- Czego chcesz, Von Void?
- Spencer - przedstawił się z ręką na sercu - Nie bądźmy dla siebie tacy oschli. W końcu łączy nas wspólny interes.
- Wątpię. Lepiej idź stąd, bo ja nie bratam się z konkurencją.
- Ty nie, prawda. Ale twój partner... W tej sprawie właściwie się zjawiłem. - zamilkł teatralnie, gdy zauważył, że zdobył jej zainteresowanie - Czara może i idealnie dobrała pary pod względem umiejętności, ale niestety zaufanie temu nie jest równe...
Blair cisnęła gazetą o podłogę. Natychmiastowo chwyciła Spencera za jego idealnie wyrównany kołnierz.
- Przestań pierdolić poetyckie wysrywy i mów, o co ci chodzi, albo spierdalaj stąd i nie marnuj mojego cennego czasu - warknęła.
- Przestań pierdolić poetyckie wysrywy i mów, o co ci chodzi, albo spierdalaj stąd i nie marnuj mojego cennego czasu - warknęła.
Przedmioty dookoła zaczęły się unosić. Nawet rudzielec poczuł lekkość pod stopami.
- Chciałem tylko powiedzieć, że prędzej czy później nasi partnerzy nas zdradzą. Lgną ku sobie, to widać. Lubią się, powiedziałbym nawet, że za bardzo - mówiąc ostatnie zdanie, miał taki sam grymas obrzydzenia jak zielonowłosa - Wystawią nas na lodzie, by zebrać nam wygraną sprzed nosa i cieszyć się nią... razem. Dlatego stwierdziłem, iż my musimy ich ubiec. Musimy połączyć siły i strącić ich pionki, zanim oni strącą nasze.
- Ty bezczelny jesteś. Masz amnezję, czy może jednorożec uderzył cię za mocno w ten ognisty łeb? Co ja przed chwilą powiedziałam?
- Heh, spokojnie, spokojnie. To tylko moja propozycja, a zarazem ostrzeżenie, być uważała i miała na oku Wade'a. Wtedy sama się przekonasz. Możesz przyjąć moją propozycję i stworzyć nowy, wierny zespół, a możesz ją też odrzucić. Wybór należy do ciebie. Daj mi znać do jutrzejszego południa.
Wyrwał się jej uściskowi i jakby nigdy nic się nie stało, wrócił tam, skąd przyszedł.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
- Chciałem tylko powiedzieć, że prędzej czy później nasi partnerzy nas zdradzą. Lgną ku sobie, to widać. Lubią się, powiedziałbym nawet, że za bardzo - mówiąc ostatnie zdanie, miał taki sam grymas obrzydzenia jak zielonowłosa - Wystawią nas na lodzie, by zebrać nam wygraną sprzed nosa i cieszyć się nią... razem. Dlatego stwierdziłem, iż my musimy ich ubiec. Musimy połączyć siły i strącić ich pionki, zanim oni strącą nasze.
- Ty bezczelny jesteś. Masz amnezję, czy może jednorożec uderzył cię za mocno w ten ognisty łeb? Co ja przed chwilą powiedziałam?
- Heh, spokojnie, spokojnie. To tylko moja propozycja, a zarazem ostrzeżenie, być uważała i miała na oku Wade'a. Wtedy sama się przekonasz. Możesz przyjąć moją propozycję i stworzyć nowy, wierny zespół, a możesz ją też odrzucić. Wybór należy do ciebie. Daj mi znać do jutrzejszego południa.
Wyrwał się jej uściskowi i jakby nigdy nic się nie stało, wrócił tam, skąd przyszedł.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Później, tego samego dnia, w nocy:
Braen pozostał w hospicjum. Jego stan był stabilny, ale miał podwyższoną temperaturę. Ojciec nalegał więc, by został jeszcze noc na obserwacji. Jako, że był w obcym miejscu, zewsząd dochodziły dziwne hałasy, a z okien księżyc rzucał swój blask na całą salę, nie mógł spać. Wiercił się bezustannie. Uznał, że sen w takich warunkach nie ma sensu, więc wstał i zaczął przechadzać się po sali. Oprócz niego, nie było tam nikogo, z wyjątkiem Sterlingów. Oboje leżeli obok siebie, brat miał nogę w gipsie, a siostra, która ucierpiała najbardziej, była podpięta pod kroplówki i aparaturę, której nie mógł nazwać z pamięci. Na sam widok przykro się robiło. Czuł, że zbiera mu się gula w gardle. Ten turniej to wariacki pomysł jakiegoś psychopaty. Wyślijcie swoją młodzież na niebezpieczne wyzwania! Ci, którzy ujdą z życiem, dostaną stypendium! Kasę! Sławę! A polegli... polegną. Niedobrze mu się robiło od samego myślenia o tym. Najchętniej uciekłby ze szkoły.
Miał już iść dalej, kiedy usłyszał skrzypienie starego łóżka. Ciche westchnienie i ktoś postawił ciężkie nogi na zimnej posadzce. Ricky Sterling się przebudził.
- Braen Wade...
- Nie wstawaj. Jesteś w hospicjum.
- Wiem - mówił z wciąż zamkniętymi oczami - Usiądź koło mnie - poklepał miejsce obok siebie.
Syren czuł w jego zachowaniu coś dziwnego. Może lunatykował? Z takimi to trzeba ostrożnie. Podszedł tak jak mu kazał, chcąc go znów ułożyć w łóżku. Naprzeciw leżała Donna. Mimo swego cielesnego stanu, spała bardzo spokojnie.
- Ricky... - jego głos był niepewny. Ujął bruneta, by ten nigdzie nie szedł.
- Chcemy ci podziękować. Bardzo się dla nas poświęciłeś, a nie musiałeś - dopiero teraz wyprostował się i otworzył oczy.
Braen zamarł. W miejscu jego oczu ziała zimna, czarna pustka, która wprawiała w osłupienie ze strachu. Otoczona była beznamiętnym wyrazem twarzy. Tylko usta wydawały się być dziwnie zrelaksowane w skromnym uśmiechu.
- Możliwe, iż uratowałeś nam życie. Dlatego damy ci radę co do następnej konkurencji.
Dopiero teraz doszło do niego, że chłopak mówi w osobie mnogiej. I że aparatura przestała hałasować. Spojrzał przed siebie. Donna siedziała naprzeciwko, nieruchomo, jej oczy również pochłonęła czerń. Nie miała na sobie ani szramy czy też siniaka.
- Następna konkurencja będzie sprawdzianem samego siebie, swego wnętrza, swych najskrytszych lęków, fobii i zmartwień. To będzie próba, która wystawi wszystkie karty na wierch. Przygotuj się na stawienie czoła temu, co wstrząsło twoim sercem lata temu... - przerwała.
- Ta konkurencja wystawi również na próbę relacje. - kontynuował Ricky - Kto był przyjacielem, może stać się wrogiem, a wróg sojusznikiem. Przesiewaj przez sito wszystkie informacje, zewsząd będą wyłaniać się kłamstwa i oszczerstwa. Będą również próby manipulacji
- Dlatego my przegramy z własnego wyboru. Nasza więź jest nie z tego świata - to już Braen zdążył zauważyć - Nierozerwalna i święta. Nie jesteśmy już na siłach, by stawić czoła chaosowi tego wyzwania. - to też zauważył.
- Bądź uważny. Wkrótce padnie wskazówka, jak wytwarzać specyfik, który pomoże ci przejść tę próbę - tymi słowami Ricky zakończył ich monolog.
Zamrugał 2 razy. Jego oczy stały się normalne, brązowe. Donna też z powrotem leżała, cała w bandażach i pod kabelkami aparatury. Jej wyprasowana kołdra nie zdradzała żadnego pogniecenia od siedzenia. Teraz to wszystko wyglądało jakby sobie to wymyślił, przywidział.
- Mwah - Ricky ziewnął - Oj, gadałem przez sen? Wybacz, jeśli cię obudziłem.
- Nie... I tak nie mogłem spać. Chodziłem sobie... ja już wrócę do siebie. - jak powiedział, tak zrobił.
Przez to zdarzenie już nie zmrużył oka. Rano wyglądał jak własny cień. Wrócił do siebie, wziął szybki mały prysznic w zimnej wodzie, co trochę pomogło mu wyglądać normalnie. Niestety na teorii z panią Vane cały czas tylko wisiał z ciężką głową nad kartką i gapił się w nią tępo.
- Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył - skwitowała go Paedyn.
- A może zobaczyłem... Całą noc nie spałem. Nie polecam być pokopanym przez jednorożca. Trafisz do hospicjum, gdzie będziesz spała ze zmorami i wyjcami. Ale przynajmniej Blair mnie nie otruła. - żarty się go trzymały - Słuchaj... pamiętasz jak mówiłaś mi, że następna próba będzie ciężka? Skąd to wiesz? Powiedz. Ja się dzielę z tobą wieściami.
Braen pozostał w hospicjum. Jego stan był stabilny, ale miał podwyższoną temperaturę. Ojciec nalegał więc, by został jeszcze noc na obserwacji. Jako, że był w obcym miejscu, zewsząd dochodziły dziwne hałasy, a z okien księżyc rzucał swój blask na całą salę, nie mógł spać. Wiercił się bezustannie. Uznał, że sen w takich warunkach nie ma sensu, więc wstał i zaczął przechadzać się po sali. Oprócz niego, nie było tam nikogo, z wyjątkiem Sterlingów. Oboje leżeli obok siebie, brat miał nogę w gipsie, a siostra, która ucierpiała najbardziej, była podpięta pod kroplówki i aparaturę, której nie mógł nazwać z pamięci. Na sam widok przykro się robiło. Czuł, że zbiera mu się gula w gardle. Ten turniej to wariacki pomysł jakiegoś psychopaty. Wyślijcie swoją młodzież na niebezpieczne wyzwania! Ci, którzy ujdą z życiem, dostaną stypendium! Kasę! Sławę! A polegli... polegną. Niedobrze mu się robiło od samego myślenia o tym. Najchętniej uciekłby ze szkoły.
Miał już iść dalej, kiedy usłyszał skrzypienie starego łóżka. Ciche westchnienie i ktoś postawił ciężkie nogi na zimnej posadzce. Ricky Sterling się przebudził.
- Braen Wade...
- Nie wstawaj. Jesteś w hospicjum.
- Wiem - mówił z wciąż zamkniętymi oczami - Usiądź koło mnie - poklepał miejsce obok siebie.
Syren czuł w jego zachowaniu coś dziwnego. Może lunatykował? Z takimi to trzeba ostrożnie. Podszedł tak jak mu kazał, chcąc go znów ułożyć w łóżku. Naprzeciw leżała Donna. Mimo swego cielesnego stanu, spała bardzo spokojnie.
- Ricky... - jego głos był niepewny. Ujął bruneta, by ten nigdzie nie szedł.
- Chcemy ci podziękować. Bardzo się dla nas poświęciłeś, a nie musiałeś - dopiero teraz wyprostował się i otworzył oczy.
Braen zamarł. W miejscu jego oczu ziała zimna, czarna pustka, która wprawiała w osłupienie ze strachu. Otoczona była beznamiętnym wyrazem twarzy. Tylko usta wydawały się być dziwnie zrelaksowane w skromnym uśmiechu.
- Możliwe, iż uratowałeś nam życie. Dlatego damy ci radę co do następnej konkurencji.
Dopiero teraz doszło do niego, że chłopak mówi w osobie mnogiej. I że aparatura przestała hałasować. Spojrzał przed siebie. Donna siedziała naprzeciwko, nieruchomo, jej oczy również pochłonęła czerń. Nie miała na sobie ani szramy czy też siniaka.
- Następna konkurencja będzie sprawdzianem samego siebie, swego wnętrza, swych najskrytszych lęków, fobii i zmartwień. To będzie próba, która wystawi wszystkie karty na wierch. Przygotuj się na stawienie czoła temu, co wstrząsło twoim sercem lata temu... - przerwała.
- Ta konkurencja wystawi również na próbę relacje. - kontynuował Ricky - Kto był przyjacielem, może stać się wrogiem, a wróg sojusznikiem. Przesiewaj przez sito wszystkie informacje, zewsząd będą wyłaniać się kłamstwa i oszczerstwa. Będą również próby manipulacji
- Dlatego my przegramy z własnego wyboru. Nasza więź jest nie z tego świata - to już Braen zdążył zauważyć - Nierozerwalna i święta. Nie jesteśmy już na siłach, by stawić czoła chaosowi tego wyzwania. - to też zauważył.
- Bądź uważny. Wkrótce padnie wskazówka, jak wytwarzać specyfik, który pomoże ci przejść tę próbę - tymi słowami Ricky zakończył ich monolog.
Zamrugał 2 razy. Jego oczy stały się normalne, brązowe. Donna też z powrotem leżała, cała w bandażach i pod kabelkami aparatury. Jej wyprasowana kołdra nie zdradzała żadnego pogniecenia od siedzenia. Teraz to wszystko wyglądało jakby sobie to wymyślił, przywidział.
- Mwah - Ricky ziewnął - Oj, gadałem przez sen? Wybacz, jeśli cię obudziłem.
- Nie... I tak nie mogłem spać. Chodziłem sobie... ja już wrócę do siebie. - jak powiedział, tak zrobił.
Przez to zdarzenie już nie zmrużył oka. Rano wyglądał jak własny cień. Wrócił do siebie, wziął szybki mały prysznic w zimnej wodzie, co trochę pomogło mu wyglądać normalnie. Niestety na teorii z panią Vane cały czas tylko wisiał z ciężką głową nad kartką i gapił się w nią tępo.
- Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył - skwitowała go Paedyn.
- A może zobaczyłem... Całą noc nie spałem. Nie polecam być pokopanym przez jednorożca. Trafisz do hospicjum, gdzie będziesz spała ze zmorami i wyjcami. Ale przynajmniej Blair mnie nie otruła. - żarty się go trzymały - Słuchaj... pamiętasz jak mówiłaś mi, że następna próba będzie ciężka? Skąd to wiesz? Powiedz. Ja się dzielę z tobą wieściami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz