czwartek, 28 sierpnia 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 2

Od Apolonii do Ruby


„Wyżej łokieć Elizabeth - na dźwięk apodyktycznego głosu jedenastoletnia dziewczynka drgnęła, by jak najszybciej skorygować i tak idealne już ułożenie ciała. Widziałam to. I ten jej zwierzęcy strach w oczach, który niezwykle szybko opanował całe ciało, co spowodowało, że się niebezpiecznie zachwiała, by po sekundzie spaść z niewielkiego taboretu. Jednak nie ruszyłam się, aby jej pomóc, żadna z nas się nie ruszyła. Zamiast tego, jak jeden mąż wstrzymałyśmy oddech i jeszcze staranniej poprawiłyśmy sylwetki, by wypaść jak najlepiej, jednocześnie pokazując wielkość przepaści między nami a dzieckiem na podłodze. Jakby nie patrzeć to głównym celem szkoły było pozbywanie się defektów, a niedoskonałość była uważana za największe przewinienie - jesteś kompletnie bezużyteczna - nauczycielka nie krzyczała, ale powiedziała to na tyle głośno, by każda z nas doskonale ją usłyszała, a przeszywające na wskroś pogardą oczy nauczycielki były dużo gorsze niż wszystkie krzyki razem wzięte. Wiedziałam, że przez ten błąd, dziewczynka będzie miała teraz piekło, stworzone nie tylko przez nauczycieli, ale także przez nas, wszystkie razem i każdą z osobna, nieudolność należało piętnować z należytą starannością. W końcu dla nikogo nigdy nie ma zbyt wysokiej poprzeczki, są tylko zbyt małe chęci, by coś osiągnąć. Czy było mi jej żal? Ani trochę, w duchu cieszyłam się, że to nie ja jestem na jej miejscu. Dręczona przez najbliższe dni albo się podda i zmieni szkołę, albo wytrzyma nasilające się obelgi i stanie się odrobinę silniejsza niż była wcześniej. Ale to była Elizabeth, beznadziejna Elizabeth, która, tak jak powiedziała wcześniej kobieta, nie nadawała się do niczego. Wadziła i była w naszej klasie tylko po to, by zbierać przysłowiowe baty. Nie wróżyłam jej długiego pobytu w szkole, chociaż miesiąc, który wytrzymała i tak był imponującym, jak na nią wyczynem. Szybko jednak przestałam dumać nad losem zapewne byłej już koleżanki, która niezgrabnie, zapewne z powodu nadwyrężonej kostki, próbowała się pozbierać i wróciłam do rzeczywistości, czując wypalaną dziurę w brzuchu przez wzrok surowej nauczycielki.”


Castello, szkoła ucząca jedynie piękne dzieci, z pięknych domów, od pięknych, a zaraz bajecznie bogatych rodziców. Elitarna szkoła dla typowych snobów, gdzie dziewczynki zamiast w zbijaka na wychowaniu fizycznym ćwiczą balet, a chłopcy szermierkę. Oczywiście wszystko pod czujnym okiem belfra, którego jedynym zadaniem, nie licząc nauczenia tych jakże przydatnych umiejętności, jest dopilnowanie, by dziewczynki nie podkładały sobie nóg z zawiści, a chłopcy nie wydłubali sobie oczu floretem w przypływie chorej rywalizacji. Chociaż tak właściwie danie się złapać było większym błędem niż samo przewinienie. W zamyśle mury szkoły opuszczały już nie zagubione dzieci, a nastolatkowie wykształceni w wielu dziedzinach, gotowi do sukcesu. W rzeczywistości wypuszczała na świat zwykłych egocentryków, skupionych tylko na zyskach, ale za to jakże piekielnie i niezaprzeczalnie idealnych we wszystkim, co robili. Z pewnością nie był to najłatwiejszy okres w moim życiu, jednak mam świadomość jak wiele mu zawdzięczam. Zawsze ją miałam. Zainwestowany kapitał, pieniądze i czas procentują od momentu opuszczenia przeze mnie szkoły. Bycie absolwentem Castello otwiera drzwi na dosłownie wszystkie uczelnie, a tam to już jest bajka. Poświęciłam tak wiele, by być najlepsza, za nic miałam znajomości szkolne, liczyło się tylko by po trupach dojść na sam szczyt. A z każdą popchniętą na dno osobą, mogłam się jeszcze wyżej wybić.

To dlaczego do jasnej cholery, gdy się obudziłam, zamiast u siebie, w przestronnym apartamencie na szczycie wieżowca, ewentualnie w najlepszym, na dodatek prywatnym szpitalu, znajdowałam się w takiej obskurnej ruderze? Wyrwana z objęć marazmu początkowo nie zwróciłam uwagi na pomieszczenie, w którym się znalazłam. Skupiona na odzyskiwaniu pełni świadomości potrzebowałam dosłownie chwili, by nieprzyjemne odrętwienie odeszło, a moje zmysły zaczęły funkcjonować w miarę prawidłowo. Pokój był ciemny, ciężkie powietrze przenikała osobliwa mieszanka krwi, papierosów i alkoholu, miałam wrażenie, że wnika do mojego gardła, nieprzyjemnie podrażniając je z każdym wdechem coraz bardziej. Koło prawie pełnego garnka krwi leżała jakaś równie mocno zakrwawiona co moja bluzka szmata. Wszystko wskazywało na to, że ktoś próbował mi pomóc, może i ubranie miałam cale brudne i aż sztywne od zaschniętej krwi, ale na rękach nie było nawet śladu, na twarzy także nie czułam charakterystycznych zaschnięć. Mogłam więc wykluczyć zatargi staruszka, w najlepszym przypadku zapewne obudziłabym się bez ręki. Nadal czując osłabienie, podniosłam się, a gdy ruszyłam w kierunku wyjścia, zahaczyłam nogą o jeszcze jeden materiał. Dość sceptycznie go uniosłam, by się mu przyjrzeć, czarna, dość znoszona kurtka nie była szczytem moich marzeń, jednak była w o niebo lepszy stanie niż moja koszula, a czymś musiałam ukryć plamy. Nie zastanawiając się zbyt długo, w obawie, że zmienię zdanie, założyłam ją, czego szybko pożałowałam. Ona także była przesiąknięta zapachem alkoholu, jak i papierosów. Ruch w jednym z rogów skutecznie odgonił moje myśli od niefortunnego ubioru. Pobieżnie, aczkolwiek ze sporym obrzydzeniem, omiotłam wzrokiem pomieszczenie, by w końcu zatrzymać go na kanapie, na której udało mi się wypatrzeć zarys osoby, a tuż obok na ziemi drugiej. W drugim przypadku nie miałam wątpliwości, że był to mężczyzna i to dość spory. Spięłam się nieco, a nieprzyjemne ciarki przeszły mi po plecach. Szybko jednak zganiłam się w myślach, niepotrzebny strach paraliżuje i odbiera racjonalne myślenie, na co nie zamierzałam sobie pozwolić. Biorąc pod uwagę jakże przytulne otoczenie, gdyby nie walające się butelki, plus świadomość, że rozlana krew na podłodze zapewne należy do mnie, miałabym spore wątpliwości, czy nie są to dwa trupy. W takiej uroczej dziurze zazwyczaj znajduje się truchła, ewentualnie ich resztki nadjedzone przez szczury, a nie kogoś żywego. Uspokoiłam drżący oddech, cały czas byłam zbyt słaba, by ponownie polegać na mocy musiałam więc inaczej się wydostać.

Drzwi. Przeklęte drzwi, bariera odcinająca mnie nie tyle, co od reszty świata, co ważniejsze, od świeżego powietrza, za które aktualnie wiele bym oddała, były zamknięte na klucz. Zakląwszy w myślach, zaczęłam szukać kluczy, zastanawiałam się, jak duża szansa jest, że będą walać się w tym śmietniku gdzieś na wierzchu. Zbyt wiele czasu nie skarciłam na szukanie, bo oprócz tej przeklętej kanapy, którą starałam się omijać, nie było żadnego innego mebla. Niechętnie podeszłam do upojonego towarzystwa, niezbyt się hamując, kopnęłam leżącego mężczyznę w bok, ten jednak był tak zalany w trupa, że tak jak podejrzewałam, nawet nie drgnął, zero reakcji. I dobrze, przynajmniej się nie wtrąci niepotrzebnie, gdyby taki się zamachnął i trafił, to nie byłoby czego ze mnie zbierać. Przeszukałam dokładnie, ale ostrożnie jego kieszenie, mimo wszystko musiałam uważać, żeby się nie obudził. Kluczy nie znalazłam. Postać na kanapie była przykryta kocem, jednak z łatwością mogłam stwierdzić, że była dużo drobniejsza, można powiedzieć, że mojej postury. I w przeciwieństwie do towarzysza, zdecydowanie była to drobna kobieta lub nawet dziewczynka. Jednocześnie teoretycznie mogłaby być mniej szkodliwa, biorąc pod uwagę siłę fizyczną. Jednak nie mogłam nic zakładać, to nie karty w dłoni, a trzymane w rękawie asy decydują o zwycięstwie. Zastanawiając się jaki sposób będzie najlepszy, by przeszukać zapakowaną w koc osobę, nie zwracałam, o ironio, na nią uwagi, więc dopiero po chwili zauważyłam, że para oczu dokładnie mnie lustruje.


<Ruby?>

wtorek, 5 sierpnia 2025

Od Apolonii / Od Ruby do Apolonii 1

Od Apolonii


Wdech, wydech. Wdech wydech. Wdech, wydech. Przede wszystkim musiałam się uspokoić, nabrać powietrza do płuc i pozwolić organizmowi się w pełni dotlenić. Wstrząsający raz po raz moim ciałem kaszel sam w sobie nie jest taki zły, najgorsze jest, że nie pozwala mi zaczerpnąć życiodajnego haustu powietrza, wtedy czuję, jak się duszę, jak wszystko wewnątrz mnie płonie jednocześnie rozrywając się na strzępy, bezlitośnie domaga się choćby najpłytszego oddechu. Dopiero transportująca tlen krew do komórek jest w stanie rozlać nieopisaną ulgę.

Opierając czoło o zimną ścianę, miałam już atak za sobą. Pierwszy. Łagodny chłód koił, jednak myśl, że najgorsze dopiero przede mną kołatała się w mojej głowie i niepokojąco podnosiła poziom adrenaliny w organizmie. Ucieczka z komendy, mimo przypadkowego wpadnięcia na jakiegoś pracownika na korytarzu, była banalnie prosta, teraz dopiero zaczynały się schody. Musiałam wrócić do siebie, do swoich czasów, dokładnie do 16:29, na tej godzinie zatrzymał się zegarek na mojej ręce i ruszy dopiero wtedy, gdy wrócę. Pomysł, by odwiedzić w przyszłości komendę, zdecydowanie nie był wart tego wszystkiego, a już na pewno nie tyle, ile w przypływie optymizmu założyłam. Z pewnością nie doceniłam skali niekompetencji lokalnych stróżów prawa, aż dziw człowieka bierze, że przy ich poziomie fuszerstwa, komisariat jeszcze stoi w miarę w jednym kawałku. Bo to, że od środka są podzieleni jak na dłoni widać, nie trzeba być geniuszem, by to dostrzec. Wystarczy delikatny bodziec zewnętrzny, lekkie szturchnięciem palcem, by rzucili się sobie wzajemnie do gardeł. Chcąc sprawdzić, jak daleko posunie się w przyszłości śledztwo, przeniosłam się w czasie, nie dowiedziałam się jednak niczego przydatnego. Śledczy niczym ślepe kocie kręcił się w kółko, mając praktycznie tyle, ile przekazałam im przez informatora, którego na dodatek sama im podesłałam, a dokładając kolejne tylko bzdurne poszlaki, udowadniał, że już dawno wzbił się na intelektualne wyżyny głupoty.

Zniesmaczona spojrzałam na krew zarówno na swojej dłoni, jak i ubraniach i betonie, było jej więcej niż ostatnio. Jak dla mnie to w ogóle nie powinno jej być, durne ograniczenia ciała sprawiały, że byłam zdecydowanie mniej efektywna i za każdym razem musiałam niepotrzebnie doliczać czas na dojście do siebie. Rozejrzałam się ostrożnie wokół. Zaułek, w którym się znalazłam, nie licząc kota, który z prychnięciem uciekł, gdy się pojawiłam, był całkowicie pusty, a spore kontenery na śmieci skutecznie odgradzały mnie od ruchliwej ulicy. Nie musiałam się więc martwić niepotrzebnymi komplikacjami, jakimi byłby ewentualny świadek. Odetchnęłam głęboko, mentalnie szykując się na nieuniknione, po czym kolejny raz dzisiejszego dnia skoczyłam w czasie.

Spojrzałam na zegarek. W momencie jak na zawołanie, wskazówki nerwowo szarpnęły, jednak szybko płynnie ruszyły stałym dla nich tempem. Mając pewność, że wróciłam, nie powstrzymywałam dłużej drugiej fali kaszlu.

Kolejny atak był gorszy od poprzedniego. Nie zdziwiło mnie to w ogóle, powroty do teraźniejszości zawsze są najgorsze. Jednak to nadal nie było to, z czym tak naprawdę musiałam się zmierzyć. Niczym ostatni szczur przemykałam ulicami, lawirowałam umiejętnie między ludźmi, żeby przypadkiem nikt się nie zainteresował, czemu jestem cała we krwi, musiałam dostać się jak najszybciej w bezpieczne miejsce, gdzieś gdzie będę miała święty spokój od ciekawskich spojrzeń. Echo mojej ostatniej podróży w czasie dawało o sobie jawnie znać i co gorsza, coraz głośniej pazernie żądało uwolnienia się. Za długo byłam w przyszłości, trzecia i zarazem najsilniejsza fala kaszlu zbliżała się nieubłaganie, a ja miałam pewność, że tym razem będzie na tyle intensywna, że stracę przytomność. Za żadne skarby nie mogłam dopuścić, żeby ktoś był tego świadkiem, nikt nie mógł tego widzieć pod żadnym pozorem. Bezsilność to słabość, a słabości się eliminuje razem z ich źródłem.

Wieżowiec z moim mieszkaniem majaczył przede mną. Uciekając z komendy, kompletnie nie zwracałam uwagi, gdzie się znajduję, ważne było, tylko żebym była sama. Zachłyśnięta definitywnym zwycięstwem nad śledczym, jak ostatni idiota nie przemyślałam drogi ewakuacji, wskoczyłam w pierwszy lepszy zaułek, nie zważając czy nie jest zbyt daleko, bym mogła zdążyć wrócić do mieszkania przed skutkami ubocznymi podróży. Teraz musiałam za to słono zapłacić. Jeszcze kilkanaście metrów, kilkadziesiąt kroków, tylko tyle wystarczyło, bym przekroczyła próg upragnionej wolności. Tym razem jednak czas nie był dla mnie łaskawy, nadużyłam wystarczająco jego cierpliwości i musiałam uregulować dług. Kaszląc i dławić się własną krwią próbowałam jeszcze ostatkiem sił dostać się do drzwi wejściowych od budynku. Płuca paliły, krzycząc, że nie mają czym oddychać, a coraz częstsze mroczki przed oczami uświadomiły mi, że perspektywa wygodnego łóżka nieuchronnie się ode mnie oddala. Na dodatek sznur pędzących samochodów skutecznie mnie zatrzymał. Czekając z innymi ludźmi, aż będę mogła bezpiecznie przejść przez jezdnie, podparłam się ciężko o stojącą obok lampę i wiedząc, że nie jest to najlepszy pomysł, przymknęłam na dosłownie moment powieki, chcąc zapanować nad niebezpiecznymi zawrotami w głowie. Oczu już nie otworzyłam, a ciemność pochłonęła mnie całkowicie.


<Ktoś coś?>

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...