pośrodku którego była szara górka.
Przy bliższym spojrzeniu, zauważył, że górka rusza się. Miarowo oddycha. Wciąż nie słyszał płaczu dziecka, lecz skowyt jakby wilka i osła w jednym zwierzęciu. Był żałosny, pełen bólu, bez rytmu.
- Nie płacz, maleńki, już idę! - krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Na te słowa, zza górki wyłonił się łeb na chudej szyi. Jedno szeroko otwarte czarne oko łypnęło na nich. Jednorożec bez pośpiechu wstał z mchowego łoża. Chwiejnie postawił się na cztery kopyta. Teraz w pełnej okazałości wydawał się mizerny, a jego róg był o połowę krótszy. Ciągle skowyczał, stojąc, jakby oczekiwał, aż do niego podejdą. Niecierpliwie grzebał kopytem w ziemi, jakby rozkazywał im. Teraz Braen pojął zachowanie Blair. Była pod jego czarem. Ona słyszała i widziała w miejscu krwiożerczej bestii bezbronne niemowlę. Ogarnął jej umysł i serce, by tylko zdobyć łatwą ofiarę. Na szczęście chłopak był odporny na magię śpiewu. Kurczowo trzymał przy sobie dziewczynę, która co rusz starała się mu wyrwać.
- Będziesz się musiał obejść smakiem! Twoje sztuczki na mnie nie działają. Jestem syreną.
Jednorożec, pojąwszy jego słowa, zamilkł na chwilę, postawił uszy do tyłu, naprężył ciało we wściekłym ryku i stanął dęba. Wymierzał się, by ruszyć w nich z galopu.
- Wybacz Blair, ale podziękujesz mi za to później 
Uwolnił szybko jedną rękę, chwycił najbliższą grubą gałąź i zamachnął się nią nad dziewczyną...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W tym samym czasie na polu, z którego startowali uczestnicy, właśnie wynoszono na noszach siostrę Sterling. Jej brat, który był mniej poturbowany, siedział na niższych trybunach. Był opatrywany przez Anioła Wade'a. Gdy ten skończył, akurat w tym momencie dobiegli Paedyn ze Spencerem. Spencer trzymał w szmatkę zawinięty róg jednorożca. Gdy dobiegli do mety, wcisnął ją również Pae do ręki i unieśli go. Przypadkowo w tym momencie cyknięto im fotkę. Tłumy na trybunach aż zawrzały z wiwatów i okrzyków. Dyrektor podszedł do nich i z serdecznym uśmiechem uścisnął każdemu z nich dłoń. Tu też skądś błysnęły lampy fleszy. 
- Moje gratulacje. Dowiedliście, że jesteście w stanie dowieść nieomylności czary co do was. 
Profesor obrócił głowę w kierunku Anioła, który pakował coś do swojej czarnej, skórzanej teczki.
- Zechcesz zerknąć na nich lekarskim okiem?
- Nic im nie jest - nawet się nie obrócił, dalej coś grzebał.
- Skąd ta pewność?
Domknął zamek, poprawił kołnierz swojej marynarki. Założył na ręce z powrotem skórzane, czarne rękawiczki. Otrzepał z lekka pelerynę.
- Stoją na dwóch nogach, nie krwawią, mają tylko lekkie zadrapania. 
Anioł nie przybył tu, by być lekarzem dla wszystkich. W myślach zamartwiał się tylko jednym uczestnikiem.
- Ależ nie musi być pan taki nadęty - wtrącił się Spencer - Kiedyś był pan bardziej wyluzowany.
Anioł przez chwilę raczył go obdarzyć spojrzeniem. Drugą chwilę zastanawiał się skąd pamięta tego chłopaka. Z głośnym "Aaah" przypomniał sobie.
- Spencer... wyrosłeś - skwitował to krótko - Moje kondolencje za rodziców - poklepał go porozumiewawczo po ramieniu.
Chłopak miał minę, jakby pomylił cebulę z ziemniakiem, i dowiedział się o tym dopiero po wgryzieniu się w nią. Nietakt pana Wade'a nieco go zbił ze swojej roli tajemniczego i wyższego stopniem.
Wtem z rogów trybun wyrosło kilkadziesiąt małych dzwonków. Wszystkie zaczęły dzwonić w tym samym czasie niczym alarm. Z głośników wydarł się głos spikera, który próbował przegłuszyć ich dzwonienie.
- Tylko bez paniki! To prewencja przeciw Zakazanej Magii Dźwięków. Pod waszymi fotelami znajdziecie zagłuszające zatyczki do uszu. Proszę włóżcie je i oglądajcie dalsze instrukcje oczami.
Ponieważ Pae i Spenc nie byli na trybunach, przechodzące pielęgniarki natychmiast wręczyły im zapas zatyczek.
- To po to, żebyśmy nic nie słyszeli - wyjaśnił szybko ognisty chłopak do białowłosej partnerki - Ktoś użył zwodzidzielskiego śpiewu. Gdzieś tam - wskazał na las, gdy zaczęło się robić coraz głośniej - Szkoła jest bardzo dobrze wyczulona na tą magię.
Tylko Angus i Anioł nie mieli zatyczek. Anioł patrzył w niebo, jakby oczekiwał, że zaraz zobaczy tam pawia i fajerwerki. Nerwowo zaciskał pięści, aż szwy na jego rękawiczkach zaczęły puszczać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
... i trafiwszy w pobliskie drzewo, ogłuszył ją. Dziewczyna z bolesnym jękiem zakryła uszy. Braen wypuścił ją ze swoich rąk i odrzucił daleko w mech. Machał rękoma, drażniąc jednorożca.
- No chodź tu do mnie, czarusiu!
Koń z ciężkim tupotem przednich kopyt opadł na ziemię i ruszył na Braen'a. Syren zaczął uciekać przed nim. Taki był jego plan. Uciekanie i wkurwianie rogatego. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Nie było przemyślanego planu, tylko działanie na wyczucie. Trochę zgubne, gdy przeciwnik ma napęd na 4 nogi i ostre kły. Czuł na karku jego oddech i słyszał bardzo wyraźnie szczękanie jego zębów. Nagle poczuł rwący ból na głowie. Zwierzę szarpnęło go za włosy. Wbrew sobie upadł na plecy. Róg stanął nad nim. W ostatniej chwili chwycił go za uszy i grzywę i trzymał z dala od swej twarzy o kilka centymetrów. Z jego kłapiącej paszczy błyszczały rzędy śmiercionośnych zębów niczym u wilka. W jego oczach aż się gotowało. Nerwowo dreptał, kopiąc tym samym chłopaka w bok i żebra.
Choć Braen powoli tracił już energię, zebrał ostatnie swe siły w rękach, by nie dopuścić, by bestia rozszarpała mu twarz. Gdy czuł, że uszy zaraz wyślizgną mu się z dłoni, fala energii odrzuciła jednorożca z niego. Poszybował kilka metrów dalej. Syren natychmiast udźwignął się na równe nogi. Parę metrów przed nim widział nadbiegającą Blair. Jedną dłonią zasłaniała ucho, drugą kierowała w kierunku roga. Ten, wyhamowawszy na pobliskim wiekowym drzewie, zaczął się podnosić z trudem. Widocznie utykał, a bok miał zdarty aż do krwi. Dlatego nie protestował gdy Blair się zbliżała i jej moc coraz bardziej obejmowała go niczym niewidzialna dłoń. Braen doskoczył do niej i zakrył jej uszy. Teraz dwiema rękoma mogła nad nim panować.
- Mam ochotę zabić to bydle - syknęła.
- Nie! Potrzebujemy jego krwi - starał się mówić słowami, które do niej przemówią - a żadne z nas nie wzięło fiolki. Musimy go... przenieść.
Dziewczyna spojrzała na niego kątem oka jakby miała przed, a raczej za, sobą szaleńca w białym kaftanie.
- Masz lepszy pomysł?! - warknął.
Nie miała. Oboje ruszyli w kierunku, z którego zaczął się ten cały bałagan.
Mogli w sumie poświęcić swoje ubrania i nasiąknąć je krwią, lecz syren nie rzucił tego pomysłu na stół. W głębi siebie, mimo tej całej potyczki, czuł się źle za takie potraktowanie tego zwierzęcia. Nie ono jest tu winne swej natury. To oni nagle wtargnęli do jego domu. Czuł się winny i ciężko mu z tym było. Chciał swoją winę jakoś zadośćuczynić.
Biegli przez ten przeklęty las. Blair "niosła" przed sobą zwierzę, Braen był tuż za nią i trzymał kurczowo dłonie na jej uszach. Jednorożec już nie wydawał dźwięków ani nie walczył, tak jakby poddał się całkowicie. Złamali jego ducha... Braen czuł się z tym naprawdę koszmarnie.
~~~~~~~~~~~~~
- Tam są! Widzę ich! - spiker krzyknął, wymachując palcem w tylko sobie znanym kierunku.
Reszta starała się dojrzeć coś w gęstwinie lasów. Niedługo to potrwało, gdy wyłoniła się pierwsza sylwetka. Ciekawość natychmiast zamieniła się w panikę i dezorientację. Na arenę padło ciało konia, szarego, brudnego, wychudzonego. Jedyne, co zdradzało, że to był jednorożec Świtu, wskazywał już niewielki kawałek rogu wystający z jego czaszki. Ludzie na trybunach wstali, niektórzy nawet już rzucili się do ucieczki w obawie przed jego magią.
Zaraz po nim wyłonili się ostatni uczestnicy. Wyczerpana zielonowłosa padła zaraz po przekroczeniu linii mety. Jej moc i wysiłek fizyczny dosłownie ją wycisnęły jak cytrynę. Braen dobiegł dalej, nogi odmówiły mu posłuszeństwa tuż przed rozwalonymi kopytami. Potknął się o nie, cielsko zwierza zamortyzowało jego upadek. Czuł jego miarowy, choć słaby oddech.
Nauczyciele natychmiast ich okrążyli. Wyciągnęli różdżki i skierowali je na bestię.
- Nie! - Braen się podniósł - Nie róbcie mu krzywdy. Mamy krew - uniósł w górę ręce, ukazując swoje ubrania upaćkane czerwienią - On jest ranny. Potrzebuje pomocy.
Spojrzał dookoła. Znalazł wzrokiem dyrektora. Szukał w jego posturze werdyktu, jakiegokolwiek.
- Nie było mówione w czym ma być ta krew! - uzasadnił - I mamy też to - podrzucił mu pod nogi kępkę grzywy, którą wyrwał w siłowaniu się - Sterling... to zgubili.
Ciężko dyszał. Dopiero teraz, gdy byli w bezpiecznym miejscu, cały ból i przemęczenie dały się we znaki. Brzuch go zaczął maltretować. Opuścił zmęczone ręce znów na szare cielsko. Róg jednym okiem łypał na niego, to na nauczycieli, jakby jego też interesowało jaki będzie werdykt. Może rozumiał, że od tego teraz też zależą jego losy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...