- Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli.
- Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - cmoknęła, klaskając w dłonie - Normalnie bym pomyślała, że czara was połączyła za tą właśnie cechę, gdyby nie to, że jesteście w osobnych drużynach... A mimo to jakoś nie trzymacie wrogiego dystansu - wykrzywiła usta, piórem wskazując na małą przestrzeń między nimi - Czyżby ta pańska szlachetność wynikała z tego, iż jest pan sierotą? Pobudza to w panu chęć pomocy innym?
- Że co proszę?! - jego oczy się wściekle rozszerzyły.
- Może źle to ujęłam... Twój ojciec cię adoptował, kiedy byłeś mały. Razem z twoimi braćmi. Powiedz mi, jak to było? Rodzina cię zostawiła? Padłeś ofiarą kłusowników? A może sam z ciekawości zszedłeś na ląd? Tylko bardzo szczegółowo proszę.
- A po kiego wała chcesz to wiedzieć, harpio?! - warknął.
- Potrzebna nam jakaś ckliwa historyjka, coś w stylu trudnej przeszłości, dziwnych przeżyć... Coś smutnego, to się bardzo dobrze sprzedaje i niektórzy czytelnicy mogą się z tym utożsamiać.
Braen był wściekły. Czuł się znieważony. Ta kuropatwa widziała w nich tylko artykuły i kasę z czytelników. Zaczął walić pięściami w kopułę, w którą ich zamknęła. To mogło przykuć czyjąś uwagę, bo w ich stronę dynamicznym krokiem zmierzała pani Huffpuff i pani Vane. Za nimi truchtał Marlon. Betty wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie, które zdjęło czar proszku.
- Lucindo! - krzyknęła przez zęby Vane, a jej sokole oczy zabłysnęły w furii - Ile razy mam ci powtarzać?! Wywiady z uczestnikami możesz robić tylko w ustalonych godzinach, pod naszym okiem!
- Germanio, po co tak się stroszysz? Ja tylko parę pytań chciałam zadać. - położyła jej dłoń na ramieniu.
Nauczycielka od razu strąciła ją z siebie. Na jej karku wyrosły srebrno-brązowe pióra, które się napierzyły. Jej nos nabrał haczykowatego kształtu niczym dziób.
- Żadnych pytań poza umówionymi godzinami! - wtrąciła się Betty, wspierając koleżankę - Nie będziesz mi tu dręczyć dzieci.
- Mmm jakby co - i też Marlon chciał dodać swoje trzy grosze - to ja i to ustrojstwo mogę roztrzaskać - wskazał na garbatego asystenta z aparatem, a ten zacmokał i pokręcił nosem jak zdezorientowany królik.
- Nie będzie takiej potrzeby - rzekła stanowczo Vane - Lucinda już wychodzi. Poczeka poza zamkiem do końca lekcji, aż nadejdzie pora na prawdziwy wywiad.
Wtem w mgnieniu oka pani Vane zmieniła się w wielkiego sokoła. Porwała w szpony Lucindę Vane i jej pomagiera, jakby osobiście chciała dopilnować, że ich nie będzie. Chwilę po tym pozostawiła za sobą latające pióra. Huffpuff, upewniwszy się, że szybko nie wróci, również udała się w swoją stronę.
- Daj no na chwilę notatki moje - "poprosił" Marlon, z lizakiem w ustach.
Braen zaczął szukać po plecaku jego pergaminu, ale tak się trząsł ze złości, że rzeczy mu leciały z rąk.
- Pierdolona purchawa - syknął do siebie, natychmiast zbierając rzeczy z podłogi - Wkurwiła mnie - uprzedził pytanie brata.
- Czekaj - niebieski zaczął coś szukać w swojej sakiewce.
Czerwonowłosy kątem oka ujrzał jak rekin jedną ręką zasłania Pae. I w sumie słusznie. Cały ten stres kumulował się w nim przez ten turniej, do tego nakładał się trudny dla hormonów coroczny okres, a teraz jeszcze ta cizia... Chłopak nie chciał wybuchnąć niekontrolowanie, nie przy Paedyn przynajmniej. Wziął kilka głębokich oddechów i odrzucił włosy do tyłu.
- Zostaw, nie trzeba - uciął, widząc jak Marlon natarczywie przetrzepuje kieszenie - Już jest okej. Masz swoje notatki - przekazał mu pergamin.
Przez dziennikarkę przerwa przeszła im koło nosa. Oboje w sensownym milczeniu podążyli na następne lekcje. Mając lepsze wyczucie sytuacji niż harpia Lucinda, wiedzieli że zadawanie pytań teraz byłoby niestosowne.
Dzień lekcyjny szybko przeminął. Zaraz Pan Crawl w towarzystwie pani Vane zebrali wszystkich uczestników i zaprowadzili ich do pomieszczenia, które słuźyło jako schowek sprzątaczy, ale teraz było kącikiem dziennikarskim. Było tam ciemno i dusznie. Na szczęście pytania, jakie zadawała Lucinda, nie były już takie chamskie i natarczywe. Ogólnikowo pytała o turniej, przebieg i ich zdanie. Gdy coś powiedziała nie tak, Crawl osobiście usuwał to z jej notesu w najgorszych przypadkach. Po paru próbach wystarczyło samo jego spojrzenie, by sama zaczęła się korygować. Widać było, że sprowadzili ją do karnego rogu. Cały reportaż nie trwał nawet godziny. Po wszystkim uczniowie zostali odprowadzeni do swoich dormitoriów. Jednak niektórzy przypomnieli sobie kilka rzeczy i postanowili się wrócić...
- Totalna porażka - wychlipiała do siebie Lucinda - Co ja z tego napiszę? Nie ma tu nic ciekawego - żaliła się niememu asystentowi - A redakcja chce jeszcze 3 takie reportaże! Jeden po każdej próbie i jeden sumujący cały turniej. I co ja im dam? Ten szary, nudny gniot? - wysmarkała dziób w pióra.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi.
- Zaraz wychodzę, Germanio. Pakuję się - rzuciła.
Drzwi się otworzyły.
- To tak ma na imię pani siostra? Ciekawe - rzekł Spencer - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Przyszedłem, bo chciałem się o coś zapytać. Nie mogłem tego zrobić przy nauczycielach i reszcie. - od razu skinęła na nie i zaprosiła go na siedzenie przed sobą.
- To musi być coś bardzo dyskretnego, skoro nie zapytałeś wcześniej. Proszę, mów... - zachęciła go.
- Widzi pani... Czytałem ostatnio w Magiku Codzienny, w *Szemranej Zakładce, przypadek kobiety, która współżyła z wieloma mężczyznami... Och, aż trudno mi znaleźć dobre słowa - udawał zakłopotanie - Pamiętam, że zaprzestała swych uczynków dzięki czemuś... Nie pamiętam właśnie co to było.
- A pytasz o to, bo...? - powoli miejsce smutku zajmowało u niej zaciekawienie.
- Podejrzewam coś podobnego u mojej partnerki z konkursu. Paedyn Ashcroft - starał się nie poznać po sobie, że widzi, jak samopiszące piórko się unosi - I chcę jej pomóc.
- Ah, czyli twierdzisz, że Ashcroft jest... nimfomanką?
- To ciężkie słowo. Nie mam na to niezbitych dowodów, tylko widzę jej pewne, w momentach niestosowne zżycie z braćmi Wade... Zupełnie tak, jak u tamtej kobiety, o której czytałem.
- Aha... - nie miała pojęcia, o kim mówi.
Gdyż zmyślał.
- Jej coś pomogło... Nie pamiętam co... Czy to była terapia? Bo wie pani, Paedyn dużo w swoim życiu przeszła.
Drzwi zaskrzypiały. Do środka niepewnie wychyliła głowę Blair.
- W samą porę. Właśnie pytałem o Aschcroft.
Dziewczyna spojrzała zdezorientowana. Przyszła, bo dostała liścik pod drzwiami, by zjawić się z powrotem w schowku.
- Ash...? Aaa... - udawała, że rozumie.
- Jak już mówiłem, ona wiele przeszła. Pierw straciła matkę, potem jej rodzina miała kryzys z powodu choroby ojca, a teraz jeszcze doszedł kryzys finansowy... Obawiam się, że gdzieś w tym się zagubiła i szuka miłości, ale w niewłaściwy sposób. No bo to niemoralne, by dziewczyna oddawała się aż trzem... - zamilkł na chwilę - Pominę to, że popełnia stosunki międzyrasowe, bo to już nie jest tak napiętnowane jak kiedyś. Jesteśmy bardziej otwarci. No ale i tak martwię się o nią. Chciałbym jej jakoś pomóc.
Blair powoli zaczęła łączyć kropki i postanowiła wdrążyć się w historię Spencera.
- Ja... też się martwię. Różnie między nami było, ale istnieje takie coś jak kobieca solidarność. Poza tym, nieraz widziałam, jak przemyca syrenów do swojego pokoju. Łamie tym regulamin szkolny i inne dziewczyny nie czują się dobrze, gdy oni tam są i robią nie wiadomo co. Nie po to mamy oddzielne dormitoria.
Pióro pisało aż zgrzytało.
- Rozumiem was... To bardzo miłe z waszej strony, że chcecie jej pomóc. A próbowaliście o tym z nią porozmawiać? Polecić jej terapię albo coś?
- Oszalała pani? Nie posłuchałaby nas. Byłaby wściekła, że wtrącamy się w "jej życie".
- W sumie racja... - szepnęła - A ty, Spencer, nie myślałeś może, by ją jakoś... zauroczyć w sobie? Żeby była twoja i niczyja inna?
- Jestem gejem - odparł szybko - Poza tym wiem, że nie jestem w jej typie. - mimo woli uśmiechnął się kącikiem ust i puścił porozumiewawcze spojrzenie do Blair - Proszę o tym nie wspominać w Magiku. Pytamy panią z czystej troski o koleżankę. Mogłaby pani zajrzeć do redakcji i odszukać ten artykuł? Skontaktowałbym się osobiście z tamtą kobietą. A ta rozmowa niech pozostanie anonimowa - podkreślił ostatnie słowo.
- Mogłabym... Postaram się w każdym bądź razie, ale nic nie obiecuję.
- Samo to już wystarczy - uśmiechnął się szeroko - Naprawdę dziękujemy.
Wstali z krzeseł. Pióro jeszcze pisało, aż się iskrzyło. Mieli już wychodzić, lecz Spencer odwrócił się na pięcie.
- A, jeszcze jedno pytanie mam. Kiedy wyjdzie Magik z naszym wywiadem?
- Biorąc pod uwagę lekkie opóźnienia i że tekst musi jeszcze zostać zatwierdzony i pójść do druku... Za 2, góra 3 dni. - odpowiedziała Lucinda.
- Dobrze, czekam z niecierpliwością.
Po przestąpieniu progu schowka, jego nieszczery uśmiech oddał miejsce jego kamiennej mimice.
- Ty jesteś złem wcielonym - skrytykowała go Blair.
- I kto to mówi. Czułem, jak na usta cisnęły ci się gorsze historie. Zaraz pewnie palnęłabyś coś o tym, że ją ojciec molestował.
- To nie w moim stylu. Nie gram tak brudno... Musisz być z piekła, skoro stosujesz tak niskie zagrywki.
- Piekło? Byłem tam. Trochę tam zimno się zrobiło. Teraz musimy poczekać, jakie karty da nam los. Nie musisz się o nic martwić. Nie wspomni naszych imion, bo daliśmy jej "pogłoskę", plotkę. Nic twardego. Nie może nas wspomnieć. Ale może puścić to w świat.
*To część gazety lub książki dostępna tylko dla dorosłych. Zobaczyć ją można poprzez otwieranie stron w odpowiedniej kolejności, bądź wykonywanie jakiegoś gestu na papierze. Każda książka może mieć własny "kod dostępu". W Szemranej Zakładce można znaleźć treści erotyczne, krwawe, i ogólnie wszystko, co niestosowne dla nieletnich.
czwartek, 16 kwietnia 2026
Od Braen'a
środa, 15 kwietnia 2026
Od Braen'a
- A mimo to z jakiegoś powodu wrzuciłaś swoje imię do czary. Co ty chciałaś przez to osiągnąć? Bo na pewno nie robiłabyś tego dla miejsca na podeście.
- Co ty, książkę piszesz? - zaśmiała się - Mam... swoje powody, o których nie mogę ci powiedzieć. I nie patrz tak na mnie, bo ty mi też wielu rzeczy nie mówisz.
- Na przykład? - zniżył głos, by nauczycielka go nie słyszała.
- Opowiedz mi o Spencerze. Byliście przyjaciółmi, a teraz nagle nie, prawda? Ja chcę wiedzieć jaki on jest, czego się mogę po nim spodziewać.
- Oh, Pae - westchnął ciężko - To... nie temat na teraz. Może temat na nigdy. Jedyne, co ci mogę powiedzieć, to to, że Spenc był kiedyś zupełnie inny. Teraz i ja nie poznaję go.
Od trudnego tematu uratował ich dzwonek. Teraz był czas na lekcje z panią Vervain. Cała jej klasa była zawalona roślinami przypominające bazylię, ale liście miały bardziej przeźroczyste i o strukturze szkła.
- Dzisiaj bierzemy szczypce w dłoń i zajmiemy się robieniem szczepek Niezgódek. - zaczęła nauczycielka - Za niedługo odbędzie się bal, a więc wzrosła potrzeba na Niezgódki, by wybrać króla i królową. Lepiej patrzcie uważnie jak tniecie, by nie zgnieść łodyg.
Niezgódka, czyli roślinka używana niegdyś w głosowaniach typu "Tak / nie", bądź limitowanych opcji wyboru. Stosowano ją na przykład w wyborach rządowych i innych ważnych stanowiskach, do czasu aż ktoś zdołał obejść jej magię. Jej działanie polegało na urwaniu listka, pomyśleniu imienia i nazwiska wybranego kandydata bądź odpowiedzi tak / nie i wrzuceniu do urny. Po czasie listek robił się jaskrawo-zielony, jeśli wyborem było "tak", a czerwony jeśli było "nie". Jeśli do wyboru były inne opcje, na listku pojawiał się napis, czy też imię z nazwiskiem.
Na każdym stoliku stały po 2 doniczki, sekator, woda, oraz małe pojemniki z ziemią na szczepki. Do tego była rozpiska z obrazkami jak zrobić to niesamowicie ciężkie zadanie, oraz krótki opis samej rośliny. Braen szybko uwinął się ze swoją częścią roboty, kosztem czystości. Jego szczepki wyglądały jakby już były jednym korzeniem w zaświatach. Tym czasem Paedyn starannie i z uczuciem sadziła każdą gałązkę do ziemi.
- Ty nie masz ręki do zieleni.
- Mów za siebie - spojrzał na nią spode łba - Nie mam czasu na to. Chcesz się pieścić z nimi? Proszę bardzo. Ja muszę przepisywać zaległości. Przez ten cholerny turniej tyle tracimy.
Usiadł po jej lewej, tuż przy ścianie, i na kolanie zaczął rozszyfrowywać pismo Marlona.
- Z kim ja się zadaję. Nie dość, że sadysta roślin, to jeszcze kujon do potęgi.
- Uważaj na słowa, młoda damo - uszczypnął ją w kostkę, a kiedy ta chciała mu oddać, szybko dodał - Ej, ej! Rannego i leżącego chcesz bić?
- Zasadzę ci zaraz tego badyla w...
I tak sobie dokuczali. Czasami takie luźne pogawędki są wręcz idealne do złagodzenia sytuacji po nieprzyjemnych przeżyciach. Mimo, iż byli w nieprzerwanej burzy, mogli tak sobie urwać z nieba kawałek chmur i dostać chociażby krótkie chwile pocieszającego słońca. Nie wolno wiecznie się smucić, czasami trzeba znaleźć w sobie to dziecko i śmiać się z błahych rzeczy. Takie właśnie proste chwile definiują w życiu szczęście.
W tym samym czasie Spencer kończył ciąć swoje szczepki. Każdą co do centymetra ciął skalpelem z precyzją chirurga. Zasadzając je w ziemi, rzucał niby skromne, acz wystarczająco jasne spojrzenia w kierunku Blair. Wiedział, że dotarła do niej aluzja. I że pali ją w środku od hałasów Paedyn i Braen'a, których nauczycielka nawet nie starała się uciszać. Wziął swoje doniczki i niby z obowiązku sam odniósł je na środek sali, a tak naprawdę zrobił to pod pretekstem, by zbliżyć się do zielonowłosej. Chciał dokładnie widzieć jakiego koloru nabierze listek, którego miętosiła w dłoni, jakby chciała się na nim wyżyć.
wtorek, 14 kwietnia 2026
Od Braen'a
- Czego chcesz, Von Void?
- Spencer - przedstawił się z ręką na sercu - Nie bądźmy dla siebie tacy oschli. W końcu łączy nas wspólny interes.
- Wątpię. Lepiej idź stąd, bo ja nie bratam się z konkurencją.
- Ty nie, prawda. Ale twój partner... W tej sprawie właściwie się zjawiłem. - zamilkł teatralnie, gdy zauważył, że zdobył jej zainteresowanie - Czara może i idealnie dobrała pary pod względem umiejętności, ale niestety zaufanie temu nie jest równe...
- Przestań pierdolić poetyckie wysrywy i mów, o co ci chodzi, albo spierdalaj stąd i nie marnuj mojego cennego czasu - warknęła.
- Chciałem tylko powiedzieć, że prędzej czy później nasi partnerzy nas zdradzą. Lgną ku sobie, to widać. Lubią się, powiedziałbym nawet, że za bardzo - mówiąc ostatnie zdanie, miał taki sam grymas obrzydzenia jak zielonowłosa - Wystawią nas na lodzie, by zebrać nam wygraną sprzed nosa i cieszyć się nią... razem. Dlatego stwierdziłem, iż my musimy ich ubiec. Musimy połączyć siły i strącić ich pionki, zanim oni strącą nasze.
- Ty bezczelny jesteś. Masz amnezję, czy może jednorożec uderzył cię za mocno w ten ognisty łeb? Co ja przed chwilą powiedziałam?
- Heh, spokojnie, spokojnie. To tylko moja propozycja, a zarazem ostrzeżenie, być uważała i miała na oku Wade'a. Wtedy sama się przekonasz. Możesz przyjąć moją propozycję i stworzyć nowy, wierny zespół, a możesz ją też odrzucić. Wybór należy do ciebie. Daj mi znać do jutrzejszego południa.
Wyrwał się jej uściskowi i jakby nigdy nic się nie stało, wrócił tam, skąd przyszedł.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Braen pozostał w hospicjum. Jego stan był stabilny, ale miał podwyższoną temperaturę. Ojciec nalegał więc, by został jeszcze noc na obserwacji. Jako, że był w obcym miejscu, zewsząd dochodziły dziwne hałasy, a z okien księżyc rzucał swój blask na całą salę, nie mógł spać. Wiercił się bezustannie. Uznał, że sen w takich warunkach nie ma sensu, więc wstał i zaczął przechadzać się po sali. Oprócz niego, nie było tam nikogo, z wyjątkiem Sterlingów. Oboje leżeli obok siebie, brat miał nogę w gipsie, a siostra, która ucierpiała najbardziej, była podpięta pod kroplówki i aparaturę, której nie mógł nazwać z pamięci. Na sam widok przykro się robiło. Czuł, że zbiera mu się gula w gardle. Ten turniej to wariacki pomysł jakiegoś psychopaty. Wyślijcie swoją młodzież na niebezpieczne wyzwania! Ci, którzy ujdą z życiem, dostaną stypendium! Kasę! Sławę! A polegli... polegną. Niedobrze mu się robiło od samego myślenia o tym. Najchętniej uciekłby ze szkoły.
Miał już iść dalej, kiedy usłyszał skrzypienie starego łóżka. Ciche westchnienie i ktoś postawił ciężkie nogi na zimnej posadzce. Ricky Sterling się przebudził.
- Braen Wade...
- Nie wstawaj. Jesteś w hospicjum.
- Wiem - mówił z wciąż zamkniętymi oczami - Usiądź koło mnie - poklepał miejsce obok siebie.
Syren czuł w jego zachowaniu coś dziwnego. Może lunatykował? Z takimi to trzeba ostrożnie. Podszedł tak jak mu kazał, chcąc go znów ułożyć w łóżku. Naprzeciw leżała Donna. Mimo swego cielesnego stanu, spała bardzo spokojnie.
- Ricky... - jego głos był niepewny. Ujął bruneta, by ten nigdzie nie szedł.
- Chcemy ci podziękować. Bardzo się dla nas poświęciłeś, a nie musiałeś - dopiero teraz wyprostował się i otworzył oczy.
Braen zamarł. W miejscu jego oczu ziała zimna, czarna pustka, która wprawiała w osłupienie ze strachu. Otoczona była beznamiętnym wyrazem twarzy. Tylko usta wydawały się być dziwnie zrelaksowane w skromnym uśmiechu.
- Możliwe, iż uratowałeś nam życie. Dlatego damy ci radę co do następnej konkurencji.
Dopiero teraz doszło do niego, że chłopak mówi w osobie mnogiej. I że aparatura przestała hałasować. Spojrzał przed siebie. Donna siedziała naprzeciwko, nieruchomo, jej oczy również pochłonęła czerń. Nie miała na sobie ani szramy czy też siniaka.
- Następna konkurencja będzie sprawdzianem samego siebie, swego wnętrza, swych najskrytszych lęków, fobii i zmartwień. To będzie próba, która wystawi wszystkie karty na wierch. Przygotuj się na stawienie czoła temu, co wstrząsło twoim sercem lata temu... - przerwała.
- Ta konkurencja wystawi również na próbę relacje. - kontynuował Ricky - Kto był przyjacielem, może stać się wrogiem, a wróg sojusznikiem. Przesiewaj przez sito wszystkie informacje, zewsząd będą wyłaniać się kłamstwa i oszczerstwa. Będą również próby manipulacji
- Dlatego my przegramy z własnego wyboru. Nasza więź jest nie z tego świata - to już Braen zdążył zauważyć - Nierozerwalna i święta. Nie jesteśmy już na siłach, by stawić czoła chaosowi tego wyzwania. - to też zauważył.
- Bądź uważny. Wkrótce padnie wskazówka, jak wytwarzać specyfik, który pomoże ci przejść tę próbę - tymi słowami Ricky zakończył ich monolog.
Zamrugał 2 razy. Jego oczy stały się normalne, brązowe. Donna też z powrotem leżała, cała w bandażach i pod kabelkami aparatury. Jej wyprasowana kołdra nie zdradzała żadnego pogniecenia od siedzenia. Teraz to wszystko wyglądało jakby sobie to wymyślił, przywidział.
- Mwah - Ricky ziewnął - Oj, gadałem przez sen? Wybacz, jeśli cię obudziłem.
- Nie... I tak nie mogłem spać. Chodziłem sobie... ja już wrócę do siebie. - jak powiedział, tak zrobił.
Przez to zdarzenie już nie zmrużył oka. Rano wyglądał jak własny cień. Wrócił do siebie, wziął szybki mały prysznic w zimnej wodzie, co trochę pomogło mu wyglądać normalnie. Niestety na teorii z panią Vane cały czas tylko wisiał z ciężką głową nad kartką i gapił się w nią tępo.
- Wyglądasz jakbyś ducha zobaczył - skwitowała go Paedyn.
- A może zobaczyłem... Całą noc nie spałem. Nie polecam być pokopanym przez jednorożca. Trafisz do hospicjum, gdzie będziesz spała ze zmorami i wyjcami. Ale przynajmniej Blair mnie nie otruła. - żarty się go trzymały - Słuchaj... pamiętasz jak mówiłaś mi, że następna próba będzie ciężka? Skąd to wiesz? Powiedz. Ja się dzielę z tobą wieściami.
Od Braen'a
- Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...
-
| Tytuł | Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekl...