wtorek, 31 marca 2026

Od Braen'a

 Braen i Blair biegnęli dalej przed siebie. Ślady poprowadziły ich prosto w głęboki, stary las. Powierzchnia w głównej mierze tutaj była pokryta mchem, który nie za bardzo dawał z siebie odczytywać kiedy i kto tędy przebiegał. Kierowali się urwanymi gałązkami, ale im dalej szli, tym mniej było krzaków i młodych, niskich drzewek. Powoli dotarło do nich, że zgubili ślad.
Blair przystanęła i  zasapana oparła się o swoje kolana. Syren stanął, rozglądał się dookoła.
- Cholera - parsknęła dziewczyna - Zgubiliśmy padlinę!
Braen puścił jej słowa mimo uszu. Gestem nakazał jej być cicho. Starał się znaleźć trop w okolicznych dźwiękach. Niestety słyszał samą martwą ciszę. Nagle Blair się wyprostowała.
- Słyszę coś. Jakby...
Zaczęła iść w tylko sobie wiadomym kierunku. Braen wytężał słuch, ale nic nie słyszał.
-... płaczące dziecko
Braen już chciał jej tłumaczyć, że płaczące dziecko w środku lasu, tym bardziej mrocznego i magicznego, to nie jest dobry znak, ale ona już wyruszyła niespodziewanym sprintem.
- Już idę maleństwo!
- Blair! Stój!
Pobiegł natychmiast za nią. Złapał ją, lecz ta zaczęła się wierzgać i wyrwała mu się. Dopadł ją ponownie kilka metrów dalej. Tym razem przyskrzynił ją do ziemi kolanem.
- Patrz, tam jest! - wskazała na puste pole mchowe, pośrodku którego była szara górka.
Przy bliższym spojrzeniu, zauważył, że górka rusza się. Miarowo oddycha. Wciąż nie słyszał płaczu dziecka, lecz skowyt jakby wilka i osła w jednym zwierzęciu. Był żałosny, pełen bólu, bez rytmu.
- Nie płacz, maleńki, już idę! - krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się łzy.
Na te słowa, zza górki wyłonił się łeb na chudej szyi. Jedno szeroko otwarte czarne oko łypnęło na nich. Jednorożec bez pośpiechu wstał z mchowego łoża. Chwiejnie postawił się na cztery kopyta. Teraz w pełnej okazałości wydawał się mizerny, a jego róg był o połowę krótszy. Ciągle skowyczał, stojąc, jakby oczekiwał, aż do niego podejdą. Niecierpliwie grzebał kopytem w ziemi, jakby rozkazywał im. Teraz Braen pojął zachowanie Blair. Była pod jego czarem. Ona słyszała i widziała w miejscu krwiożerczej bestii bezbronne niemowlę. Ogarnął jej umysł i serce, by tylko zdobyć łatwą ofiarę. Na szczęście chłopak był odporny na magię śpiewu. Kurczowo trzymał przy sobie dziewczynę, która co rusz starała się mu wyrwać.
- Będziesz się musiał obejść smakiem! Twoje sztuczki na mnie nie działają. Jestem syreną.
Jednorożec, pojąwszy jego słowa, zamilkł na chwilę, postawił uszy do tyłu, naprężył ciało we wściekłym ryku i stanął dęba. Wymierzał się, by ruszyć w nich z galopu.
- Wybacz Blair, ale podziękujesz mi za to później 
Uwolnił szybko jedną rękę, chwycił najbliższą grubą gałąź i zamachnął się nią nad dziewczyną...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W tym samym czasie na polu, z którego startowali uczestnicy, właśnie wynoszono na noszach siostrę Sterling. Jej brat, który był mniej poturbowany, siedział na niższych trybunach. Był opatrywany przez Anioła Wade'a. Gdy ten skończył, akurat w tym momencie dobiegli Paedyn ze Spencerem. Spencer trzymał w szmatkę zawinięty róg jednorożca. Gdy dobiegli do mety, wcisnął ją również Pae do ręki i unieśli go. Przypadkowo w tym momencie cyknięto im fotkę. Tłumy na trybunach aż zawrzały z wiwatów i okrzyków. Dyrektor podszedł do nich i z serdecznym uśmiechem uścisnął każdemu z nich dłoń. Tu też skądś błysnęły lampy fleszy. 
- Moje gratulacje. Dowiedliście, że jesteście w stanie dowieść nieomylności czary co do was. 
Profesor obrócił głowę w kierunku Anioła, który pakował coś do swojej czarnej, skórzanej teczki.
- Zechcesz zerknąć na nich lekarskim okiem?
- Nic im nie jest - nawet się nie obrócił, dalej coś grzebał.
- Skąd ta pewność?
Domknął zamek, poprawił kołnierz swojej marynarki. Założył na ręce z powrotem skórzane, czarne rękawiczki. Otrzepał z lekka pelerynę.
- Stoją na dwóch nogach, nie krwawią, mają tylko lekkie zadrapania. 
Anioł nie przybył tu, by być lekarzem dla wszystkich. W myślach zamartwiał się tylko jednym uczestnikiem.
- Ależ nie musi być pan taki nadęty - wtrącił się Spencer - Kiedyś był pan bardziej wyluzowany.
Anioł przez chwilę raczył go obdarzyć spojrzeniem. Drugą chwilę zastanawiał się skąd pamięta tego chłopaka. Z głośnym "Aaah" przypomniał sobie.
- Spencer... wyrosłeś - skwitował to krótko - Moje kondolencje za rodziców - poklepał go porozumiewawczo po ramieniu.
Chłopak miał minę, jakby pomylił cebulę z ziemniakiem, i dowiedział się o tym dopiero po wgryzieniu się w nią. Nietakt pana Wade'a nieco go zbił ze swojej roli tajemniczego i wyższego stopniem.
Wtem z rogów trybun wyrosło kilkadziesiąt małych dzwonków. Wszystkie zaczęły dzwonić w tym samym czasie niczym alarm. Z głośników wydarł się głos spikera, który próbował przegłuszyć ich dzwonienie.
- Tylko bez paniki! To prewencja przeciw Zakazanej Magii Dźwięków. Pod waszymi fotelami znajdziecie zagłuszające zatyczki do uszu. Proszę włóżcie je i oglądajcie dalsze instrukcje oczami.
Ponieważ Pae i Spenc nie byli na trybunach, przechodzące pielęgniarki natychmiast wręczyły im zapas zatyczek.
- To po to, żebyśmy nic nie słyszeli - wyjaśnił szybko ognisty chłopak do białowłosej partnerki - Ktoś użył zwodzidzielskiego śpiewu. Gdzieś tam - wskazał na las, gdy zaczęło się robić coraz głośniej - Szkoła jest bardzo dobrze wyczulona na tą magię.
Tylko Angus i Anioł nie mieli zatyczek. Anioł patrzył w niebo, jakby oczekiwał, że zaraz zobaczy tam pawia i fajerwerki. Nerwowo zaciskał pięści, aż szwy na jego rękawiczkach zaczęły puszczać.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
... i trafiwszy w pobliskie drzewo, ogłuszył ją. Dziewczyna z bolesnym jękiem zakryła uszy. Braen wypuścił ją ze swoich rąk i odrzucił daleko w mech. Machał rękoma, drażniąc jednorożca.
- No chodź tu do mnie, czarusiu!
Koń z ciężkim tupotem przednich kopyt opadł na ziemię i ruszył na Braen'a. Syren zaczął uciekać przed nim. Taki był jego plan. Uciekanie i wkurwianie rogatego. Nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Nie było przemyślanego planu, tylko działanie na wyczucie. Trochę zgubne, gdy przeciwnik ma napęd na 4 nogi i ostre kły. Czuł na karku jego oddech i słyszał bardzo wyraźnie szczękanie jego zębów. Nagle poczuł rwący ból na głowie. Zwierzę szarpnęło go za włosy. Wbrew sobie upadł na plecy. Róg stanął nad nim. W ostatniej chwili chwycił go za uszy i grzywę i trzymał z dala od swej twarzy o kilka centymetrów. Z jego kłapiącej paszczy błyszczały rzędy śmiercionośnych zębów niczym u wilka. W jego oczach aż się gotowało. Nerwowo dreptał, kopiąc tym samym chłopaka w bok i żebra.
Choć Braen powoli tracił już energię, zebrał ostatnie swe siły w rękach, by nie dopuścić, by bestia rozszarpała mu twarz. Gdy czuł, że uszy zaraz wyślizgną mu się z dłoni, fala energii odrzuciła jednorożca z niego. Poszybował kilka metrów dalej. Syren natychmiast udźwignął się na równe nogi. Parę metrów przed nim widział nadbiegającą Blair. Jedną dłonią zasłaniała ucho, drugą kierowała w kierunku roga. Ten, wyhamowawszy na pobliskim wiekowym drzewie, zaczął się podnosić z trudem. Widocznie utykał, a bok miał zdarty aż do krwi. Dlatego nie protestował gdy Blair się zbliżała i jej moc coraz bardziej obejmowała go niczym niewidzialna dłoń. Braen doskoczył do niej i zakrył jej uszy. Teraz dwiema rękoma mogła nad nim panować.
- Mam ochotę zabić to bydle - syknęła.
- Nie! Potrzebujemy jego krwi - starał się mówić słowami, które do niej przemówią - a żadne z nas nie wzięło fiolki. Musimy go... przenieść.
Dziewczyna spojrzała na niego kątem oka jakby miała przed, a raczej za, sobą szaleńca w białym kaftanie.
- Masz lepszy pomysł?! - warknął.
Nie miała. Oboje ruszyli w kierunku, z którego zaczął się ten cały bałagan.
Mogli w sumie poświęcić swoje ubrania i nasiąknąć je krwią, lecz syren nie rzucił tego pomysłu na stół. W głębi siebie, mimo tej całej potyczki, czuł się źle za takie potraktowanie tego zwierzęcia. Nie ono jest tu winne swej natury. To oni nagle wtargnęli do jego domu. Czuł się winny i ciężko mu z tym było. Chciał swoją winę jakoś zadośćuczynić.
Biegli przez ten przeklęty las. Blair "niosła" przed sobą zwierzę, Braen był tuż za nią i trzymał kurczowo dłonie na jej uszach. Jednorożec już nie wydawał dźwięków ani nie walczył, tak jakby poddał się całkowicie. Złamali jego ducha... Braen czuł się z tym naprawdę koszmarnie.
~~~~~~~~~~~~~
- Tam są! Widzę ich! - spiker krzyknął, wymachując palcem w tylko sobie znanym kierunku.
Reszta starała się dojrzeć coś w gęstwinie lasów. Niedługo to potrwało, gdy wyłoniła się pierwsza sylwetka. Ciekawość natychmiast zamieniła się w panikę i dezorientację. Na arenę padło ciało konia, szarego, brudnego, wychudzonego. Jedyne, co zdradzało, że to był jednorożec Świtu, wskazywał już niewielki kawałek rogu wystający z jego czaszki. Ludzie na trybunach wstali, niektórzy nawet już rzucili się do ucieczki w obawie przed jego magią.
Zaraz po nim wyłonili się ostatni uczestnicy. Wyczerpana zielonowłosa padła zaraz po przekroczeniu linii mety. Jej moc i wysiłek fizyczny dosłownie ją wycisnęły jak cytrynę. Braen dobiegł dalej, nogi odmówiły mu posłuszeństwa tuż przed rozwalonymi kopytami. Potknął się o nie, cielsko zwierza zamortyzowało jego upadek. Czuł jego miarowy, choć słaby oddech.
Nauczyciele natychmiast ich okrążyli. Wyciągnęli różdżki i skierowali je na bestię.
- Nie! - Braen się podniósł - Nie róbcie mu krzywdy. Mamy krew - uniósł w górę ręce, ukazując swoje ubrania upaćkane czerwienią - On jest ranny. Potrzebuje pomocy.
Spojrzał dookoła. Znalazł wzrokiem dyrektora. Szukał w jego posturze werdyktu, jakiegokolwiek.
- Nie było mówione w czym ma być ta krew! - uzasadnił - I mamy też to - podrzucił mu pod nogi kępkę grzywy, którą wyrwał w siłowaniu się - Sterling... to zgubili.
Ciężko dyszał. Dopiero teraz, gdy byli w bezpiecznym miejscu, cały ból i przemęczenie dały się we znaki. Brzuch go zaczął maltretować. Opuścił zmęczone ręce znów na szare cielsko. Róg jednym okiem łypał na niego, to na nauczycieli, jakby jego też interesowało jaki będzie werdykt. Może rozumiał, że od tego teraz też zależą jego losy.

czwartek, 26 marca 2026

OD Braen'a

 Pary po kolei wkroczyły w mroczne czeluści lasu. Gdy tylko dęby zamknęły się za ich plecami, Blair natychmiast pociągnęła Braen'a na bok.
- Słuchaj no Wade, gramy w drużynie, a więc chcę ci przypomnieć, że lepiej dla ciebie będzie, jeśli nie będziesz próbował mnie wykiwać. - syknęła przez zęby.
Wyrwał swoje ramię z jej uścisku podirytowany.
- A dla ciebie lepiej będzie, jeśli raz schowasz dumę na bok i będziesz się mnie słuchać. Wiesz coś w ogóle o jednorożcach? Ja tak, i powiem ci, że to nie są słodkie zwierzątka srające tęczą.
***
W tym samym czasie Spencer i Paedyn byli głębiej od nich. Ale pierwsi wyruszyli bliźniaki Sterling. Spencer pilnował tempa, by nie być za nimi zbyt daleko, i też nie być zbyt blisko nich.
- Głupcy, pchają się wprost w paszczę bestii. Na naszą korzyść. Jednoróg ich wywęszy, zaatakuje, a wtedy my go zaczepimy w naszą pułapkę.
- Och, fajnie, że wiesz, czego oni nie wiedzą. Też chciałabym wiedzieć to, co ty! - Pae była wkurwiona brakiem wyjaśnień ze strony Von Voida. Przystanęła, odmawiając dalszego ruszenia, póki jej nie wyjaśni planu.
- Kojarzysz legendę o Heraklesie i jego dwunastu zadaniach? Jednym z nich było schwytanie koni Diomedesa, które żywiły się ludzkim mięsem. Od nich wywodzą się dzisiejsze jednorogi. Mają ładne kły zamiast siekaczy. I teraz mamy prawie jesień, czyli dużo leśnych zwierzątek pójdzie zaraz w sen zimowy... A ten jednorożec będzie więc próbował jeść na zapas.
***
- Jeśli usłyszysz nagle przemiły dla ucha dźwięk, nie idź w jego stronę. To znaczy idź, bo w końcu mamy schwytać go i pobrać od niego krew, ale normalnie róg tak próbuje zwabić swoje ofiary. Bądź uważna. Może to być cokolwiek, na przykład miałczenie kota, melodia, głos twojej mamy... - Braen tłumaczył Blair taktykę polowań roga, przedzierając się przez chaszcze i zarośla - Może też tego użyć w obronie własnej.
Różdżką odganiał od siebie żywe pnącza, które chciały ich chciwie wciągnąć w swe objęcia.
***
Do uszu Spencera i Paedyn dobiegł bolesny krzyk i odgłosy szamotaniny kilka metrów dalej. Spencer z podniety przyśpieszył biegu. Wyskoczywszy zza krzaków, spotkał ich widok jak Sterlingi walczą poszukiwaną bestią. I niestety przegrywali. Siostra była ciągnięta po ziemi niczym szmaciana lalka. Zostawiała po sobie bordowe smugi krwi na trawie. Koń wgryzł się w jej ramię. Był szaro-biały, nieco brudny, smukły, można by rzec że wyglądał na wygłodzonego. Jego oczy były czarne jak smoła, tak samo jego róg, który wyglądał raczej jak patyk w kształcie błyskawicy. Zamiast gęsto owłosionego ogona, miał długi nagi ogon zakończony kępką włosia.
Ricky Sterling bezradnie próbował wyrwać swą siostrę. Jego magia zdawała się nie dawać żadnych rezultatów. Wszystko, co było rzucane w kierunku jednorożca, ten odpierał swoją magią. Spencer stanął pomiędzy brunetem, a szalejącą bestią. Zdecydowanym ruchem wyciągnął w jej kierunku różdżkę i rzucił zaklęcie.
- Flamos!
 Wokół jednoroga trwała zapłonęła żywym ogniem. Zwierze czuło, że nie może odbić tego zaklęcia i że znalazło się w potrzasku. Natychmiast puściło brunetkę i przeskoczyło ponad ogniste języki z powrotem do lasu.
Von Void z satysfakcją włożył różdżkę z powrotem do pokrowca. Pociągnął Paedyn, by szybko biegli za zwierzęciem, póki jeszcze było w ich zasięgu.
- Jednorożce są przedrzeźniaczami. Użyją na tobie tego, co ty na nim. Dlatego nie rzucaj na ślepo zaklęć, na które nie jesteś uodporniona.
Pozostawili za sobą krwawą jadkę i pogorzelisko.
***
- Dobra, Wade, imponujący zasób wiedzy - wydyszała w biegu Blair, chociaż wciąż dało się czuć sarkazm - A jak zbierzemy z niego krew?
- Myślę nad tym... To nie takie łatwe. Nie możemy go zranić, bo to będzie niegodziwe... I zostaniemy przeklęci... To cholerny haczyk. Już łatwiej zdobyć jego rób niż jego krew!
Przed nimi rozchodziły się kłęby dymu. Już wiedzieli, że ich przeciwnicy tam byli. Podążali dobrą drogą. Zwinnie przeskoczyli ostatnie zarośla i dosłownie znaleźli się tuż przy bliźniakach. Teraz brat rwał z siebie koszulę i obwiązywał nią ramię siostry, tamując krwawienie.
- Cholera... - usłyszeli ciche łkanie.
Musieli zachować zimną krew i pozory. Braen przykucnął przy nich, by z lekka ocenić sytuację.
- Dokąd pobiegli? - tylko to interesowało Blair.
Brat, nie podnosząc na nią wzroku, wskazał świeżo wydeptaną ścieżkę za nimi.
- Idziemy!
Braen wyciągnął swoją różdżkę i machnął w niebo. Z jej czubka wyleciał złoty paw. Szybował w górę pokrętnymi ruchami, roznosząc za sobą złote rybki koi, które po chwili wybuchały jak fajerwerki. Wzniósł się wysoko ponad korony drzew, gdzie rozpostarł skrzydła i sam zamienił się w wybuchowe światło. Dopiero wtedy syren wstał i ruszył za Blair dla odmiany. Teraz to ona, niczym lis pędzony przez stado psów myśliwskich, żwawo biegła za śladami kopyt i spalenizny.

Na trybunach aż zawrzało. Rada nauczycieli natychmiast ruszyła swoje tyłki. Tylko trzy osoby wciąż spokojnie oglądały przebieg turnieju. Anioł, Marlon i Parys byli niewzruszeni. Na przemian wymieniali się ojcowską lornetką. Wiedzieli, co oznacza paw i rybki. Widzieli, że pomoc zaraz nadejdzie dla nieszczęsnych innych uczestników turnieju. Ojciec Braen'a nieśpiesznie zszedł z trybuny, gdyż miał doświadczenie lekarskie i przeczucie, że mógł być potrzebny.
***
Tym czasem Von Void i Ashcroft w pogoni za rogiem dobiegli całkiem do najstarszej części lasu. Dookoła nich szerzyły się same grube dęby i mchowa wyściółka. Zwierzę zwalniało tempa, dając znaki, że kończy mu się zapas energii.
- Paedyn - rzekł Spencer, chcąc wyjaśnić swój plan - Mam nadzieję, że nie trenowałaś swojego łucznictwa. Teraz potrzebuję cię, byś strzelała w kierunku roga, ale nie trafiła go. Słyszałaś co się stanie, gdy go zranimy do krwi. Musisz go tylko zaczepiać, gdy będzie za blisko mnie. Dam mu się gonić, aż do najgrubszego drzewa. Wtedy zrobię unik, on się nabije i strzałem odrąbiesz mu róg. Będzie zdezorientowany, co da nam czas na ucieczkę.


poniedziałek, 23 marca 2026

Od Braen'a

 Braen opanował sytuację na kuchence. Wytarł blat, odrzucił przemoczoną szmatkę i położył na krawędzi garnka drewnianą łyżkę, by nie wykipiał już. Podszedł do niej od tyłu i położył swoje dłonie na jej. Instruował ją jak na używać noża.
- Nie znęcaj się tak nad tym pomidorem - rzekł jej prosto do ucha - Ja bym nie liczył na zbytnią pomoc ze strony Spencera. Chociaż jesteś z nim w parze, to będziesz musiała liczyć na siebie w pewnym momencie. Dlatego pewnie Crawl tak cię ciśnie - mimowolnie uśmiechnął się, przypominając sobie, jak jeszcze wczoraj to z niego wyciskano siódme poty.
Czuł jak jej ręce drżą. Nóż wyślizgiwał jej się. Wyczuwał od niej szare, niespokojne wibracje. Wyjął jej nóż z ręki i zrobił to, co w takiej sytuacji robił siostrom gdy miały zły dzień. To albo polepszało sytuację, albo dostawał opieprz. Obrócił ją do siebie i mocno przytulił. Tulił ją i głaskał po plecach.
Robił to, bo czuł, że jest w stanie. Mógł nad sobą panować, a więc ufał sobie. W jego ramionach nic jej nie grozi. Był z tego powodu dumny i szczęśliwy.
- Co to było? - wydała stłumione przez jego tors pytanie.
- Mhmm?
- To te kuchciki tak mruczą?
To nie skrzaty mruczały, tylko on. Gdy syrena jest zadowolona, wydaje z gardła wibracje właśnie jak taki kot czy też krokodyl... Natychmiast odsunął się od niej i wrócił do garów.
- Nie wiem, ekhem, o czym mówisz. Khu! Ja nic nie słyszę. Eghem. - rzekł szybko, kaszląc, by "wyłączyć" tryb kota.
- To ty - doskoczyła do niego i położyła mu na grdyce palce - Jak ty to robisz?
Zrobił się czerwony jak ta miazga pod sos na drewnianej desce do krojenia. Spuścił wzrok, intensywnie szukał czegoś bąbelkach.
- Ale pytania zadajesz... Poszukaj o tym w książkach. O, a pro po - szybko zmienił temat - Ja tu nic nie znalazłem, ale może ty się czegoś dopatrzysz. Księga roczników z ponad 100, a może 200 lat. - wyjął z sakiewki książkę, którą miał zamiar oddać do biblioteki i podsunął ją pod nos Pae - Tylko oddaj ją w terminie, bo jest zapisana na mnie.
Makaron i tuńczyk już był gotowy, więc odcedził go. Z dolnej szafki wyciągnął czyste talerze i sztućce. Znalazły się i też suche przyprawy, sól i pieprz. Dodał je do tego nieszczęsnego pomidora.
- Smacznego! - klasnął w dłonie, a w jego brzuchu automatycznie zrobiło się miejsce na nowe jedzonko.
Jedli z apetytem i plotkowali na temat osobowości z książki. Śmiali się jak zobaczyli, że kiedyś przez jakiś okres były tematyczne różowe mundurki dla uczniów i nauczycieli. Pae stwierdziła, że z chęcią zobaczyłaby Crawla w różu. Braen stwierdził, że dyrektorowi Angusowi w takim wdzianku było nawet do twarzy. Ale wtedy sam był studentem. Dziewczyna zapytała kiedy mogliby zacząć lekcje pływania. Chłopak odparł, że w sumie od zaraz, bo nie ma nic do roboty, tylko muszą odczekać pół godziny po posiłku.
Gdy skończyli jeść, odstawili wszystko na stos i zostawili kolejną monetę dla skrzatów, by zajęły się zmywaniem za nich. Wyszli z kuchni i przeszli przez główną salę. Braen zauważył, że coś się zmieniło. Na drugim końcu woźni ustawiali właśnie tajemniczą szafę. Wszystkiemu przypatrywał się Spencer. Syren czuł, że musi się temu przyjrzeć z bliska.
Pierwsze, co rzucało się w oczy, to to jak stara i ukurzona była. Drugie, to to, że w środku znajdowało żywe drzewko. Trzecie, z jego gałęzi wyrastały zdjęcia zamiast liści. Na dole, bliżej korzeni, wisiały te zadatowane na ponad 500 lat wstecz. Im wyżej w koronie, tym bliżej naszego czasu. Drzewo miało jakiś metr 50, a sama szafa z 2 metry.
Czerwonowłosy szybko znalazł w nowszym czasie zdjęcie swojego ojca i matki. Oboje pozowali razem. On, białowłosy młodzieniec z krnąbrnym spojrzeniem w piwnych oczach i zadziornym uśmieszkiem. Ona, niemalże przeźroczysta jak zjawa, włosy perłowego koloru, skóra blada i oczy pokryte bielmem, zawieszona na chłopaku, z nieśmiałym wyrazem twarzy przed obiektywem. Tekst pod fotografią głosił "Anioł Wade i Fuyu Tomoko, zwycięscy (tu jakaś rzymska liczba XD) edycji Turnieju Losu (jakąś nazwę już wybrałyśmy?) Reszta twarzy spoglądała na stojących przed nimi nowymi uczestnikami krwawego żniwa.
- Znalazłeś już swoje drzewo genealogiczne? - wyrwał go z oglądania Spencer - Wkrótce Turniej okaże się "rodzinną" tradycją "rodu" Wade'ów - sarkastycznie podkreślił słowa w zawiasach palcami.
- O, Spencer, od dawna tu stoisz? Coś tak czułem, że coś zalatuje tu siarką i tanim węglem - odgryzł się.
Woźni coś się między sobą kłócili. Zarzucili na szafę płachtę.
- No ja ci mówię, że profesor kazał to postawić na korytarzu.
- A ja ci mówię, że tu. By każdy widział.
- No ale musi stać przy ścianie, powiedział. A widzisz tu jakąś ścianę?
- No to może na końcu... ale wtedy nie będzie jej widać! Meh, odstawmy to na razie, dyrektor wróci to się zapytamy.
Szafa została szczelnie okryta płachtami i wystawiona w ślepy róg.
- Może w końcu przerwiesz waszą passę i oddasz pierwsze miejsce tym, którym się ono należy. Godnie urodzonym - rzekł Spencer.
- Z tym godnie urodzonym to nieco przesadziłeś - ni stąd ni zowąd przy Braen'ie pojawiła się Blair i rzucała to swoje wymowne spojrzenie w stronę Ashcroft - Chyba, że mówisz o prawdziwej zwycięskiej parze. Nie rozpalaj się tak, bo zostaniesz zgaszony jak pet.
Braen rzucił komunikatywne spojrzenie Paedyn. Widać było, że między Spencerem a Blair atmosfera zaczęła się robić gorąca. Czyżby trafiła kosa na kamień?

sobota, 21 marca 2026

Od Braen'a

 Widelec Braen'a wydał metaliczny dźwięk gdy zagryzł go zębami, biorąc kęs.
- Ach tak, miałem ci coś do powiedzenia... Tyle że chciałbym o tym porozmawiać na osobności. Wiesz, te ściany słuchają. - mówił ściszonym głosem.
Wziął swój talerz do jednej ręki i jej do drugiej. "Przypadkowo" musnął ją, przekazując jej wiadomość: "Chodź za mną, 10 sekund w tyle".
Wstał i udał się z talerzami w kierunku kuchni, pod pozorem osobistego odniesienia brudnych naczyń. Przekroczywszy kąt ostatniej ławki i minięciu daleko reszty uczniów, skromnie spojrzał przez ramię. Peadyn dopiero teraz wstała. Dobrze. Szedł dalej. Minął piedestał dyrektora i nogą otworzył sobie przejście do kuchni, czyli miejsca trzymającego ten zamek w kupie.
Przywitała go sterylna biel, rzędy szafek i kuchenek oraz różne stanowiska do gotowania. No i kilka małych, kaprawych oczek Kuchcików. Były to skrzaty domowe wyspecjalizowane w gotowaniu. Coś szmerały między sobą, widocznie niezadowolone, że ktoś wchodzi na ich teren. Braen sięgnął do swojej sakiewki bez dna i wygrzebał z niej złotą monetę. Podał ją grzecznie do najbliższego Kuchcika, pracującego na stanowisku z deserami. Mały pochwycił ją oburącz, gdyż sam był tylko z 30 centymetrów oderwany od ziemi. Pogryzł ją zębami, sprawdzając czy prawdziwa, po czym powiedział coś po ichniemu do swoich kompanów i pouciekali w zakamarki kuchni.
Chłodnia znajdowała się na drugim końcu kuchni. Gdy Braen do niej doszedł, usłyszał za sobą skrzypienie drzwi. Pociągnął nosem. Kilka skrzatów wychyliło główki z szafek, na nowo poirytowane czyjąś obecnością. Chłopak wyciągnął kolejną monetę i kopsnął ją do dziewczyny.
- To dla Kuchcików - rzekł, widząc jej pytające spojrzenie - To te stworzonka, co syczą na ciebie z szafek. Nie lubią jak ktoś chodzi po ich terytorium. Trzeba je przekupywać, by - otworzył drzwi chłodni, te dawały sporo oporu - spieprzały gdzie pieprz rośnie.
Chłodny powiem uderzył go w twarz jak upadek na lodowisku. Na szczęście nie musiał zachodzić w nią daleko, swoje prowianty zostawili niedaleko drzwi. Stanął przed wielką zamrażarką z napisem "M-B-P Wade"
- Konik morski noszący fioletowe skarpetki - rzekł.
Zamek na ich zamrażarce opadł na ziemię. Oni, jak i reszta uczniów o specjalnych nawykach żywieniowych, musieli się zabezpieczyć hasłem przed kradzieżą ich żywności. Wyciągnął z lodu piękny, czerwoniutku plaster łososia, gruby i szeroki jak jego przedramię, i zamknął zamrażarkę. Wrota chłodni same się zamknęły za nim.
Z szacunkiem dla rybki ułożył ją delikatnie na blacie do przyrządzania ryb i mięs. Z wprawą pozbył się łusek i ości. W szafkach znalazł opakowanie makaronu i wielki gar. Napełnił go wodą i wrzucił do niego jeszcze spaghetti. Woda zaczęła się samoistnie gotować gdy patrzył na nią. Zaczął siekać tuńczyka na małe kawałeczki. Paedyn patrzyła co on robi.
- Rybeńko, przyszliśmy tutaj, by w sekrecie gotować rybeńkę? - zagadnęła - To o tym chciałeś ze mną porozmawiać?
- Obiecałem śniadanio-obiad, to dam śniadonio-obiad. Pierwsza część za nami - mówił, skupiony na garze oczami i dłońmi na tuńczyku - Poza tym, przy jedzeniu się lepiej gada. Gdzieś tu powinny być pomidory. Możesz je znaleźć i zetrzeć na sos? O, jakieś przyprawy by się przydały. Bazylia, tymianek...
Powoli tworzyła się para. Dodawał tuńczyka.
- A dlaczego w sumie nie poprosisz o to Kuchcików?
- Przecież zapłaciłem im by się zmyły. Poza tym, nie lubią pracować jak się im patrzy na łapki.
Po kuchni rozlegało się dźwięczne i rytmiczne stukanie noża o drewnianą deskę do krojenia. Jego mięśnie działały szybko. Braen słyszał zza siebie jak Peadyn przeszukuje szafki za składnikami.
- Wiesz, Pae - zaczął - To, że jesteśmy w osobnych drużynach, nie oznacza, że mamy sobie podcinać nogi. To idiotyczne. Czara tak wybrała, ale my wciąż mamy wolną wolę...
Spojrzał w głąb gara. Woda tam zaczęła bulgotać.
- Zauważyłem, że ostatnio... pojawiają się z różnych stron wskazówki - nie chciał jej wszystkiego od razu wyjawniać - na temat zawodów. 
- Do sedna Wade - nagle stanęła koło niego - Ty coś wiesz, ale krążysz wokół tego jak pierścienie Saturna. Mów - ponaglała go, trącając go pomidorem w dłoni.
- Chcę tylko powiedzieć... - spuścił na chwilę gar z oczu, by na nią spojrzeć - że musimy kontynuować twoje lekcje pływania. Najlepiej od dzisiaj!
Ta chwila nieuwagi wystarczyła, by piana wykipiała.

piątek, 20 marca 2026

Od Braen'a

 Braen spokojnie przeszedł za kotarę. Ta zatrzasnęła się za nim automatycznie. W małym prowizorycznym pokoiku zobaczył całokształt swojego lekarza. Doktor Slade, bo tak się nazywał, był od pasa w górę człowiekiem. Reszta to było grube cielsko węża, które zajmowało prawie całą powierzchnię pokoju. Braen musiał uważać, by nie nadepnąć mu na ogon.
- Ściągnij koszulę. Połóż się wygodnie na brzuchu - wskazał na kozetkę - i ustaw ręce za plecy najdalej jak możesz.
Syren, pod wpływem środków, posłusznie robił, co mu kazano. Białe, jarzeniowe światło raziło jego podrażnione oczy. Ułożywszy głowę w wycięciu fotela, trochę mu ulżyło Na fotelu lekarskim wyglądał, jakby był skuty, brakowało tylko kajdanek. Poczuł zimny dotyk markera pomiędzy łopatkami, po czym nastąpiło ukłucie.
- To po to, żebyś sobie tego nie wydrapał. - lekarz wyjaśniał, pokazując mu na szczypcach szarą, metalową kapsułkę - Pamiętasz co to jest?
- Taaa... - mruknął zatopiony w otępieniu.
- To powinno starczyć na 2, może 3 tygodnie. Będziesz potrzebował ich jeszcze jedną albo dwie. Pamiętasz co to jest? - kapsułka zniknęła z jego pola widzenia.
Braen skrzywił brwi w zdziwieniu. Nie był aż tak naćpany. Slade już zadał mu to pytanie. Czyżby miał sklerozę?
- Pan już o to pytał...
- Wiem, chciałem tylko odwrócić twoją uwagę.
Teraz to czuł. Może nie aż tak, bo znieczulenie dobrze działało, ale poruszył się lekko i miał dziwne uczucie w plecach. I lekka stróżka krwi spływała po jego boku. Wstał i usiadł. Podano mu lusterko. Obejrzał swój tył. Między łopatkami miał wyciętą ranę wielkości pięciozłotówki. Była zasklepiona dwoma plastrami służącymi za szwy. Wciąż trochę krwawiła, ale pielęgniarka zaraz nałożyła na to większy plaster z watą.
- Możesz już się ubrać i wyjść. Powodzenia w zawodach - poklepał go po ramieniu - I gdyby ci się coś śniło dziwnego... Zapisuj to.
- Dobrze... Dziękuję - założył koszulkę i wyszedł.
Nie wiedział, ile minęło czasu, ale na korytarzu zastał tylko pana Crawla.
- Gdzie reszta? - zapytał.
- Lekcja się skończyła, więc wrócili do siebie...
- Oh... 
Braen też miał zamiar iść w swoją stronę, kiedy nauczyciel go nagle zatrzymał.
- Lekcja skończyła się dla nich, nie dla ciebie, Wade.
- Ale jak to...?
- Żadnych "ale"! Za mną. - zadyrygował
Crawl prowadził go do sali ćwiczeń fizycznych. Czerwonowłosy nic z tego nie rozumiał. Wokół basenu i na ścieżkach były poustawiane jakieś przeszkody i rupiecie, tak że ciężko było się dostać do wody. Próbował delikatnie ściągnąć koszulkę, nienaruszając plastra.
- Nie rozbieraj się. Nie będziesz pływał.
Spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Na szczęście nie musiał długo czekać na wytłumaczenie.
- Zapomnij o pływaniu. Przez najbliższe tygodnie będziesz ćwiczył sprint i bieg z przeszkodami. Oto twój tor - wskazał na ścieżkę.
Tym bardziej nic z tego nie rozumiał. Przecież z biegania miał dostateczną ocenę! Mimo to jak widać nie miał wyjścia. Crawl nie pozwoliłby mu wyjść po dobroci. Najpierw musiał zacząć od kilku powtórzeń wokół basenu. Po pół godzinie zaczął odczuwać pierwsze zmęczenie. Po tej rozgrzewce miał biegać sprintem z jednego miejsca na drugie, omijając tym samym przeszkody na drodze.
- Nie rozu.... rozumiem po co mi to - mówił zadyszany.
Crawl biegł cały czas koło niego. Nie zdyszał się, nie spocił, nawet jego twarz wciąż nosiła ten sam skwaszony wyraz co zawsze.
- Mniej gadania, więcej biegania!
- Ale ja... ja naprawdę - przystanął, oparł ręce na kolana - Już nie dam rady.
- Musisz! Pamiętaj Wade: w zawodach twoja umiejętność wodzie da ci przewagę nad innymi w pewnym momencie, ale głównie będziesz musiał polegać na umiejętnościach na lądzie. Ruchym ruchy! - popędzał go.
Przestał go wymęczać po godzinie, kiedy chłopaka już naprawdę zmogły nogi.

Jakiś czas później, nad brzegiem jeziorka...
- Nie czuję ani nóg, ani ogona - wyjęczał do swych wiernie słuchających braci. A raczej brata, Parysa, bo Marlon gdzieś tam pływał z krokodylami.
Oboje byli w swojej syreniej formie. Braen leżał na brzuchu, wtulając się w krokodyla Kleksa, który był już za stary na harce z resztą. Zwierzę dźwięcznie mruczało mu do ucha z rozdziawioną paszczą, a on mruczał razem z nim. Był wycieńczony, ledwo doczłapał do jeziorka. Gdyby nie rozmowa, zapewne dałby się złapać w objęcia Hypnosa w krainie snów. Ledwo podnosił głowę. Mimo woli lekko przysypiał i ślinił się na Kleksa, ale jemu to nie przeszkadzało.
Parys zaplatał te czerwone kudły w warkoczyki. Co jakiś czas muskał palcami miejsce, gdzie już nie było plastra, a po ranie pozostała tylko czerwona kreska.
- No... Nieźle cię wykatował. A to dopiero będzie początek.
- Mhmm... Powiedział, że pewnym momencie będę miał przewagę, bo... - ziewnął - bo lepiej pływam, ale na lądzie muszę lepiej biegać i... - znów ziew - być zwinniejszy.
Złotowłosy nagle przestał go pleść i nachylił się tak, by spojrzeć mu w twarz. Jego oczy były bardzo szeroko otwarte. Braen od razu zrozumiał.
- O żesz... On daje mi wskazówki! Ja... muszę... powiedzieć o tym Pae...
-To powiesz jutro. Teraz jesteś trupem. W dodatku na końskich środkach!
- Nie... Teraz... - zczołgał się z krokodyla i podciągał ku trawie. Z suchości zaczął się zmieniać.
- Eh... Marlon, wracaj tu! Pomóż mi z tym uparciuchem! 
Ale zanim Marlon zjawił się na brzegu, Braen już leżał jak ten wrak pośrodku pustyni.

Następnego dnia obudził się późnym rankiem. Był już ubrany, za to przywiązany na jeden nadgarstek do łóżka. Ah, no tak. Dotaszczyli go do pokoju i związali, by przypadkiem nie lunatykował. Zostawili liścik na szafce nocnej. Uwolnił związaną rękę i przeczytał go.
"Użyliśmy środków, do jakich zostaliśmy zmuszeni. W ramach przeprosin możesz złożyć listę rzeczy z miasta."
No tak, była sobota. Większość uczniów wyjechała do miasta, bądź do rodziny. A on był przykuty do tego zamku jak pies do budy. Wstał i natychmiast zaczął planować, co robić. Pierw odniesie niepotrzebne książki do biblioteki. Potem zajrzy do kuchni i zacznie gotować, bo przez weekend nie ma obiadów. Ich zapasy z rybnego i tak leżą w chłodni, dzięki czemu z obiadem nie będzie problemu. Jeśli po drodze spotka Pae, to na pewno musi jej powiedzieć o tym, co wczoraj odkrył. Albo jej poszuka. W każdym razie rozmowa z nią jest punktem MUST na jego liście zadań.
Żwawo kroczył do biblioteki. Dzisiaj czuł się lepiej, znów był sobą. Żadnych dolegliwości ani wahań. Nawet jego nogi tak nie bolały jak oczekiwał po wczorajszym treningu. Czuł, że to coś w jego plecach zaczęło swoją robotę. 
Bibliotekarki nie było przy ladzie. Zaszedł więc nieco dalej w głąb. Szukał jej pomiędzy regałami, ale nigdzie jej nie było. Doszedł do wniosku, że i ona się stąd wyniosła wraz z resztą. Miał już zamiar wyjść, kiedy na stoliku odgrodzonym murem książek zauważył małe światełko. Z ciekawości podszedł bliżej. Zza fasady starych ksiąg ujrzał białe pukle włosów, których właścicielką była nie kto inny, jak sama jego poszukiwana. Leżała na otwartej książce, na swoich skrzyżowanych rękach. Wciąż miała na sobie wczorajsze ubrania, stwierdził, widząc brązowe plamy.
Ukucnął przy niej. Położył jej delikatnie dłoń na kolanie. Drugą odgonił jej włosy za ucho. Nawet gdy spała, jej twarz wydawała się spięta. Zastanawiał się co jej się śni, że tak się grymasi.
Zgasił lampkę na stoliku. Wtedy usłyszał z jej strony ciche pomruki. Słyszał, jak otwiera ciężkie powieki.
- Dzień dobry - wyszeptał, cofając swoją dłoń z jej kolana. Zrobił też o dwa kroki do tyłu, w razie ataku.
Jej oczy, burzliwe, a zarazem jeszcze przyćmione i spokojne przez sen, objęły go tym swoim typowym spojrzeniem kontrolującym. Jakby to one decydowały czy przed nią stoi wróg czy przyjaciel, a nie mózg.
- Jaki mamy dzień? - zapytała rannym głosem.
- Sobotę - zaśmiał się - A ty zasnęłaś w bibliotece. Ciekawa chociaż była lekturka? - zażartował - Oby była, bo od takiego spania na krześle nieźle bolą potem plecy.
Wyprostowała się, ale jej powieki ciężko się przymknęły, jak u starych lalek. Przeczesała dłonią włosy do tyłu.
- Rybka prawi mi morały - przeciągnęła się, ziewając.
- Heh - puścił to mimo uszu - Czy ma pani może ochotę na śniadanie? Albo taki śniadanio-obiad? Pytam, bo jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać...
Cały czas mówił szeptem, jakby bibliotekarka miała zaraz wyjść zza rogu i go skarcić za za głośne gadanie.

środa, 18 marca 2026

Od Braen'a

 Braen od samego rana czuł się jakby mu los podciął nogi. Odkąd się obudził, miał mdłości, ból głowy i oczy go piekły niesamowicie. W gardle czuł suchość jakby we śnie zeżarł kilogram piasku. Wstał i szykował się do zajęć przeciw własnym chęciom do zostania pod cieplutką kołderką.
Nadomiar złego, zamiast normalnych lekcji, pan profesor Crawl wyrwał go, Blair, Paedyn, Spencera i bliźniaków na plac. Tego dnia mieli trenować do turnieju. To oznaczało, że później będzie miał tylko więcej do nadrobienia z reszty przedmiotów. Oby Marlon robił czytelne notatki.
Pan Crawl nie nakazał im ćwiczyć tego samego. Braen zauważył, że każdy miał za zadanie trenować coś innego. Nie rozumiał dlaczego. On z Blair mieli ćwiczyć zwinność i uniki. Blair się ucieszyła trochę za bardzo, gdy się dowiedziała, że może jako pierwsza atakować. Rzucała w czerwonowłosego ostrzami, które profesor specjalnie przygotował na tę lekcję! Syren unikał jej rzutów z nadzwyczajną zwinnością, chociaż czuł, że wczorajsza kolacja podchodzi mu pod gardło. Kolacja, bo tego ranka nie zdołał nic w siebie wcisnąć.  Starał się o tym nie myśleć. Patrzył ukradkiem co się dzieje na innych polach. Widział Paedyn skupioną na swoim celu. Cięciwa w jej ręku była naprężona do swoich całkowitych możliwości. Ta precyzja w jej oczach... Aż dostał gęsiej skórki... A obok, cóż... Spencer. Nic nie robił, w sumie tylko dyrygował jej jak ma strzelać. Stał przy tym za bardzo blisko. Widział jak jego ręce poprawiają jej układ. Te same ręce, które wczoraj położył na jej szyi i od których teraz nosiła siniaki. Czuł jak się w nim kotłowało.
Widząc, że jej dotychczasowe triki nie działają, Blair podkręciła nieco rzuty. Braen w ostatniej chwili się ogarnął i zablokował atak. Niestety siła telekinezy też była podkręcona. Zachwiała jego obronną tarczą, aż ten cofnął się na tyłek i zatrzymał plecami o mur szkoły. Nim dotarło do niego co się stało, rozgrzała się już poważna afera na placu. Nie chodziło o niego. Tam się coś działo pomiędzy Blair, a Pae. Natychmiast postawił siebie na równe nogi i doskoczył do nich.
Dwie rozwścieczone dziewczyny rzuciłyby się sobie do gardeł, gdyby pan Crawl nie trzymał zielonowłosej, a Spencer swojej partnerki. Syren natychmiast złapał swoją partnerkę od tyłu i odciągnął o kilka kroków. Dzięki temu nauczyciel wyciągnął różdżkę i rzucił na obie zaklęcie obezwładniające.
- Koniec tej zabawy! - warknął - Co to jest, przedszkole?! 
Sytuacja była jako tako zlana zimną wodą, ale czuć było, że sedno wciąż się przegrzewa i może lada chwila znów wybuchnąć. Dlatego brunet szybko opanował swoje nerwy, by móc opanować te jego podopiecznych. 
- Szybko jak widać przechodzimy do kolejnego punktu dnia. Do pielęgniarki! - rozkazał, co bardziej tyczyło się chłopaków, by prowadzili dziewczyny tam.
Gabinet pielęgniarki znajdował się na parterze, nieopodal sali głównej. Posadzili dziewczęta na krzesłach odległych od siebie o dobre kilka metrów. Kiedy oboje chłopaków mieli już zasiąść na miejscach obok nich, Crawl rozkazał im by zamienili się miejscami. Spencer miał zasiąść koło Blair, a Braen u boku Paedyn. Tłumaczył, że to miało być po to, by się z powrotem nie nakręcali jedna drużyna na drugą.
- Wasi lekarze domowi zostali wezwani tutaj. Oni was przebadają. I mam nadzieję, że niektórym dadzą końską dawkę czegoś na uspokojenie. - rzekł profesor i zajął siedzenie naprzeciw, by obserwować wszystkich.
W jego słowach było ziarenko prawdy, gdyż z pokoju lekarskiego dobiegał niezły hałas. Jakby była tam cała narada lekarska. A jeśli na serio został wezwany jego lekarz, to on stanowił połowę tej rady...
Westchnął ciężko. Ciężką miał głowę, ale przynajmniej głowa i oczy mniej go bolały. Spojrzał na swój bok, na Pae. Dziewczyna wpatrywała się w ziemię, jakby obliczała wiek kafelek. Jej włosy, dotąd białe i w nieładzie, były w jeszcze gorszym stanie, w dodatku zlepione od krwi. Jej szyja i koszulka z resztą też. Delikatnie odsunął jej włosy na bok, by przyjrzeć się ranie na jej uchu. Ta wzdrygnęła się nagłym dotykiem.
- Ci ci - zacmokał szeptem - Nie będę tego dotykał. Chcę tylko zobaczyć... Ugh... 
Rana nie wyglądała tak źle. Strzała musnęła ją w mało bolącym miejscu. Ale sam fakt, że to się stało, zadziałały na nią zapewne jak płachta na byka. No i ta krew, taka świeża. Jej woń wbijała mu się do nosa jak nieproszony gość. Czuł, że od tego gorzej go skręca w żołądku. Musiał natychmiast odwrócić swoją uwagę. Błąkał się ku temu po jej twarzy niczym zagubiony wędrowiec. Niestety wszędzie było choć trochę krwi. Zszedł niżej, na jej podbródek i szyję. Tam było gorzej, ale zauważył coś, co odgoniło go od krwi. Sińce. Delikatne jak na razie fioletowe plamy, ale im bliżej były krtani, tym szybciej się uwydatniały. Dłonią delikatnie krążył po nich opuszkami palców. "Ile bym dał, by być twoim partnerem... Dlaczego on?!", myślał w kółko. Tak bardzo chciał ją teraz przytulić..
Z gabinetu wyszła typowa filigranowa pielęgniarka w białym fartuchu beretce i zmierzała w ich stronę. W rękach trzymała kubeczki z fioletową, mętną cieczą. 
- Proszę, to na uspokojenie. - podała im je i zniknęła z powrotem w gabinecie.
Dopiero teraz Braen się zorientował, że drugą ręką kurczowo zaciska na oparciu krzesła. Palce wbijał tak mocno, że lakier zaczął odchodził. Rozluźnił rękę i wziął lek od kobiety.
Na jeden hejnał wypili je razem. Ciecz smakowała obrzydliwie. Nadmiernie słodka w połączeniu z gorzkością i paliła w gardło. Syren wydał z siebie chrypiący kaszel.
- A dlaczego ty musisz to brać? To ja się wdałam w bójkę - usłyszał pierwsze dzisiaj słowa od białowłosej.
- To długa historia... - schował usta w dłoniach.
Szybko odczuł działanie. Ból głowy został przyćmiony, jego powieki stały się cięższe. Stare, drewniane krzesełko, które wbijało mu się w plecy, nagle stało się nader komfortowe. Od pasa w dół przeszła go miła ciepła fala. Pielęgniarka wróciła do nich, by ich zawołać do środka. Była ich kolej na kontrolę. Braen nie wiedział, czego mógł się spodziewać i to go przerażało. Gdyby nie lek, za sam przymus odwiedzin lekarskich rozniósłby całe to pomieszczenie w drobny pył.
W środku okazało się, że i tam niewielkie pomieszczenie lekarskie zostało podzielone na kilka jeszcze mniejszych pomieszczeń poprzez rozsuwane parawany. Były od podłogi, do sufitu, także niemożliwe było podglądanie i jawne podsłuchiwanie czyichś prywatnych rozmów. Za biurkiem tuż przed wejściem siedziała pani doktor. Nie znał tej kobiety, w życiu jej na oczy nie widział. Ta otaksowała ich oboje wzrokiem.
- Proszę się rozebrać i usiąść - wskazała na miejsce w kącie - To będą małe, rutynowe testy waszego zdrowia.
"Chwilunia... Ona będzie badała nas oboje?! Mamy się rozebrać?!"
- Tylko do bielizny. - dodała
Wielka mi otucha...
Parawan obok rozsunął się. Zza niego wyjrzał pod dziwnym kątem facet koło 40 z czarnymi, gdzieniegdzie siwymi, włosami i zakolami aż po tył głowy. Jego fizjonomię nasz zakłopotany syren poznał od razu i odetchnął z ulgą.
- Proszę nie onieśmielać mojego pacjenta. Braen, zapraszam - gestem przywołał go za kotarę, za którą znikł. Nie trzeba było mu drugi raz powtarzać.

poniedziałek, 16 marca 2026

Od Braen'a

Usta Spencera ułożyły się na kształt triumfatorskiego uśmieszku, a w jego martwych oczach zabłysnęły małe iskierki.
- Nie doceniłem cię, Ashcroft. Mimo, iż nie masz wyszlifowanych mocy po matce, to nader nadzwyczajnie nadrabiasz fizycznie. Zaimponowałaś mi. - wykonał gest machania białą flagą.
Dziewczyna wzdrygnęła się na słowo o jej matce. Już miała coś powiedzieć, gdy Spencer wyczuł okazję i wytrącił jej sztylet z ręki. Odbił się biodrami i zrzucił ją z siebie. Chwycił ją za nadgarstki i uniósł wysoko ponad jej głowę. Jedną ręką przytrzymywał je, wolną położył na jej szyi. Lekko zacisnął palce na jej gardle.
- Za to ja jestem nie tylko żywiołem. Jestem czymś więcej, zupełnie tak jak ty. Jak widać jesteśmy sobie równi.
Mówił to monotonnie, z tym samym kpiącym uśmieszkiem, który poszerzał się gdy jego palce coraz bardziej zaciskały się na jej krtani. Widział strach w jej oczach i napawał się nim. Mógłby jej coś zrobić, gdyby nie wyczuł obecności osoby trzeciej. Krzewy zaszeleściły. Dało się słyszeć głęboki, gardłowy pomruk. Im bliżej ten dźwięk się zbliżał, tym bardziej dało się odczuć drganie ziemi. Spencer osunął się z Paedyn w ostatniej chwili. Zza krzaków wybiegł na nich dorosły krokodyl. Zielona bestia rozpędziła się, dając wrażenie jakby miała ich zaraz staranować. Spencer osunął się na czworaka kilka kroków dalej. Zwierzę stanęło tuż przy dziewczynie i odwróciło swój łeb w kierunku krzaków, jakby oczekiwało na rozkazy. Po chwili wyłonił się z nich Marlon.
- Ee-ee, odpierdol się od niej zapałko.
- Ooo, kogo tu przygnało - uklęknął - Jeden z trzech muszkieterów.
- Japa tam, bo poszczuję. - wymachiwał w niego znalezionym grotem.
- I co mi zrobisz?
- Nie ja. Cętka!
Krokodylica wyminęła Pae zwinnym jak na swoje rozmiary susem i znalazła się przy chłopaku w kilka sekund. Spencer mógł dosłownie poczuć woń niedawno przetrawionego jelonka i policzyć, ile ma kłów. Ledwo co wstał, a już z powrotem upadł i odczołgał się do tyłu. Złapał się za pobliskie drzewo, wstał i klnąc pod nosem odszedł stamtąd.
- Ta zniewaga krwi wymaga - otrzepał swój mundurek - Popamiętasz mnie, Marlon!
- Babci sranie! - warknął na odchodne rekin.
Dopiero teraz dało się zauważyć, że był obwieszony kawałkami mięsa. Ukucnął, a krokodylica natychmiast podbiegła i wepchnęła mu się między nogi.
- Dobra dziewczynka - pomiział ją pod gardłem i rzucił jej kawałek mięska - Wszystko okej, Pae? Widziałem jak ten palant cię zaatakował. No niezłego masz partnera - prychnął, ale dał jej swoje ramię, by wstała.
Wręczył jej od razu strzały, które trzymał. Tłumaczył, że był akurat w pobliżu, bo je zbierał. Były porozrzucane wszędzie blisko legowisk jego pupili.
- Szczęście w nieszczęściu. Ale następnych razem albo popraw cela, albo strzelaj w kierunku polany.
Odrzucił resztę jedzenia w kierunku puszczy, by krokodyl wrócił do siebie. Zaproponował, że może ją odprowadzić do zamku. Oczywiście, że dziewczyna nie mogła się oprzeć jego urokowi osobistemu i się zgodziła.

Na dziedzińcu, przy fontannie siedział sobie nasz czerwonowłosy i wertował swój nabytek, który okazał się księgą roczników sprzed 100 lat. Na razie nic ciekawego się nie dowiedział, tylko leniwie przeżuwał jabłko. Ze swojego miejsca miał świetny widok na bramę szkoły. Zauważył więc od razu, gdy jego brat i Ashcroft przekroczyli próg, ramię w ramię. On dziarsko, pogwizdując, w dodatku miał ślady krwi od pasa w górę. Ona szła nieco wolniej, z mniejszym zapałem, wzrok jej wciąż błądził po ziemi. Zatrzasnął książkę i natychmiast do nich podbiegł.
- Widziałeś tutaj Spencera?
- Nie... Zauważyłbym, jakby tu szedł.
- Zbiera mu się na wpierdol. Własną partnerkę zaatakował.
Spojrzał na Pae. Zauważył czerwone ślady na jej szyi. Jej twarz, choć osowiałą nosiła mimikę, to policzki były różowiutkie jak wypieczone bułeczki. Włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj, i lepiły się do pokrytego potem czoła. Jej ręce i ubrania były brudne od ziemi z tyłu.
Marlon przekazał mu dziewczynę, jakby chciał powiedzieć "no, ja swoją część roboty odbębniłem". A Braen właściwie jedyne co mógł na ten moment zrobić, to dopilnować, że dotrze bezpieczna do swojego akademika. 
- Nie wiesz z kim zawarłaś pakt - otrzepywał jej plecy z brudu - Nie znasz Spencera. Niestety już za późno.
Stanął przed drzwiami damskiego akademika. Na odchodne powyjmował liście z jej włosów i poprawił je z twarzy. "Jak tylko się nadarzy okazja, dostanie za swoje", przekazał jej telepatycznie.

niedziela, 15 marca 2026

Od Braen'a

 - Ja też nie wiedziałem - skłamał - Tylko czara wiedziała - dodał szeptem.
Odstawił książki na półkę po prawej stronie. Przykucnął, by wziąć te, które spadły na ziemię. W tym samym czasie Paedyn też się po nie schyliła. Zderzyli się czołami jak baranki. Oboje chwycili tą samą książkę. 
- Oh... przepraszam - powiedziała pośpiesznie.
- Za co? Nic się nie stało.
Mógłby przysiąc, że świat się zatrzymał na moment. Zabłądził i wpadł w wir burzy. Niebo odbijające się w jej oczach teraz miało odcień jak przed nadchodzącym sztormem. Rzeczy na pierwszym planie były spokojne, dawały błędne uczucie opanowania. Zaś gdzieś tam z tyłu odczuwał drgania ziemi i ciężkie chmury, które jeszcze chwila a wypuszczą na suchą ziemię litry deszczu. Nagle jej oczy mu uciekły, dziewczyna zaczęła błądzić nimi po podłodze. Czas znów zaczął biec. Zorientował się, że nieświadomie muskał palcem jej dłoń, którą chwyciła książkę. Drugą, wolną ręką masował jej czoło. Natychmiast zaprzestał. Wstał z kolan i się otrzepał. Jej też pomógł wstać. Coś tam mruknął, że musi odnieść książki i zniknął za najbliższym murem.
Odstawił swoje małe czytadełko w swoim pokoju, na łóżku. Wziął jedną do czytania między lekcjami. Naukę o turnieju zamierzał zacząć od dnia dzisiejszego. Wsadził ją do sakiewki bez dna i ruszył na lekcję z panią Vervain.
Dzisiejsza lekcja była na temat żywych pnączy. Jak je hodować, pielęgnować, czym karmić, co zrobić, gdy spotka się je w dziczy i takie te. Braen stał na samym końcu i słuchał co trzecie słowo wykładu nauczycielki. Ustawiwszy książkę między ścianą, a parapetem, był prawie pewny, że Vervain nie przyłapie go. Z listka swojego pnącza zrobił sobie zakładkę.
Ktoś zapukał delikatnie trzy razy w drzwi szklarni. Było to w sumie zbyteczne, gdyż były przeźroczyste. Było to bardziej pukanie dla zasady. Drzwi się ostrożnie uchyliły. W progu stała pani Grimm.
- Witaj. Muszę ci ukraść ucznia na chwilę. Braen Wade?
Wyczulony na swoje imię, natychmiast zamknął książkę i wrzucił ją do sakiewki. Udawał, że robił coś przy roślince i że wcale nie cieszy się z bycia wyciągniętym z tak pasjonującej lekcji.
- Za mną - rozkazała.
Syren już od tego zdania wyczuł coś nie tak w jej głosie. Jej język ciała też dawał wiele do życzenia. Pani Grimm nerwowo stukała lakierkami o kamienną podłogę, pośpiesznie truchtała w stronę gabinetu dyrektora. Zbyt długa, zielona sukienka i purpurowa narzuta wskazywały, że rano miała lepszy nastrój, niż teraz. Dopiero kiedy minęli kilka korytarzy, jej maska zaczęła pękać. Nauczycielka rzuciła mu cielęce spojrzenie pełne łez.
- Chłopcze, miałeś rację.
Doszli na miejsce. Otworzyła mu drzwi, za co podziękował. W środku byli już obecni pan dyrektor Angus i pan Crawl. Na biurku stała czara, która zaczęła ten cały cyrk. Grimm doskoczyła do niej. Ostrożnie chwyciła ją za uszy oburącz i obróciła w stronę, na której chciała mu coś pokazać. Dyrektor i wychowawca zapraszali gestami do bliższego przyjrzenia się.
Od spodu kielicha zauważył kreskę biegnącą aż do góry. Szła ona na wskroś grubości czary, a nie należała ona do kruchego szkła. Ewidentnie było widać, że została uszkodzona.
- Jest pęknięta - powiedział.
- Trafne spostrzeżenie - rzekł sarkastycznie Crawl.
- Jak do tego doszło?
- Tego nie wiemy, ale mamy swoje teorie - rzekł dyrektor, spoglądając na panią Grimm, która całkiem puściła beksę nad pękniętym kielichem - Mamy trzy teorie Możliwe, że była już taka, gdy zaczynaliśmy wybory. Ktoś niedopatrzył jej ubytku.
- Sprzeciw, Angusie. - odparła Grimm załamanym głosem - Trzymam nad nią pieczę. Od razu bym zauważyła pęknięcie. Ktoś jej to zrobił.
- I to jest nasza druga teoria. Trzecia jest taka, że czara ma już swoje lata, i ten turniej być może ją przeciążył...
- Nie, nie... Ja wiem, co czuję. Ktoś jej zrobił krzywdę - pogłaskała kielich, mamrocząc pod nosem słowa, jakby pocieszała człowieka w potrzebie.
- To się dopiero okaże, gdy ściągniemy tu specjalistę. A to może niestety trochę potrwać, panie Wade - znów zwrócił się do chłopaka - Bowiem ta czara została stworzona przez odizolowane plemię elfów żyjących w górskich kopalniach. Żeby ściągnąć ichniejszego kowala, należy uzbroić się w cierpliwość. Co chcę przez to powiedzieć, to to...
- Że nie ma już wyjścia i muszę wziąć udział - dokończył za niego - Takiej odpowiedzi się spodziewałem.
Dyrektor skinął na niego ze zrozumieniem. Razem z panią Grimm obtoczył czarę niebieskim, ochronnym woalem. 
- To by było na tyle, Wade - rzekł Crawl - Wracaj na lekcję. Umyka ci ważna wiedza o żyjących pnączach. 
Odesłał go wzrokiem za drzwi. Braen skierował się z powrotem w kierunku szklarni pani Vervain. Skręciwszy w pierwszy korytarz, nieomal wpadł na, o dziwo, Blair.
- Ugh... Bo zaraz zacznę mieć wrażenie, że mnie śledzisz - warknął, minę miał jakby mu nadepnęła na odcisk.
- Ha, pilnuję tylko, by mój partner nie szlajał się byle gdzie, z byle kim - zaśmiała się kpiąco.
- Partnerstwo z przydziału nie oznacza koniec życia prywatnego - odparł - Więc odpuść sobie kontrolowanie mnie. Nie musimy ze sobą przebywać. Możesz nawet zapomnieć o moim istnieniu aż do początku zawodów. Ignoruj mnie tak jak robiłaś to wcześniej. Rób swoje, beze mnie.

sobota, 14 marca 2026

Od Braena

 -A co ktoś taki jak ty może wiedzieć o przyjaźni? - warknął - Jedyne ci najbliższe "przyjaciółki" są z tobą głównie przez twoje pieniądze. 
To ukłuło jakoś zimne sedno Blair, gdyż mina na jej twarzy nieco zrzędła, a siła, która go trzymała, osłabiła swój uścisk. Skorzystał z okazji i czym prędzej wyszedł z jej pola zasięgu. Szedł, nie oglądając się za siebie.
- Jeszcze zobaczysz Wade, że miałam rację. Nie znasz Ashcroft - syknęła przez zęby.
Skwitował jej słowa wypuszczeniem drugim uchem. Chciał coś jeszcze dodać, ale uznał, że nie warto dla niej strzępić ryja. Natychmiast skierował się w stronę klasy pana Morfina. Możliwe, że Paedyn jeszcze nie skończyła myć garnków i ją tam zastanie. Chciał właśnie z nią porozmawiać na temat współpracy. Chciał ją poprosić o partnerstwo, gdyż tylko jej ufał. Nie chciał brać udziału w turnieju, ale w razie konieczności chciał wiedzieć na czym może stać. Nie widział siebie we współpracy z nikim z reszty uczestników. Dwójce nie ufał, z prawdopodobną wzajemnością, a o tych bliźniakach nie miał tematu, nie znał ich. Więc według niego było tylko jedno rozwiązanie. Czuł, że Pae nie zdradziłaby go, a on jej tym bardziej. Poza tym z nią z chęcią spędzał czas, więc miał nadzieję...
W korytarzu prowadzącym do klasy Morfina stał Spencer. Oparty luzacko o mur, odpalił papierosa ze swojego palca. Podniósł na niego podirytowany wzrok, jakby go wyczekiwał o minutę za długo.
- Hej łososiu. Jeśli szukasz swojej pani - skinął na lokal - to zdążyłeś na czas. Jeszcze tam jest.
Braen zacisnął pięści. Jego obecność tutaj nie wróżyła nic dobrego. Wyminął go i czym prędzej dotarł pod drzwi lokalu. Chwyciwszy za klamkę, czuł że nie daje żadnego oporu. Drzwi otworzyły się do środka i w progu stanęła białowłosa.
- Oh, Braen. Wystraszyłeś mnie.
- Wybacz. Dopiero co wróciłem z pogawędki z dyrektorem.
Pociągnął nosem. Smród Spencera wisiał w całym lokalu, gęsty jak dym. Obejrzał krótko Pae, ale nie zobaczył na niej żadnych podejrzanych śladów. Tu nie doszło do walki, sam się wprosił i został przyjęty. Nie wyrzuciła go stamtąd z kopniakiem w dupie.
- I co? Wiesz już co będzie dalej z... tą pomyłką?
Przez chwilę zwątpił. W jego głowie odtworzyły się słowa Blair. Mógłby przysiąc, że przez moment obliczał w jakim stopniu ta zielona żaba mogła mieć rację co do jego przyjaciółki.
- Nic jeszcze nie wiem.
Przepuścił ją w drzwiach. Spencera już nie było, pozostał po nim tylko zapach. Odprowadził dziewczynę pod akademik, mówiła mu jak okropne były dzisiaj te gary, on rzucił jakimś krótkim sformułowaniem, które wywołało na jej twarzy uśmiech. Coś go zakuło. Również się uśmiechnął, choć nie tak szczerze. Wątpliwość zasiała w nim swe ziarno. Teraz nic tylko czekać na jej zbiory.

Następnego dnia podczas popołudniowej przerwy na jedzenie w głównej sali panował niesamowity harmider. W tle było słychać setki stukań sztućców, pomlaskiwanie, pogawędki mniej lub bardziej tajemne. Ktoś się zaśmiał, ktoś płakał. Nauczyciele gawędzili między sobą, inni robili rozpiski na zajęcia. Innymi słowy życie tętniło tu po całości.
Marlon opowiadał coś śmiesznego na temat pani Vervain, jednak Braen nie zwracał na to uwagi. Co rusz przytakiwał i mruczał pod nosem, ale myślami był gdzie indziej. Dzisiejszej nocy ani na chwilę nie zmrużył oka.
- I wtedy ja do niej... Ej, ty mnie chyba nie słuchasz - zauważył rekin.
- Słucham, słucham. Parys, możesz podać mi buteleczkę?
Nieśpiesznie przeżuwając swoje jedzenie, blondyn przekazał mu fiolkę z karotenem.
Wtem dźwięczny odgłos łyżeczki trącającej krystaliczny kielich rozszedł się po całej sali. Uczniowie falowo ucichli. Pan dyrektor stanął na środku, przed mównicą. Przed sobą trzymał zawoskowaną kopertę.
- Wybaczcie, że muszę wam przerywać wasz cudowny czas spoczynku i spożytku. Ten apel nie potrwa długo i zaraz znów będziecie mogli cieszyć swoje podniebienia i żołądki.
Wszystkie głowy były skierowane na niego. Tylko Braen był skupiony na swoim talerzu. Maltretował golonkę z ziemniakami na miazgę. Od rana miał przeczucie, że niewiele dziś zdoła zjeść.
- Ogłoszę teraz pary, które przez najbliższe kilka tygodniu będą ze sobą rywalizować w turnieju. Ricky i Donna Sterling.
Zaczęła się fala oklasków, chociaż niezbyt zjawiskowa. To było poniekąd spodziewane.
- Blair Valerius i Braen Wade.
Fala oklasków była większa. Doszły nawet wiwaty jakichś dziewcząt. Bliżej siedzący uczniowie odwracali się w jego stronę, ktoś go poklepał po plecach, ktoś zazdrościł. A on zamarł. Odłożył swój widelec i oderwał wzrok od masakry na talerzu. Rozejrzał się dookoła. Czuł na sobie czyjeś oczy. Gorączkowo szukał...
- Paedyn Ashcroft i Spencer Von Void.
... aż znalazł.
Wiwaty były mniejsze, ludzie się zastanawiali kim on w ogóle są. Słychać było ciche szmery i pytania. Kanalia siedział i wlepiał się prosto na niego. Z kpiącym uśmieszkiem na ryju puścił mu oczko. Nabił na swój widelec soczystego buraka, który po chwili demonstracyjnie zapłonął i zamienił się w czarną bryłę, którą pochłonął w całości.
Braen, nie odrywając wciąż kontaktu wzrokowego, nalał sobie kilka kropli z fiolki i zaczął agresywnie pochłaniać swoje jedzenie, na które przed chwilą nie miał ochoty. "Tę bitwę wygrałeś, ale przegrasz wojnę". Zostawił swój pusty talerz i wyszedł bez słowa. Nie interesowała go dalsza część przemowy. Skierował się do szkolnej biblioteki. Na szybko znalazł wszystkie książki i gazety ze wzmiankami o Turnieju. Niektóre nosiły ślady nieużytku od kilku, jak nie kilkudziesięciu lat.
Życzliwa bibliotekarka zerknęła z szokiem na jego pokaźny stos.
- Chcę to wszystko - dał jej swoją kartę ucznia - Na 2 miesiące.

piątek, 13 marca 2026

Od Braen'a

 Po lekcjach Braen miał posiedzenie w biurze dyrektora. Był tam też jego ojciec, jak i również jego wychowawca. Tym razem czerwonowłosy miał więcej do powiedzenia niż poprzednim razem.
- Ja nie miałem zamiaru się zapisywać do turnieju. Do głowy by mi nie przyszło, by zrobić to, zwłaszcza że zbliża się sezon.
- Właśnie - przytaknął mu ojciec - Mój syn nie może więc uczestniczyć. Wybierzcie kogoś innego na jego miejsce.
- Przykro mi, już za późno na zmiany - dyrektor pogładził swą brodę - Czara już wybrała pary. Wyjawię je jutro - ostatnie zdanie dodał, widząc ciekawskie iskierki w oczach syrena - Poza tym sam wiesz, Aniele, że czara obtacza wszystkich swoich wybrańców magią. Braen nie może też więc opuścić terytorium szkoły.
- Aż za dobrze wiem o czym mówisz - mruknął, a jego ciałem przeszedł dreszcz.
Anioł Wade, białowłosy facet koło 40-tki i chudej postury, sam za czasów szkolnych uczestniczył w Turnieju. Niechętnie wylewał z siebie te wspomnienia przy dzieciach. Tyle im wiadomo, że tam, czy też przez turniej, poznał swoją żonę, a matkę braci.
- Ale na pewno da się coś zrobić... Może zaszedł jakiś błąd... - rzucał pomysłami chłopak.
- Tu się niestety muszę zgodzić z chłopakiem - dotąd cichy pan Crawl wtrącił swoje zdanie - Mam pewne wrażenie, że czara ostatnio... inaczej wibruje. Dzieje się tak od początku tego wydarzenia. Wcześniej nie czułem od niej nic nadzwyczajnego. Chętnie bym zerknął na nią okiem, jeśli profesor pozwoli. 
Braen nie wiedział, co Crawl miał na myśli, ale jeśli to miałoby mu jakoś pomóc, to całym sobą go popierał. Przytaknął na jego słowa jak dziarski harcerz.
- Dobrze... Jutro czara wróci do swego schowka. Wtedy spojrzymy w nią wraz z profesor Grimm. I tak potrzebowała małej konserwacji.
Tymi słowami ich posiedzenie się zakończyło. Braen wyszedł wraz z ojcem z gabinetu, Crawl i dyrektor zostali, by omówić coś między sobą. Anioł z nietęgą miną dał się odprowadzić do bramy wjazdowej szkoły. Cały czas trzymał ręce w kieszeni czarnej marynarki.
- Więc... jak tam interesy w Bułgarii? - syn chciał porozmawiać z ojcem chociaż przez chwilę o czymś innym - Wybacz, że cię tu ściągnąłem
- A daj spokój... Pikuś, a nie interesy. Odkąd z rana dostałem sójkę z listem, że weźmiesz udział w tym przeklętym turnieju, rzuciłem wszystko i przybyłem jak szybko tylko mogłem. - Anioł przystanął i otaksował go wzrokiem, jakby chciał sobie wyryć w siatkówce jego imago - Miałem dokładnie tyle samo lat, gdy skusiłem się na wygraną. Wtedy to było gwarantowane stypendium na uniwerku. Teraz nie wiem, być może wciąż to samo, albo może jakaś wysoka sumka... 
Oboje stali w bramie. Anioł z ciężarem odchodził co parę minut o kilka kroków dalej. Braen chciałby podążyć za nim, do domu. Wiedział, że nie mógł, że teraz był przykuty do zamku, jego lochów, szarych łąk i mglistych lasów.
- Patrząc na to z dzisiejszą wiedzą, nie szedłbym tam dla stypendium, tylko dla waszej matki. O tak, za nią bym w ogień skoczył ponownie. Kasę można wypracować w każdej chwili. No ale to ja teraźniejszy tak myślę... Co chcę przez to powiedzieć, to to, że mam nadzieję, że wybierzesz dobrze.
- A czy kiedykolwiek wybierałem źle? - uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie jesteś nieomylny! - dał mu kuksa w ramię, co wyglądało nawet komicznie, bo był o pół głowy niższy od niego.

***********************************************************************************
W międzyczasie gdy syren i demon mieli swoją synowsko-ojcowską pogawędkę, do sali eliksirów pana Morfina wchodził Spencer. Nic sobie nie robił ze zgryźliwej uwagi Paedyn. Szedł powoli i miarowo wśród rzędu dopiero co wypucowanych kociołków, przeciągając po nich palcem. Na dłoniach miał czarne, skórzane rękawiczki. Potarł palce o siebie jakby kontrolował jej robotę.
- Czy pomyliłem korytarze? Dobre pytanie. Mi się wydaje, że jestem we właściwym miejscu i czasie - odparł ze stoickim spokojem - Myślałem o tobie, a więc szkoła musiała mnie tu sama zaprowadzić.
Teatralnie pogłaskał mury lokalu po swojej prawej stronie.
- Panno Ashcroft, podziwiam pani zapał i determinację, z jaką zapisała się pani do turnieju.
- I po to tu przyszedłeś? Gratulacje możesz mi złożyć listownie i wysłać pocztą - prychnęła.
- To nie są gratulacje. To oferta. Moja, dla ciebie.
Sam wziął sobie krzesło i zasiadł na nim tuż przed Paedyn. Zarzucił nogę na nogę i z tym samym beztroskim, kpiącym uśmieszkiem kontynuował:
- Wiem, jak bardzo pragniesz wygrać. Twoja chęć do wzięcia udziału wychodzi poza wyniki w nauce, popularność, czy też własną satysfakcję. Tu chodzi o coś poza murami tej szkoły. Przeczuwam w tym coś związanego z twym ojcem... Ciężka rodzinna sytuacja, czyż mam rację? - uniósł jedną brew.
Zanim ona zdążyła coś odpysknąć i rzucić w niego rondelkiem, momentalnie wstał i podszedł do okna. Widział jak Braen wraca w stronę szkoły. Anioła już tam nie było.
- Widzisz, wiem, że nagroda z głównej wygranej to przypadkowo idealna suma, która pozbyłaby się waszych problemów. Dlatego pragniesz uczestniczyć i wygrać za wszelką cenę. I w sumie masz dobre predyspozycje do tego, tylko... brakuje ci mojej wiedzy.
Podszedł do jednego ze stanowisk. Było zostawione w chaosie, pracujący tu uczeń nie posprzątał po sobie. Jednak kurz na blacie wskazywał gdzie jaki przedmiot ma stać. Spencer wziął porozrzucane flakoniki i zaczął je układać według rozmiarów odseparowanych okręgów.
- Zauważyłem pewne patrony i mogę z całą pewnością stwierdzić, iż wiem, jakie będą wyzwania. Problem polega na tym, że to gra zespołowa. Potrzebuję partnera, na którym można polegać. - odwrócił się do niej zza ramienia - Kogoś, komu mogę powierzyć tajemnicę. Kogoś, kto jest równie potężny. Dlatego będziemy sobie przypisani.
Skończywszy układać flakoniki co do milimetra, znowu wrócił tam, gdzie siedział. Odstawił krzesło równo pod ławkę.
- Sama wiesz, czujesz to, że współpraca z sama wiesz kim nie przyniesie ci wygranej. Może i jest lojalny, ale poza tym nie reprezentuje sobą żadnych wartości zwycięscy. Równie dobrze dla samej lojalności mógłby zgłosić się pies na jego miejsce. No ale - westchnął z udawanym zobojętnieniem - Wybór należy do ciebie - puścił jej oczko.

czwartek, 12 marca 2026

Od Braen'a

 Braen z początku nie miał zamiaru stawić się na apelu. Nie uznawał, że musi tam być, skoro nie zapisuje się na żaden turniej. Apel nie dotyczył go. Uznał, że może tę pół godzinki smacznie poleżeć dalej w łóżeczku. Oj, jak bardzo się mylił.
Do jego pokoju wtargnęli z buta Parys i Marlon, z czego ten drugi też wyglądał jakby dopiero został wyciągnięty spod pierzyny. Braen dostał nagły rozkaz szykowania się, bez dalszych wyjaśnień. Obaj mieli poważne miny, więc nie zadawał pytań. Szli szybkim truchtem na dziedziniec.
- Biegam sobie jak zwykle każdego ranka - zaczął Parys - i z ciekawości podchodzę pod tą cholerną tablicę. I co widzę? Idź i się przyjrzyj! - pchnął go w tłum.
Braen przecisnął się przez tłumy uczniów. Na tablicy, tak jak wczoraj, wisiał pergamin z ogłoszeniem. Tylko teraz ogłaszał wybrańców do turnieju. Czytał wszystkich pod nosem po kolei. Blair - niezbyt zaskakujące. Spencer - a to ciekawe. Sterlingów nie znał. Pae. Oczywiście, czara wyczuła jej ducha rywalizacji i zapał. Martwił się tylko czy sobie poradzi.
Głos stanął mu w gardle jak knebel. Nagle zrobiło mu się zimno od środka. "Ale... to niemożliwe."
Podszedł jeszcze bliżej, by upewnić się, że dobrze to widzi. Chwycił pergamin i przybliżył sobie go na kilka centymetrów od twarzy. Niestety tym razem wzrok go nie mylił. Po plecach przeszedł go zimny pot, jakby sama kostucha stała tuż za nim. Ktoś położył mu rękę na ramieniu, przez co się wzdrygnął. Ta ręką jednak była ciepła, żadna trupia. Posiadaczką niej była Paedyn.
- To jest jakieś nieporozumienie - szepnął, ni to do niej, ni to do siebie, po prostu w przestrzeń - Ja się nie zgłaszałem. 
Dyrektor stanął na piedestale i krótko ogłosił, że dalszą część zasad turnieju ogłoszą przy jedzeniu. Braen natychmiast podbiegł do niego.
- Dyrektorze, tu musiała zajść jakaś pomyłka. Ja nie chcę brać udziału w turnieju.
- Już za późno na rozmyślenia, Wade - odwrócił się do niego, przeczesując brodę - Wrzuciłeś swoje imię i czara cię wybrała. Trzeba było dwa razy to przemyśleć.
- Sęk w tym, że ja nic nie wrzucałem. To pomyłka. Może czara się pomyliła? Źle odczytała czyjeś imię?
- Niemożliwe. Czara jest nieomylna.
- A jednak! Proszę to sprawdzić! Nie mógłbym zapisać się na turniej w trakcie... - chciał dokończyć, ale dyrektor dłonią nakazał mu się uciszyć.
- Dobrze... Sprawdzimy czarę. I tak miałem ci przekazać, że twój ojciec pilnie chce się z tobą spotkać w moim gabinecie. Dzisiaj, zaraz po lekcjach. - znów odwrócił się w swoją stronę, ale nagle mu się coś przypomniało - Jesteś zwolniony z przymusu kociołkowania na dzisiaj. 
Dyrektor poszedł w swoją stronę. Na jego miejscu pojawił się jakby znikąd Crawl.
- Skoro już was tu mam, to zaprowadzę was do klasy, abyście nie szli okrężnymi drogami - surowo mówił do niego i o Pae, która wciąż stała u boku Braen'a i słyszała całą rozmowę.
- No masz, szczęście w nieszczęściu - jęknął żałośnie - Nie będę czyścił kociołków, ale za to muszę wziąć udział w zabójczym turnieju - żalił się dziewczynie - Ty mi wierzysz, prawda?
- Wierzę, że nie chciałeś się zapisać - rzekła krótko. Więcej nie musiała.
Gdy patrzył jej w oczy, widział odzwierciedlenie swojej marnej facjaty. Wyglądał jakby go ciągnięto przed sąd ostateczny. Ona zaś emanowała współczuciem i zrozumieniem. Nie to, co jego bracia, którzy wątpili w jego prawdomówność. Z resztą nie miał okazji się im wytłumaczyć, Crawl pośpieszał go.
W klasie zastali tablicę już całą zapisaną różnymi notatkami i tematem zajęć. "Zabójcze i bolesne zakochanie". Pod nim był ranking od jeden do trzech.
- Siadać i zapisywać - rozkazał uczniom - Dzisiaj omówimy 3 przeważne typy magii, której nie wolno praktykować, gdyż grozi to "bardzo surową karą". Czy ktoś wie już o czym mowa? Podpowiedź: temat lekcji - ostatnie zdanie wypowiedział z drwiącym tonem.
Braen puszczał całe jego gadanie mimo uszu. Głowę miał ciężką od własnego zmartwienia, jakim było niewyjaśnione zdarzenie związane z turniejem.
Tylko jedna ręka ochoczo wisiała w górze. Nowy uczeń jak widać chciał zapunktować u srogiego Crawla.
- Niech pomyślę... Jeśli zabójcze, to na pewno chodzi o zaklęcia i eliksiry odbierające życie. Zakazane, to zapewne zaklęcia torturujące. Ostatnie to zaklęcia miłosne. 
- Co magia miłosna ma do zabijania i torturowania? - zapytał retorycznie - Ich zestawienie razem brzmi jak jakiś oksymoron, a mimo to jest coś, przez co wszystkie trzy mogą was - okrasił całą klasę swym spojrzeniem - skrócić o łeb.
- Mmm... Z tego, co kiedyś wyczytałem, eliksiry miłosne mogą mieć skutki uboczne, w zależności od rasy. Ja na przykład wiem, że po wypiciu Amortensii moje serce płonęłoby żywym ogniem - uśmiechnął się, jakby był dumny ze swej szczerości wylanej przy wszystkich.
Na biurku Braen'a wylądował mały, papierowy ptaszek. Pomerdał mu skrzydłami, po czym sam się rozpakował. Napisane na nim było "Ale lizus", a pod był rysunek małego rekinka z płomieniem w paszczy.
- Ha! - tak go to rozbawiło, że pokazał to Paedyn.
Wtem pięść nauczyciela głośno gruchnęła o blat, aż ołówki się same poustawiały w szeregu. 
- Może zamiast wysyłania sobie tajemnych liścików, opowiesz klasie co magia miłosna ma wspólnego z zabijaniem i torturowaniem?
Braen wypuścił ciężko powietrze nosem. Musiał się chwilę nad tym zastanowić.
- Cóż... Nie można nikogo zmusić, by się zakochał - zaczął - Tak samo jak nie można nikogo torturować, ani zabić. Te wszystkie zaklęcia mają na celu... - szukał w pudełkach pamięci idealnej definicji - zrobienie czegoś drugiej osobie wbrew jej woli. Używając tych zaklęć, przejmuje się kontrolę nad czymś losem, i tak jakby zmusza się go, by zmienił swój kierunek.
Nauczyciel chwilę myślał jego słowa. Trwało to trochę, jakby wcześniejsza wypowiedź Spencera przeszła mu w gardle z niesmakiem, po czym teraz z trudem ją przetrawiał. Wyjął swoją różdżkę, zastukał w zamknięty zeszyt syrena. Ten samoistnie otworzył się na pustej stronicy. Pióro samo zaczęło pisać.
- Z takim poetyzmem byłbyś znanym rosyjskim poetą. Ci też siedzieli z głową w chmurach, aż słońce stopiło im skrzydła i zderzyli się z zimną rzeczywistością.
Usatysfakcjonowany wyrobieniem normy w strachu swoich uczniów, wrócił do tablicy.
- Niestety z wiadomych przyczyn nie mogę wam zdradzić zaklęć zakazanych. Nie ważcie się nawet pytać o eliksiry pana Morfina. My możemy jedynie przekazać wam wiedzę jak się przed nimi chronić.
Zaczął nowe zapiski. Ponieważ lekcja zaczęła się późno, nie miał czasu na swoje tyrady na temat antidotum. Zadał to jako zadanie domowe, po jednym na każdą z kategorii.

środa, 11 marca 2026

Od Braen'a

 - Nawet nie jesteśmy jeszcze małżeństwem, a już psioczysz na moich znajomych - odgryzł się czerwonowłosy, starając się zmienić atmosferę na nieco lżejszą tym małym żarcikiem - Co potem, zabronisz mi wyjść na piwo kremowe?
- Żeby tylko kończyło się na jednym piwie - wysłała mu kuksańca w ramię, ale coś podziałało. Chyba się lekko uśmiechnęła.
Lekcja w końcu dobiegła końca. Akurat jak Braen pozbierał swoje rzeczy, większość uczniów opuściła już klasę. Nowy uczeń nieśpiesznie chował swoje rzeczy, bardzo sekuratnie. Układał swoje pióra na specjalnych trzymadełkach w swym prostokątnym, drewnianym pudełeczku. Wyrównywał je co do centymetra. Potem wsadził je do teczki, gdzie też musiało być ułożone we właściwym miejscu i pozycji. Braen starał się najsubtelniej zagadać do niego.
- Hej Spencer, kopę lat. Miło cię widzieć.
Nie dostał odpowiedzi. Chłopak kierował się pośpiesznym krokiem do drzwi. "Może mnie nie usłyszał.", czerwonowłosy doskoczył do niego w dwóch krokach.
- Hej, Spenc. Pamiętasz mnie? 
Chłopak odwrócił się na pięcie. Nawet w jego ruchach był swego rodzaju jakiś uregulowany takt, rytmika. Chwycił stojącego przed nim syrena za ściągacz przy szyi. Pociągnął, zmuszając czerwonogłowego do lekkiego pochylenia się.
- Oczywiście, że cię pamiętam, płazie. Tamtego durnia też - wskazał na Marlona, który się szykował do interwencji - I tamtego lalusia Parysa również. Pamiętam was wszystkich, bandę błaznów.
Skóra, przed chwilą szara, teraz nabierała kolorów pod tonacją pomarańczowego i żółtego. Jego jak dotąd ciemnobrązowe oczy zabłysnęły. Pojawiły się w nich jaskrawe iskierki. Kryły w sobie rozpalający się ogień wściekłości. Im dłużej Braen się im przyglądał, tym większy czuł chłód bijący od nich. On cały z resztą emanował chłodem, który wypełniał cały lokal. Pomiędzy nimi powstała elektryczna atmosfera, którą odczuwali ci, co za blisko stanęli. Pozostali tylko oni, nawet nauczycielki nie było. I Pae.
- Radzę ci dobrze - rządził się, chociaż był niższy, to miał mocniejszą postawę - Nie wchodź mi w drogę.
Mimo woli jego wzrok przeszedł na stojącą i obserwującą wszystko Paedyn. Otaksował ją krytykującym wzrokiem, lecz nie powiedział nic. Wrócił do Braen'a. Atmosfera wzrastała do nieprzyjemnych rozmiarów. Marlon stanął między nimi, warknął gardłowo. Spencer rozluźnił swój uścisk, otrzepał dłonie z prochu i fuknął do nich na odchodne. W progu spojrzał na nich jeszcze raz, z obrzydzeniem w oczach i na twarzy jakby cuchnęło od nich gnojem.
Tym bardziej czerwony był zszokowany. Pierw jego niewytłumaczone pojawienie się, teraz jego bardziej niezrozumiałe dla niego zachowanie. Nie takiego go zapamiętał.
Marlon ocucił go na ziemię klepnięciem w ramię. Teraz dopiero ogarnął, że śmierdzi od niego spalenizną. Spojrzał na dół. Miejsce na koszulce, za które był szarpany, stało się jedną wielką wypaloną dziurą. Będzie musiał się przebrać. Zerknął w bok. Spotkał się spojrzeniami z Pae. Będzie musiał się tłumaczyć.
- Udajmy, że tego nie było. Niech to będzie między nami. - dopiął bluzę pod szyję, by zminimalizować okrutny zapach.

wtorek, 10 marca 2026

Od Braen'a

Po motywującej przemowie dyrektora, klasy mogły opuścić Salę Główną. Była godzina nierówna, połowa pierwszej lekcji poszła na sam apel, więc do następnej lekcji było mniej więcej z 20 minut. Ci, którzy niedosłyszeli, bądź wyrażali zainteresowanie turniejem, zgromadzili się przy dębowej tablicy. Teraz, w miejscu ogłoszenia o apelu, wisiał tam pergamin o tytule "Turniej (tu nazwa): Zasady i zapisy". Pierw powtórzone zostały zasady, tak jak m.in. pełnoletność. Zaraz pod nimi znajdowały się świstki do rwania. Była ich określona liczba, ale gdy któryś został zerwany, na jego miejsce pojawiał się kolejny. Chętni musieli zerwać jeden, wpisać swoje imię i nazwisko, i wrzucić do czary. Listek nie dał się porwać przez osobę niespełniającą podstawowych zasad. Nasza ukochana trójca święta ledwo powstrzymywała się od śmiechu, widząc jak pierwszoklasiści przeciągają te listki jak gumę do końca dziedzińca, a potem odrzuca ich przez przyciąganie.
- Ej, może weźmy się zapiszmy? - zaczął Marlon - Będziemy w przeciwnych drużynach i będziemy się lać nawzajem.
- No to przegrasz szybko - zaśmiał się Braen.
- CO PRZEGRAM - oburzył się - Jestem najmężniejszy z was wszystkich. Będę mógł to udowodnić.
- Nie będziesz - wtrącił się Parys - Turniej oficjalnie zaczyna za około 2 tygodnie. I to pierwsza runda, a są ich trzy.
- No i? Nie kumam do czego zmierzasz.
- A co u nas zaczyna się za 3 tygodnie? I trwa, również, 3 tygodnie? Przez co będziemy musieli sobie zrobić wolne od szkoły?
Chwilę zajęło Marlonowi kalkulacja w głowie.
- Ahh kurwa - westchnął posmutniały - A tak się nakręciłem.
- Spokojnie - czerwony poklepał go po ramieniu - Zdążymy na finał, pooglądamy z wygodnych siedzeń jak inni się będą lać. Może nawet będą transmisje, to sobie pooglądamy jak nas nie będzie.
Braen nagle poczuł dziwnie znajomą woń. Nie damską, nie chodzi o Ashcroft. Czuł spaleniznę, proch i siarkę. Rozglądał się skąd mógł dobiegać ów odór.
- A czemu mielibyście nie być? Wolne od czego? - usłyszeli znajomy, damski głosik.
Wszyscy trzej spojrzeli pół łebka niżej. Paedyn?! Skąd ona się nagle wzięła między nimi? I jak długo tak stała i słuchała?
- Pae... Przestań się tak skradać - Braen lekko się wzdrygnął - Ten, no... - patrzył na braci, by go poratowali.
- Bo widzisz... Mamy taki sezon...- zaczął Marlon i Braen'a przeszedł gorszy strach, niż od nagłego pojawienia się dziewczyny. On coś zaraz pierdolnie, spierdoli albo odpierdoli. Wszystkie możliwe wymiany.
- SEZON WIRUSOWY - wtrącił się złotowłosy.
- Tak! Tak, właśnie - przejął znowu Braen - My jako stworzenia morskie mamy inny układ... odpornościowy? No i więc dlatego jesteśmy bardzo podatni na wirusy. A tu zaraz jesień za rogiem, sezon wirusowy. My musimy przed tym się strzec. Dlatego jak jest naprawdę źle, musimy... wracać do domu. Na jakiś czas. Rozumiesz chyba o co mi chodzi?
Parys stanął o krok za Paedyn, żeby cicho zaklaskać dla swego brata, tego mądrzejszego.
- Czyli nie weźmiecie udziału w zawodach?
- Niestety nie. I tak nie mieliśmy zamiaru.
- Szkoda - odparła i ku ich zdziwieniu urwała kawałek pergaminu. 
Pomerdała im nim przed oczami. Braen widział jak na jej twarzy pojawia się uśmieszek... taki drwiący? Może triumfatorski? Nie mógł go określić, ale było w nim coś... "To" coś. Rzuciła krótkie "widzimy się na lekcji" i zniknęła w tłumie uczniów, kierując się ku Sali Głównej.
- Co za kobieta - westchnął rozanielony, razem z Marlonem. 
Parę minut później, widział ją z powrotem na lekcji pani Grimm. Specjalnie wybrał miejsce koło niej. Nauczycielka zapisywała temat lekcji, on nawet nie wyjął zeszytu. Pochylił się do Pae, by go lepiej słyszała, gdy szeptał.
- Podziwiam twoje zaangażowanie, ale... Jesteś pewna, że chcesz dołączyć? Nawet nie wiadomo, jakie to będą próby.
Profesorka zastukała głośno w tablicę swoją różdżką. Syren natychmiast się wyprostował, myśląc, że to do niego. Na szczęście nie patrzyła na niego.
- Dołączy do nas dzisiaj nowy uczeń. - machnęła różdżką i koło Braen'a, po drugiej stronie, w drugim rzędzie, ustawiła się pusta ławka i krzesło - Wejdź proszę.
Znowu ten zapach. Teraz mocniejszy. I tak znajomy. Kręcił go w nosie i wbijał szpilki w pamięć.
Drzwi do sali otworzyły się. Przez próg przeszedł młodzieniec o średnim wzroście około metr siedemdziesiąt, o rudo-płowych włosach, szarawej cerze i doszukliwym spojrzeniu. Był ubrany w tradycyjny mundurek szkoły, tzn bordowo-brązowe spodnie, garnitur i beżowy sweter wełniany. Odstawał tym od innych uczniów, ponieważ już nie było wymogu noszenia mundurku. Stanął na środku sali i ukłonił się.
"Niemożliwe", pomyślał Braen, przyłapując się na tym, że szczęka mu opadła. Odwrócił się za siebie i szukał wzrokiem Marlona. Chciał się upewnić, że nie tylko on to widzi, że nie ma zwid. Niebieski siedział w prawym tylnym rogu klasy, jego postura wskazywała na to, że przed chwilą huśtał się na krześle i gryzł swój ołówek. Teraz zamarł w bezruchu, ołówek leżał na ziemi, a on patrzył się z otwartymi ustami i szokiem w oczach jakby zobaczył ducha.
- Na imię mi Spencer, Spencer Von Void. - przedstawił się chłopak - Miło mi was poznać. Dołączyłem dopiero teraz, gdyż miałem opóźnienia przy zapisywaniu się. 
Teraz Braen nie miał zawahań. Znał go. Jego dawny przyjaciel. Nie widzieli się od lat, nie dostawał od niego znaku życia, myślami był w najgorszych scenariuszach. A teraz stał przed nim. Tylko jego maniery i zachowanie... W tym było coś dziwnego.
Nauczycielka wskazała mu wolne miejsce. Spencer nie dał na siebie czekać i szybko je zajął. Nawet nie uraczył Braen'a spojrzeniem, zupełnie jakby go nie pamiętał. Za to Braen nie mógł przestać się na niego patrzeć. Dopiero kolejne stuknięcia pani Grimm ocuciły go do rzeczywistości. Zegar mówił, że zostało jeszcze 45 minut do przerwy. Te 45 minut wycenią jego cierpliwość.

poniedziałek, 9 marca 2026

Od Braen'a

 Chłopak zaśmiał się życzliwie na jej słowa. Trochę też wzdrygnął, bo jej słowa aktywowały pewne nieprzyjemne wspomnienie, ale natychmiast odrzucił je od siebie. Rozwiał chmury sentymentalizmu nim te zdążyły się uformować.
- Obiecuję, że na początku nie będę cię wrzucał do wody. A-a! - teraz to on położył jej na ustach palec, gdy ta chciała zaprotestować - Element zaskoczenia to też część nauki. Kiedyś ktoś znowu może cię popchnąć, a ty musisz wtedy wiedzieć, co robić. Tutaj mogę cię do tego przygotowywać. I w razie konieczności będę cię ratował.
Uratowałbym cię tysiąc razy, dodał w myślach. Nie wiedział czemu tak o niej myśli, nie myśli tak przecież o każdym ze swojej klasy. Przez bite 3 lata stronił od kontaktów z resztą uczniów, chyba, że musiał, a teraz nagle pojawiła się ona, (tzn. była już, ale dopiero teraz zaczął ją zauważać) i dobiła mu się woda do mózgu. Czuł jakby była między nimi więź, jakby coś ich łączyło, tylko jeszcze nie mógł odkryć co i z jakiej kategorii. Wiedział jedynie, że musi ją trzymać blisko przy sobie. Poza obecną chwilą.
Coraz bardziej rozluźniał uścisk na Paedyn, aż jego ręce ledwo ją dotykały. Ostrożnie pływał przy niej. Nie dał się spuścić z zasięgu wzroku.
- Nie panikuj... Najważniejsze to zachować spokój - mówił kojącym głosem - Zacznij powoli robić kółka rękami - zademonstrował - Odpychaj od siebie wodę. Ooo, właśnie tak. Nie bój się, jestem tutaj ja i Lilia. Złap się mnie albo niej. Zaczekaj - zanurzył się.
Pod wodą sprawdził co robi nogami. Po chwili wynurzył się tuż za nią, z wyczuciem, nie tak gwałtownie jak na brzegu. 
- Nogami też staraj się robić kółka - złapał ją w pasie - Spokojnie, spokojnie. Chcę ci coś pokazać - przyłożył swoją dłoń do jej, chcąc je porównać - Zobacz, jak mam błonę między palcami. Ty nie. Dlatego nie młóć wody otwartymi rękoma. Zrób z nich łyżki. 
Przy okazji zerknął na zegarek, musiał mieć czas ciągle na oku. Piorunująco szybko minęło pół godziny. Zaklął w duchu. Ledwo co zaczęli, a muszą już wracać.
- Spróbuj teraz powoli płynąć. W stronę brzegu. Ja będę tuż obok, także bez paniki, dobrze? Jeśli nie dasz rady, wezmę cię na grzbiet. Pomyśl, że jesteś żabką - na potwierdzenie jego słów, z wody wypłynęła młoda żaba i wskoczyła na liść lilii. Otaksowała ich swymi ślepiami, zakumkała, po czym wskoczyła do kwiatu i tam zaczęła nadawać swój śpiew.
Potem na stryczkach dołączyły do niej świerszcze. Nic poza tym, cały las słuchał małego koncertu.


niedziela, 8 marca 2026

Od Braen'a

 - Co jest niesprawiedliwe? - zaśmiał się gdy wynurzył swój łeb - Jesteśmy jeszcze na w miarę płytkiej wodzie. - zaśmiał się dwuznacznie.
- Nie... Nie waż się! - Paedyn chlapała go wodą ile miała pary w rękach.
Ten tylko zaśmiał się złowieszczo i zniknął pod wodą. Co kilka machnięć ogonem wynurzał się tylko do oczu i po chwili znikał z powrotem w głębinach sadzawki. Nastroszył do tego swoją płetwę grzbietową. Wyglądał przy tym jak krokodyl upatrujący swej ofiary, a jego czerwone włosy ciągnęły się za nim niczym krwista fala. Co kilka metrów zmieniał pozycję. Będąc blisko niej, muskał jej nogi od tyłu, by po chwili szczypnąć ją od przodu, W odpowiednim momencie, zebrawszy dobry rozpęd, wyłonił się cały tuż za nią. Przewyższał ją o głowę.
- A teraz bierzemy głęboki oddech - uśmiechnął się szeroko i przyciągnął ją do siebie.
Razem zapadli się pod taflę wody. On trzymał ją kurczowo przy sobie, żeby ta przypadkiem nie wyrwała mu się w panice. I tak nie miała innego wyboru, płynął zbyt szybko. Gdyby się go puściła, odpłynęłaby w lepki muł dna. Odliczał sekundy w duchu. Wiedział, że od samego brzegu dopłynięcie do najgłębszego punktu trwa 25 sekund, zależnie od tempa. Wiele razy się tutaj ścigali. Musiał się streszczać, bo ludzkie płuca tyle nie wytrzymują. Na szczęście złość przepaliła się w nim w energię do pływania.
Dotarli do punktu, gdzie z wody wyłaniała się jedna wielka lilia wodna z ogromnym kwiatostanem, który niedawno przekwitł. Dookoła nie było nic, w najbliższym zasięgu wzroku były korony drzew i brzeg, skąpany w blasku księżyca. Jego rzeczy cierpliwie czekały na niego.
Wciąż trzymał Paedyn przy sobie. Dał jej czas, by nabrała świeżego powietrza i doszła do siebie.
- Córko zoologa - zaczął - Czy twój ojciec uczył cię pływać? - zapytał. 
Wciąż miał w głowie zdarzenie, ich pierwsze spotkanie, w basenie na wf'ie. Teraz tym bardziej nie rozumiał jak ktoś, kto prawdopodobnie wychował się w tematyce wody, tak łatwo jej poległ. Powoli rozluźniał swój uścisk. Spojrzał na zegarek. Była 20:45. Mieli jeszcze trochę czasu.
- Mógłbym cię uczyć - rzekł z niepozornym spokojem w głosie - Jeśli mi zaufasz - odsunął się trochę od niej.

sobota, 7 marca 2026

Od Braen'a

 Braen pośpiesznym krokiem zmierzał do sali dyrektora z wielkim lustrem w rękach. Będąc tam, zauważył, że reszta już na niego czekała. Pan dyrektor, pan Crawl i Morfin, oraz rodzice Blair. Sama Blair nie uraczyła ich swoją obecnością. Położył lustro przed biurkiem i zapukał w nie 3 razy. Odbicie przeistoczyło się w mgłę, z której wyłoniła się twarz mężczyzny. Miał krótkie, białe włosy, jasnoniebieskie oczy, okulary bez oprawek i nietęgi wyraz twarzy. Z wiadomych przyczyn nie był zadowolony, że musiał uczestniczyć w tym zgromadzeniu.
- Witaj Angelo - przywitał go profesor - Jak tam pogoda w Bułgarii? Słyszałem, że tam teraz tropikalnie jest.
- Witaj, Angusie - odezwało się odbicie - A i nie powiem, temperatura dopisuje. Smoki mają teraz swój sezon lęgowy, także... No, ale nie po to tu jestem, by mówić o pogodzie. Mam trochę napięty grafik, więc może streszczajmy się. Antoniuszu, bardzo ci dziękuję za sójkę z opisem całego zajścia.
Pan Crawl skinął głową na znak, że to nie był żaden problem. Braen zasiadł na jedynym wolnym miejscu, które było pomiędzy nim, a ojcem Blair.
- Nie rozumiem - tu słychać szelest papieru - dlaczego tu w sumie jesteśmy...
- Jak to dlaczego? - uniosła się matka Blair - Nasza córka padła ofiarą żałosnego żartu, przez który teraz nie może czarować!
- Tak, tak, tyle to ja wyczytałem. Proszę mi nie przerywać. Nigdzie nie jest napisane, że to sprawka Braen'a. Są tylko jakieś niedopowiedzenia i niepodparte tezy.
- Jego "lekarstwo na bladość" - ojciec Blair wypluł z siebie te słowa jakby z obrzydzeniem, rzucając chłopakowi spojrzenie kątem oka - znaleziono puste na biurku naszej córki.
- Mogło mu wypaść, zostawił je przypadkiem, albo ktoś mu je ukradł - ojciec Braen'a dalej był nieprzejęty całą sprawą - To żaden dowód na czyjąś winę. Ba, czy ktoś widział albo słyszał, żeby mój syn do niej podchodził? - to było pytanie retoryczne, wszak nie było konkretnych opisów od świadków.
- Przed całym zajściem miało miejsce inne - wtrącił się pan Morfin - Inny uczeń spowodował wybuch, cała klasa skupiła się na nim.
- Według mnie to było na odwrócenie uwagi - odparła matka.
- A według mnie czysty przypadek. Nowy rok, uczniowie będą robić błędy mniej lub bardziej szkodliwe.
- Naszemu dziecku już wystarczająco zaszkodzono. Teraz nie może używać swojej magii. Jest... jest...
- Jak człowiek? Normalna? Przykro mi... Taka poszkodowana dziewczyna. Ale spokojnie, wystarczy, że sobie pobiega z dwie godzinki dziennie przez tydzień i sama to z siebie wypoci. 
Braen siedział jak na szpilkach i czekał aż ktoś go wywoła. Niestety, albo stety, to przerodziło się w kłótnię, która trwała ponad dwie godziny, i wniosła w sumie niewiele. 
- To wyłącznie wasza wina, że wasza córka jest, jaka jest! - krzyczał jak pewien pan z wąsem podczas przemówień, które zapisały się na kartach historii - Ludzie i stwory od setek lat używają suplementów i nic im nie jest. Sam ich używam i mam magię jak ten młody bóg! Wasza córka to genetyczny płatek śniegu, prawdopodobnie wy też. Niby tacy wielcy magowie, a pokonać was może marchewka!
Braen tak bardzo chciał się śmiać z tej całej sytuacji, choć musiał wytrzymać. Jego reakcje tylko dodałyby oliwy do ognia, który powoli przygasał.
- Aniele, muszę cię upomnieć - przerwał mu dyrektor - Powściągnij swój temperament.
- Wybacz, Angusie - dało się słyszeć głośne westchnienie - Wracając do dawno straconego meritum - zmienił temat - Nie ma dowodów na to, że Braen jest w to zamieszany. Nie ma świadków, tropów,... są tylko teorie i pomówienia. Ba, nie ma nawet nic obarczającego tą dziewczynę - spojrzał w papiery - Paedyn Ashcroft. Jest tylko nienawiść, którą da się wyczuć, czytając zeznania Blair. Tyle mam do dopowiedzenia, nie mam na te tyrady więcej czasu.
Spotkanie zakończyło się koło 19:30. Nie przez to, że wszystkie strony tak uznały za dobre, lecz przez decyzję dyrektora o rozstrzygnięciu tej sprawy korespondencyjnie. Chłopak zakrył lustro futerałem, spakował w plecak i wyszedł z gabinetu. W progu zatrzymał go dyrektor. Obiecywał mu, że weźmie wszystkie okoliczności pod uwagę, gdy będzie myślał nad stosowną karą. Braen słuchał go, lecz nie przystanął spokojnie, by nie wpaść w jego półgodzinne pogawędki. W myślach liczył minuty razem z zegarem i biegł już na dziedziniec. Przytakiwał, cofał się do tyłu i ziewał na pokaz. Wreszcie dyrektor wrócił do gabinetu, a Braen ruszył sprintem z budynku. Odprowadziły go oskarżycielskie spojrzenia wiadomo kogo.
Wyskoczył przez drzwi na dziedziniec i się rozejrzał. Stała tam, przy fontannie. Natychmiast do niej podbiegł.
- Spóźniłeś się o całe dwie minuty, Wade.
- O tak? Ciekawe spostrzeżenie. - złapał ją za rękę - Chodź.
- Gdzie?
- Pokażę ci. Myślałaś, że będziemy gadać tutaj, w sercu szkoły?
Zaczął biec w stronę wyjścia. Spojrzał na swój zegarek. Była 20:05. O 22 cisza nocna i obowiązkowa obecność. Mieli czas, ale musieli się streszczać. Mogliby gadać nawet i na tym cholernym dziedzińcu, ale Braen się cały kotłował od środka. Cała ta sytuacja i akcja w gabinecie go nieźle podkurwiła. Czuł, że musi dać nura gdziekolwiek, by ochłonąć. Dlatego biegł ile sił w nogach w stronę mokradeł, tych tuż za bramą szkoły. Za pierwszym rzędem koron drzew znaleźli sadzawkę, niewielką, ale wystarczającą, by się zanurzyć. Puścił Paedyn i ustawił ją twarzą do pnia najgrubszego drzewa.
- Nie patrz - rzucił szybko
- Co... Braen, co ty... 
- Powiedziałem nie patrz! Nie odwracaj się - ustawił ją z powrotem twarzą do drzewa, bo nie słuchała.
W pośpiechu zrzucał z siebie ubrania.
- Chciałem cię przeprosić - mówił w pośpiechu - Trochę... trochę przegiąłem - i chyc bluzę na gałąź - Nie miałem prawa cię osądzać, bo nie miałem ku temu namacalnych dowodów - rzucił spodnie pod drzewo.
Z rozpędu wskoczył do wody. Czuł jak zimna woda błogo otula jego rozpalone złością ciało. Jego stan wewnętrzy polepszył się, gdy poczuł pod palcami swoje łuski. Nawet zatęsknił za ogonem i on za nim, bo chlusnął wodą. 
- Zrozumiem, jeśli nie przyjmiesz moich przeprosin. - podciągnął się do brzegu i zerknął na nią - Możesz już patrzeć. Możesz też dołączyć. Woda jest w sam raz.

Od Braen'a

 Chłopak stał jak zamurowany, nie wiedział jak zareagować. Słuchał tylko jej oskarżeń i czekał na moment, w którym zabraknie jej oddechu i będzie mógł coś od siebie dodać. Szukał też odpowiednich słów, by nie rozwścieczyć jeszcze bardziej tego złego byka.
- Zaczekaj kochanieńka - chciał kontynuować, ale na korytarzu było zbyt tłoczno. 
Wyjął swoją różdżkę i przytknął ją do dłoni Paedyn, którą kurczowo go ściskała.
~To nie jest żadna telepatia... No może nie w takim konkretnym stopniu, bo muszę cię dotknąć różdżką, żeby móc coś ci przekazać... Prywatnie.
Spojrzał za nią. Jego śladem ruszył Marlon z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Zauważywszy, że styka się różdżką z Paedyn, nic nie powiedział, tylko na migi rękami zapytał:
~ Potrzebujesz pomocy? Zabije cię?
~ Nie, wszystko okej - pokazał wolną ręką - Idź, zostaw nas na chwilę. Daj znać jak ktoś tu podejdzie.
~ Jakby co, krzycz.
Marlon oddalił się za róg. Tam pozostał na czatach. Braen wrócił myślami do Paedyn
~ Bardzo mi przykro, z tego, co stało się Blair. Skąd ja miałem wiedzieć? Każdy w mojej rodzinie używa karotenu i nikomu nic nie jest. Też kiedyś przedawkowałem i nic mi nie było. Byłem bardziej pomarańczowy niż ona, ale to przechodzi. 
Na chwilę przerwał, by samemu też upewnić się, że nikt nie idzie.
~ Może ona ma alergię? Albo tak tylko mówi i nic jej nie jest naprawdę! To przecież Blair, aktorka-dramatorka jakich mało. - wzruszył ramionami - W każdym bądź razie, ona wciąż żyje i ma się dobrze. Te pare dni bez magii może jej da coś do myślenia.
To nie działało. Widział jak Peadyn zbiera w sobie powietrze, by rzucić się na niego z kolejnym bombardementen słów. W jej pochmurnych oczach zapowiadało się na burzę z piorunami. Położył wolną dłoń na jej ramieniu.
~ Jeśli to ci polepszy humor, to wiedz, że na mnie też czeka kara. Nie wiem co, ale nie zapowiada się dobrze.
Cichy szmer butów przerwał ich telepatyczną rozmowę, a raczej jego monolog.
- Gołąbeczki - Marlon rzekł do nich dość cicho i słyszalnie, gdy był bliżej - Możecie to później dokończyć? Spóźnimy się na lekcje. 
~ Dziedziniec o 20 - zaproponował i odczepił się od niej. Wyrwał się z jej uścisku.

Od Braen'a

 Była niedziela wieczór. Dzieci po kolacji zostały ułożone do łóżek, więc na stół weszło wino i zrobiła się lżejsza atmosfera. To był wreszcie czas, kiedy można było porozmawiać z bliskimi o problemach trapiących duszę. 
- To był świetny pomysł z kurkuminą. A i ten z tym drugim eliksirem również - powiedział Marlon - Jednak myślałem, że zrobicie eliksir przemiany i ona zamieni się w Blair, a ciebie w jakiegoś obleśnego woźnego i razem nagracie ładny filmik... Taki z filtrem dla dorosłych.
- Ej ej! Nie dawaj mu takich pomysłów - pacnęła go w ramię Anastazja - Za eliksir przemiany jest wygnanie ze szkoły i paragraf na kilka lat nawet. - jednym duszkiem dokończyła swoją lampkę wina - Och... Ojciec już wysłał jaskółkę z Bułgarii. Nie wie, czy będzie mógł się stawić osobiście na twoje przesłuchanie. Jakby co przygotuj lustro.
Braen słuchał i przytakiwał. O dziwo był bardzo spokojny przed jutrzejszą egzekucją. Nie wiedział, czy to sprawka wina czy też tego, że Parys plótł mu włosy i to działało kojąco na niego. A może tego, że w głębi siebie miał przeczucie, że nadejdzie coś gorszego, coś o kolorze burzowego nieba.
Po odpoczynku po jedzeniu, wrócili pod przystanek, skąd autobus zabrał ich z powrotem w zimne objęcia murów szkolnych.
*** Następnego dnia ***
Czerwonowłosy od początku dnia robił wszystko z automatu. Wstał, umył się, zjadł i ruszył na lekcję. Chociaż to dawało mu namiastkę kontroli, jaką jeszcze miał. Wiedział że za kilka godzin rozpęta się ognista dyskusja na jego temat, chciał więc przynajmniej te kilka godzin przeżyć względnie pokojowo, tzn. neutralnie. Starał się nie rzucać w oczy. Cóż, gdyby tylko niebiosa był równie łaskawe i wysłuchały jego prośby... Jego prośby pozostały zostawione na odczytanym.
Kiedy padło jego nazwisko podczas lekcji pani Vane, wiedział, że to nie będzie spokojny dzień, choćby nie wiem jak próbował. Podszedł na środek sali jak pod mur na rozstrzelanie.
- Pójdzie szybko - usłyszał gadanie wampira, który jeszcze nosił na sobie ślady brokatu - Ten pantofel nie bije kobiet. Laska spuści mu łomot.
- Albo zamieni go w czerwonego pomidora, tak jak załatwiła Blair - odpowiedziała jakaś dziewczyna.
- CISZA! - krzyknęła nauczycielka na całą klasę - Wade, znasz zasady. Pora schować swoje uprzedzenia i zasady w kieszeń. Chcę widzieć czystą demonstrację tego, co jak dotąd umiecie. Żadnych niedozwolonych chwytów.
Ścisnął mocniej rózdżkę wiszącą u paska spodni. Gdy Vane tylko dała znać, Paedyn natychmiast zaatakowała. Braen natychmiastowo odrzucił strumień energii  mocnym machnięciem.
- Unik - tłumaczyła profesor - Nie wymaga zaklęć, tylko skupienia na ataku. Podstawowa umiejętność każdego czarodzieja. Proszę, dalej.
Paedyn znówi nie dała na siebie czekać. Strzeliła kulą energii, która zrykoszetowała po sali, gdy Braen ją odbił. Na szczęście nie trafiła nikogo. To świadczyło o tym, że dziewczyna nie grała. Ona na serio chciała się z nim pojedynkować. Po jej posturze było widać, że ledwo potrafi opanować swój gniew.
- Dobrze, ale więcej kontroli Paedyn. Kula musi trafić w wybrany punkt, a nie strzelać jak mysz przegoniona spod miotły.
Braen dosłownie czuł i słyszał jej świszczący oddech wściekłości, a na jej ustach malowały się przykre słowa w jego kierunku. Kolejna komenda, kolejny natychmiastowy atak. Braen stanowczym ruchem zamachał okrąg różdżką i przechwycił moc Paedyn. Pulsująca, biała kula zawisnęła tuż przy czubku. Była niestabilna, także musiał się śpieszyć. W trzech szerokich krokach zjawił się przy dziewczynie, wciąż z szeroko wysuniętą różdżką. Był na tyle blisko, że ten sam czubek, za którym ciągnęła się magia, dotknął jej skóry na szyi. To pozwoliło mu na krótką więź telepatyczną.
- Chcesz się na mnie mścić?! Dobrze, ale nie przy publice!
Chciał więcej dodać, lecz resztę będą musieli ze sobą jakoś inaczej zaplanować. Kiedy czuł, że kula się zaraz zdestabilizuje, odskoczył od Paedyn i pokierował za okno. Energia wystrzeliła jak z procy, roztrzaskując szybę na drobne kawałki.
- Ładny pokaz przechwycenia - mruknęła nauczycielka - Siadaj, zaliczone. 
Machnęła swoją różdżką w stronę zbitej szyby i po chwili ta znów była cała.

piątek, 6 marca 2026

Os Braen'a

 Bracia od razu po wyjściu z autobusu zaczęli rozplanowywać sobie dzień.
- A więc tak - zaczął Braen - Każdy wie swoją rolę? Parys, ty idziesz do apteki odebrać od Ruby zamówienie. Standardowo suplementy plus blokery na okres. Dobierz do tego ekstra karoten dla mnie.
- Tak jest, prze pana - mruknął kpiąco złotowłosy.
- Ja z Marlonem pójdziemy w tym czasie po różdżki i książki... Tak rozkazał pan Crawl.
- Ja nie rozumiem... Nigdy nie używałem jej i teraz nagle muszę... Jeśli profesor chce, mogę pokazać mu swoją specjalną różdżkę - warknął rekin, założywszy rękę na rękę.
- Przyzwyczaisz się - odparł Parys.
- Potem - kontynuował czerwonowłosy - idziemy do Anastazji na obiad. Do wieczora siedzimy tam i pomagamy, albo i nie... - rzucił Parysowi spojrzenie, widząc jego dopiski w notatkach - Jutro rano wstajemy, odbieramy zamówienie od rybnika... i wracamy do szkoły.
Marlon stęknął zmęczony jakby już zrobił to wszystko, co zostało zapisane, chociaż było tego niewiele. Rozeszli się w swoje strony, każdy po swoje zadanie. Najpierw zajęli się zaopatrzeniem w podręczniki i książki. Kiedy byli już załadowani po brzegi, skoczyli po różdżki. Te na szczęście znaleźli niedaleko księgarni. Przypadkowo, czy też nie, wpadli tam na panią Huffpuff i pana Crawla, robiących własne zakupy w cywilu.
- Oho, widzę owocne poszukiwania na nowy rok szkolny - starsza pani życzliwym wzrokiem obejrzała ich nowe nabytki - Co teraz, pewnie patrzycie za różdżkami? Chodźcie, chyba widziałam coś w sam raz dla was.
Chłopacy posłusznie poszli za nią. Crawl szedł za nimi w ciszy i zamykał pochód. Nic nie mówił, tylko taksował ich wzrokiem, podpierając palcem podbródek.
- Ostatnio zaczytałam się w ciekawej lekturze... To była książka idealnie opisująca każdą rasę... No może prawie każdą - myślała na głos, pełna pasji - Nosiła tytuł "Poznaj siebie". Och, tak mnie wciągnęła, że z chęcią przytoczę ją na następnych lekcjach. W każdym bądź razie - odwróciła się do chłopaków, wciąż idąc w głąb sklepu jakby znała go jak własną kieszeń - oto coś dla was, tak przeczuwam.
Poklepała stosik różdżek umieszczonych w ślepym zaułku sklepu, tak jakby były rzadko wybieranym towarem. Braen podniósł jedno z pudełeczek. Wygrawerowane nań litery mówiły, iż różdżka ta została stworzona z pnia dębowca latami dryfującego po dzikich rzekach, a jej rdzeń został wypełniony prochem z czerwonego koralowca. Na rękojeści znajdował się grawer konika morskiego.
- Wszak nie od dziś wiadomo, że to, co bliskie naszemu pochodzeniu, najbardziej pomaga nam poskromić wewnętrzy ogień i temperament - zaśmiała się cichutko, puszczając im oczko.
Marlon, początkowo sceptycznie nastawiony do tematu różdżek, teraz nie mógł oderwać się od różdżki wyrzeźbionej z zęba megalodona. Tak samo Braen miał wrażenie, że konik bardzo wygodnie układa mu się w dłoni.
- Dziękujemy - odparli - Oszczędziła nam pani mnóstwo czasu na wybór.
- Drobiazg - machnęła ręką - Trzeba sobie pomagać. Och, bym zapomniała. Ile wasze młodsze rodzeństwo ma lat? Roczek? Dwa? - szukała czegoś w torebce, aż znalazła - Oj, słaba moja pamięć. Tak czy siak, zawieście to na wózkach - wrzuciła im do torby z książkami malutki pakunek - To odstraszy uroki i złe spojrzenia. Dodałam też trochę ciasteczek. Tylko zostawcie im trochę!
Do różdżek dobrali też pasujące futerały i zawieszki na pasek od spodni. Zapłacili i mieli ruszyć dalej, kiedy przed wejściem zatrzymał ich Crawl.
- Wade - mówił do Braen'a, ale oceniający wzrok dosięgnął ich obu - W poniedziałek o 17 masz się stawić u dyrektora. Wiesz dlaczego. Nie spóźnij się.
To nie było pytanie, ani prośba. To był list głosowo przekazany, nakaz, wymuszenie. Krótka informacja o zbliżającej się egzekucji, wypowiedziana beznamiętnie niczym zwykła błahostka. Czerwonowłosy potwierdził, że będzie tam. Wyminęli profesora w drzwiach, lecz dopiero kilka ulic dalej przestali czuć chłód jego wzroku na plecach.
Podeszli pod przystanek, skąd lewitujący karocowóz zawiózł ich do centrum. (Tu oszczędzę nudnego jak flaki z olejem opisu drogi do apartamentu ich siostry.) Niedługo im zajęło, nim dotarli pod adres wcześniej wspomnianej Anastazji. Ich siostra, świeżo upieczona adwokat spraw magicznych i nadprzyrodzonych, posiadała mieszkanie w samym sercu kwitnącej metropolii miasta, na najwyższym piętrze 20-piętrowego drapacza. Przywitała ich od progu gorącym uściskiem i tyle wystarczyło, by poczuli się jak w domu.
- Kochani moi... Wiecie co - zaczęła białowłosa - Wybaczcie mi ten nieład. Nie spodziewałam się was tak szybko... Nie zdążyłam ugotować nic, a mam jeszcze bliźniaki na głowie. Ruby i Parysa też jeszcze nie ma. Nie gniewajcie się.
Kiedy ktoś mówi, że ma burdel w domu, to zazwyczaj przesadza. Tutaj jednak "nieład" był ładnym określeniem tornada, a raczej dwóch małych tornad, które spustoszyły pokój zabaw i zajęły się salonem. Te tornada miały na imię Lilith i Asmodeusz. Tak jak Anastazja mieli białe włosy i oczy koloru oceanu oświetlanego promieniami słonecznymi. Kiedy urwisy zauważyły, że ktoś przyszedł, natychmiast rzuciły swoje zajęcia i popędziły do drzwi się przywitać.
- Aaa... Nie dramatyzuj Ania - prychnął Braen - Odstawimy rzeczy i weźmiemy tą dwójkę na spacer, a ty spokojnie sobie gotuj... 
Z dwojga złego, woleli wyjść z małymi szatankami na spacer. Mimo iż Anastazja wygląda na spokojną osobę, dzięki swej filigranowej sylwetce, nienagannym ubiorze i manieryzmie, to lepiej nie wchodzić jej w drogę gdy gotuje. W tej dziedzinie ukazuje się jej demoniczna natura.
Zostawili torby w pokoju gościnnym i wzięli małe charpagany za bety. Nie brali nawet wózka, bo te szatańskie pomioty lubią jak się je nosi i nimi podrzuca. Brechtały się przy tym do łez.
- I rzut dzieciakiem za 10 punktów - Marlon robił ruchy, jakby celował Asmodeuszem do śmietnika, a ten się z tego cieszył. Na całej ulicy było słychać ich zaraźliwy śmiech. Przez chwilę dzięki temu mogli zapomnieć o szkole i cieszyć się razem z nimi z głupich rzeczy.

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...