sobota, 28 lutego 2026

Od Braen'a

 - Jeśli coś mi przyjdzie do głowy, to postaram się ci pomóc - odparł.
Na chwilę obecną nie miał żadnego pomysłu. Postanowił więc czekać na odpowiedni moment, a rozwiązanie samo podsunie się pod nos. W każdym bądź razie nie zamierzał obiecywać pustych słów, ani też zgłaszać sprawy do nauczycieli. Jeśli Paedyn uzna to za koniecznie, wtedy można ich poinformować. Jednak bez jej zgody nie będzie im tego rozpowiadał. W dodatku z własnych doświadczeń wie, że takie sprawy najlepiej rozwiązuje się osobiście.
Zaczęli iść w stronę następnej lekcji, ona szła przodem, on nieświadomie trzymał się na dystans niepozorny, niby daleko, by nikt ich ze sobą nie skojarzył, ale na tyle blisko, by mieć ją w zasięgu wzroku. "Co zrobili Marlon albo Parys?", zapytał siebie w myślach. Zapewne wzięliby zadanie bardzo dosłownie pod lupę. Marlon wkurwiałby Blair, dając jej smak jej własnego charakteru. Parys ukradłby jej perfumy i zamieniłby je na jakiś paskudny zapach, chociażby bagienny szlam. Nie-nie, to nie są dobre taktyki. Zbyt łatwe, i mało dają do zrozumienia "ofierze". By dobrać idealną karę, należy znać przeciwnika lepiej niż powierzchownie. Innymi słowy Braen, zamiast siedzieć z nosem w książkach, mógł lepiej przez ostatnie dwa lata szkoły zapoznawać się ze swoją klasą. Nie zrobił tego i teraz nie może sobie przypomnieć dlaczego ta zieleń jej włosów tak bardzo gryzła go w pamięci.
Dotarli do szklarni tuż przed ostatnim dzwonkiem. Pani Vervain była zajęta rozkładaniem roślin po ławkach, po jednej na ucznia. Akurat zostały ostatnie dwa miejsca koło siebie, w prawym rogu sali, w ostatnim rzędzie. Braen znowu czuł, że szykuje się temat do plotek i śmiechów. Cóż, po nim to spływało. Obecnie musiał się skupić na podtrzymywaniu dobrych pozorów. W klasie nie było krzeseł, lekcje były na stojąco, było duszno i parno, a to tylko potrajało jego kaca. Czuł jak uśpione procenty rosły.
Gdy nauczycielka nie patrzyła, uchylił okna szklarni. Wisząca dookoła roślinność złapała go za rękę i nie chciała puścić.
- Spierdalaj - syknął i urwał jej liścia. Roślina natychmiast puściła.
Poczuł na sobie wzrok. Odwrócił się i zobaczył, że Paedyn patrzy pytająco to na niego, to na liść w jego ręce.
- To czujka. Uczepia się ciebie, jeśli jesteś nie w humorze, i nie puści aż się uspokoisz. Albo aż dasz jej do zrozumienia, że ma się odczepić, albo tego pożałuje, bo trafiła na silniejszego przeciwnika - wyjaśnił szybko.
Wtem doznał olśnienia. W jego umyśle zapaliła się lampka. Lekko nachylił się do dziewczyny.
- To mi chyba coś podpowiedziało - szepnął - Powiem ci na przerwie.

wtorek, 24 lutego 2026

Od Braen'a

 Jego podejrzenia się potwierdziły. Najpierw śmiechy, teraz liścik. Wtem poczuł, że patrzy na niego nie tylko Paedyn, ale i również owa zielonowłosa i jej przydupaski. Nawet nie znał jej imienia, a zapewne była tu już rok temu. Nie zwracał wcześniej na nią uwagi. Być może Ashcroft też była z nim w klasie rok temu. Był zajęty czym innym w tamtym czasie.
Wreszcie dotarł do jego uszu błogosławiony dzwonek oznaczający koniec lekcji. Uczniowie szybko zebrali swoje rzeczy i opuścili lokal. Tylko on nie śpieszył się nigdzie. Dyskretnie schował liścik między kartki zeszytu, wrzucił go do plecaka i już miał wyjść, kiedy w drzwiach zatrzymał go jego idol wśród nauczycieli. Złapał go za rękę i uniósł do światła, jakby pokazywał narzędzie zbrodni, dowód winy.
- Przekaż braciom, że to, co tyczy się ciebie, tyczy się też i ich. - krytycznie spojrzał na spalony paznokieć, wyróżniający wśród reszty paznokci koloru perłowo-różowego - Porozmawiam z ich wychowawcami.
Braen wiedział, że chodziło mu nie tylko o różdżkę, ale i również o zbyt długie pazury. Chociaż w jego mniemaniu to były pazurki, ledwo odstawały od opuszków palców i regularnie piłował szpic. Według szkolnego regulaminu jednak to już było przekroczenie, które, jak widać nie umknęło oku Crawla, nad którym, gdy pozwoli się lepiej przyjrzeć, można dostrzeć bliznę po zadrapaniu.
Braen odszarpnął swoję rękę i bez słowa wyszedł. Na korytarzu zrobiło się puściej, wyszedł jako ostatni, więc truchtem szukał drogi do następnej lekcji. Skręcił w prawo i prawie wpadłby na stojącą tam Paedyn. Stała tam jakby na niego czekała. Mimowolnie się uśmiechnął kącikiem ust.
- Nie musisz za nic dziękować... - zaczął - Chcesz o tym porozmawiać tu i teraz? - obejrzał się dookoła - Te ściany mają uszy i oczy. - ściszył głos - W ogóle widzę, że masz mały problem. Jeśli potrzebujesz pomocy, po prostu daj znać - nieświadomie jego oczy zabłysnęły jak podekscytowane.
Braen nie zmienił zdania na temat bicia kobiet, nawet tych wrednych, ale zawsze istnieją inne sposoby zaprowadzenia sprawiedliwości.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Od Braen'a

 Braen skołowany dopiero po paru sekundach zrozumiał, że nowe słowa Crawla tyczą się też jego.
- Proszę pana, nie mogę tego wykonać - wstał natychmiastowo.
Crawl powoli, ze swoim stoickim spokojem odwrócił się do niego. Nawet po klasie przeszedł cichy szept, bo ktoś odważył się cokolwiek u niego podważyć czy też zaprotestować.
- Mów, Wade. "Czego" nie możesz wykonać? - ciągnął z nutą zainteresowania w głosie.
- Nie mogę się z nią pojedynkować. Nie biję się z dziewczynami.
Ktoś się zaśmiał, głównie słyszał dziewczęce głosy. Spojrzał w tamtą stronę. Jakaś zielonowłosa odwróciła się do swoich koleżanek i podśmiechiwała sięz nimi. Co jakiś czas szeptały między sobą i rzucały wymowne spojrzenia w kierunku Paedyn. Skądś kojarzył tę zieloną czuprynę, lecz na ten moment i ten stan umysłu nie mógł sobie przypomnieć.
- Pośpieszyłeś się - rzekł profesor, odsuwając połać swojego płaszcza - Nie chodziło mi, byście WY walczyli między sobą...
Tymi słowami zbił czerwonowłosego z tropu. Tyle wystarczyło, by sięgnąć po kieszeni, złapać różdżkę i wymierzyć nią w Paedyn. "On oszalał!", pomyślał i odruchowo zerwał się od swojego biurka aż obalił krzesło. Wysunął rękę szeroko niczym Bóg na obrazie Michała Anioła i wypowiedział zaklęcie w tym samym czasie co profesor. Czuł, jak przez jego dłonie przechodzi paląca strużka energii. Białe światło przeleciało pół sali, aż dotarło do promienia rzuconego przez Crawla i odbiło go centymetry przed twarzą dziewczyny. Gdy oba się spotkały, moc Braen'a odbiła zaklęcie Crawla z powrotem do niego samego. Promień trafił go i przez chwilę wszyscy zamarli w grobowej ciszy. Ku smutku niektórych uczniów, ich znienawidzony nauczyciel wciąż stał, miał się dobrze, i na dodatek miał teraz ładny, czerwony kwiatek we włosach.
- Życzlik?! 
Chłopak usiadł z zaskoczenia. Tego się kompletnie nie spodziewał, szczególnie z jego strony. Życzlik to taki chochlik, tyle że zamiast psocić, robi miłe uczynki. Chociaż w sumie też nie wie, czemu się spodziewał, że nauczyciel chciałby skrzywdzić swoich uczniów. Chybsa dlatego, że to Crawl, a po nim można się wszystkiego spodziewać.
Odwrócił się na pięcie, pośpieszył się do tablicy i zaczął notować coś na tablicy skrzypiącą kredą.
- Temat lekcji - mówił na głos, pisząc wciąż - Moja różdżka, wady i zalety. - odwrócił się do uczniów - Różdżki nie są byle wymysłem szkoły ani konspiracją przemysłu drewnianego. Pomaga ona skupić energię magii w wybranym przez nas punkcie, dzięki czemu nie strzelamy na oślep. Można pracować bez niej - wymownie spojrzał na Braen'a - ale nie polecam, chyba że ma się ponadregulaminowe szpony - zerknął mimowolnie na jego ręce, w tym jedną okopconą - jak na przykład wilkołaki, harpie, strzygi, ... - urwał i wrócił do zapisywania na tablicy - W ten weekend wyjeżdżacie do miasta. Jeśli ktoś z was wciąż jakimś cudem nie ma własnej różdżki, niech się w nią zaopatrzy przed następną lekcją.
Braen notował jego słowa swoimi uszami. Starał się zetrzeć bluzą sadzę z przypalonego paznokcia na palcu wskazującym. Dawało to nijakie rezultaty. Znowu czuł na sobie jej wzrok. Tym razem podniósł powieki i ich spojrzenia się spotkały. Znowu usłyszał śmiechu. Znowu od tamtej grupy dziewczyn. Znowu ta toksyczna zieleń. Powoli zaczął widzieć w tym korelację. Natychmiast odwrócił się w stronę tablicy, ale na pewno nie zamierzał tak tego zostawiać. 

wtorek, 17 lutego 2026

Od Braen'a

 - Paedyn! - wyślizgnął się zza rogu - zgubiłaś swoje klucze - pomerdał nimi w powietrzu.
Podbiegł do niej. Bez zapytania ujął jej dłoń i położył je nań, zaciskając potem jej palce na zimnych metalowych kawałkach.
- Spraw sobie woreczek bez dna, są w szkolnym sklepiku. - powiedział bezbronnie.
Jej zimne, mokre place sprawiły, że zauważył dopiero, że ona wciąż nie doszła do siebie. Jej mokre ubrania lepiły się ściśle do jej ciała. Woda kapała z niej strumieniami.
- Poczekaj, zaradzę temu.
Wyciągnął swoje dłonie wyżej, lekko ponad jej ramiona. Zaczął coś nucić pod nosem, a z jego opuszków zaczęło wydobywać się ciepło. Wchłaniał w siebie wodę, a oddawał suche ubrania.


++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

- Długów? - parsknął śmiechem - A co to? Nie znam takiego pojęcia. - wciąż susząc ją, zdmuchnął kosmyk z twarzy.
Wtem jego brat wybiegł zza korytarza i chwycił Braen'a, by biegł razem z nim.
- Przepraszam, że przerywam, ale nadchodzi trzęsienie ziemi.
- Ha! - skinął ze zrozumieniem - Trzymaj się, Paedyn. 
Oboje zniknęli w mgnieniu oka za rogiem. Chwilę potem ich śladem szła ośmioręka portierka, mamrocząc coś pod nosem i wywąchując powietrze, niczym pies. Gdyby była nieco mniej otyła, może zdążyłaby chociaż wpaść na ich trop.

*** Robię skok czasowy na następny dzień, bo nic ciekawego nie przyszło mi na myśl ***

Piekielne dźwięki rozeszły się po całej szkole. Przeszyły skórę większości uczniów i niektórych nauczycieli. Wszyscy zaczęli się nerwowo gromadzić w skupiska na jeszcze nie przebudzonych korytarzach. Ich fakt zabrzmienia oznaczał jedno.

Zaczęła się pierwsza lekcja.

Pan Crawl z piskiem zapisywał swoje dane na tablicy, podczas gdy ostatni uczniowie robili negocjacje o najlepsze miejsca. Gdy się odwrócił, ci w popłochu usiadli gdzie popadło.
- Jam jest pan Crawl i tak macie się do mnie zwracać - nie robił sobie niczego z wciąż donośnego harmidru, jego głos był ponad to - Wczoraj co niektórzy z was mieli ze mną lekcje wychowania fizycznego...
Nagle huknęło coś jakby piorun walnął. Książki na półkach się poprzewracały. Stare szafy odezwały się starczym stęknięciem. Nauczyciel z poirytowaniem spojrzał w stronę drzwi. Tam stał Braen i poprawiał je w zawiasach, bo nie wytrzymały jego wejścia z impetem.
- Siadaj - rozkazał i nawet wskazał mu gdzie.
Miejsce tuż przed biurkiem i tablicą, okraszone złą sławą niczym trójkąt bermudzki. Czerwonowłosy upewnił się szybko, że drzwi nie opadną i usiadł tam.
- Jak już mówiłem, uczę wf'u, ale także ochrony przed czarną, bądź jakąkolwiek magią potężniejszą od większości tutaj zgromadzonych. - zaczął chodzić wokół klasy - Oba te przedmioty obrałem z własnego wyboru, gdyż uznałem, że oba są święcie potrzebne. Nie można się zwać dobrym magiem, jeśli dasz się powalić byle komu w siłowaniu na rękę i vice versa.
Crawl położył rękę na biurku Braen'a. "Czemu on się mnie ciągle czepia?!", pomyślał. Czerwonowłosy odwrócił zwrok. Nie po to, by nie zostać wypytanym o coś, bo to i tak się stanie, to było nieuniknione. O nie. Nie chciał, by go przez przypadek wyczuł. Wczoraj trochę z chłopakami popili. Mieli robić listę zakupów na weekendowy wypad do miasta, a skończyło się na olewaniu nowego roku szkolnego w czwartkowy wieczór. Kto to pomyślał, żeby pić w środku tygodnia. Stąd jego lekkie spóźnienie i niemrawy wygląd.
- Ile ważysz?
To pytanie go nieco zdziwiło, aż się rozejrzał dookoła, bo może się przesłyszał, może to nie do niego. Reszta uczniów jak ognia unikała jego wzroku, z obawy że klątwa wypytywanki przejdzie na nich. Z wyjątkiem jednej pary oczu, lśniących spod srebrzystych włosów. Oraz oczu Crawla, przeszywających go jak igły.
- Powtórzę. Ile ważysz po przemianie, Wade? - surowy głos natychmiast przywrócił go do wyprostowanej pozycji.
- Ummm... Ze 180 kilo będzie... proseforze - mruknął w ramię.
- 180 kilo - z satysfakcją przez otrzymaną odpowiedź, odpechnął się od ławki i, niczym statek wypływający z portu, ruszył dalej w głąb klasy, by głosić dalej swój temat - Ja ważę 70 kilo. Potrafię podnieść prawie trzykrotność swojej wagi bez najmniejszego wysiłku. Nie oczekuję od was tego samego, ale chcę do was przemówić, byście oba moje przedmioty traktowali poważnie, bo ja na poważnie będę tu was traktował, byście zaszli jak najdalej wam to dane.
Zamiast tych tyrad, mógłby powiedzieć jak kara nieuzasadnione nieobecności albo nieprzygotowanie. To by lepiej podziałało, niż ta cała przemowa.

piątek, 13 lutego 2026

OD Braen'a

 - Jak widzisz, bycie dobrym nie popłaca, braciszku. - rzekł Parys.
On i Marlon zjawili się w szklarni gimnastycznej może z 15 minut po zakończonych lekcjach. Skierowali się tam, gdy nigdzie indziej nie mogli znaleźć Braen'a. W pierwszy dzień szkoły warto być w znanej grupie.
Rekin pomagał z wycieraniem mokrych kafelek, podczas gdy złoty i czerwony syren pływali na deskach surfingowych i zaganiali małe rybki do roboty, by te za nich czyściły basen. Czas powoli sunął jak oni po wodzie, wiosłując wiosłem po wodzie.
- Powiedz mi, była chociaż ładna? - zagadnął Marlon - Taka wiesz, że warto było ryzykować?
Braen odrzucił worek śmieci i glonów na brzeg.
- A to ma jakieś znaczenie? Jakby była brzydka, to miałbym dać jej utonąć? - odparł.
- Czyli była ładna! - triumfatorsko uniósł głos.
- Zamknij się, cieciu, bo nam ryby płoszysz - uciszył go Parys, tym samym ratując Braen'a od dalszych kłopotliwych pytań.
Instynktownie czerwonowłosy spojrzał na szkółkę rybek kręcących się przy desce. Kręciły się w ósemki, zamiast koliście. Robiły to nadzwyczajnie, ponieważ tak uniosiły przedmioty. Tym razem mnóstwo się ich zebrało po jedną rzecz, oraz piszczały. Braen uklęknął, by je lepiej zrozumieć, co próbują przekazać.
- Słucham... Oh... Jesteście pewne? - sięgnął po przedmiot, którym były klucze - Paedyn Ashcroft - przeczytał na głos imię i nazwisko na zawieszce - Dziękuję, dobrze się spisałyście.
Z ciężkim brzęknięciem wrzucił je sobie do kieszeni spodni.
- Zgubiła klucze - oznajmił braciom - Muszę isć je jej oddać.
- Świetnie - Marlon błyskawicznie odrzucił miotłę z mopem na bok - Ruszajmy do damskiej części, pełnej skarbów i sekretów!
- Kto powiedział, że chcę, żebyście ze mną szli?! - warknął - Nie potrzebuję was do tego, ktoś musi tu posprzątać.
- Rybki posprzątają - wtrącił się Parys - Do damskiej części potrzebujesz obstawy. Ktoś musi odwrócić uwagę tej ośmiornicy z portierni, bo jej nie możemy oddać tych kluczy. Jeszcze złoży jakąś skargę, że gubi je w pierwszy dzień, i dziewczyna będzie miała kolejny problem. Po drugie, ktoś musi stać na czatach i patrzeć, czy nie idzie jakaś laska i nie zacznie panikować.
Braen nie wiedział jak się sprzeciwić. Tutaj Parys miał rację, głównie co do wiecznie zawistnej portierki. Zebrali się więc i szybkim krokiem opuścili szklarnię.
Pierwszy do damskiego "akademika" wszedł Parys i od razu skierował się do czegoś, co z daleka wyglądało jak grube obicie krzesła, a z bliska okazało się mieć jakieś ludzkie rysy.
- Gdzie wchodzi, nie widzi, że to damski budynek?! - usłyszał zamiast "dzień dobry".
- Tak, wiem, orientuję się. Ja się chciałem tylko zapytać, bo... od grupy dziewczyn słyszałem, że w piątek jest wyjazd do miasta, by uczniowie się zaopatrzyli w materiały na ten rok szkolny... Tyle, że takowej informacji nie znalazłem w naszym skrzydle...
- Wszystkie dziewczyny mają wyjazd w ten weekend - wtrąciła się w pół słowa.
- To wiem, chciałem się dowiedzieć, czy tylko dziewczyny, czy mężczyźni też.
- Tego nie wiem, idzie i się poinformuje w swoim skrzydle na tablicy ogłoszeń.
- Jak już mówiłem, byłem i nic się nie dowiedziałem. Nikogo nie było w portierni, a na tablicy nic nie ma. Dlatego pytam tu... - Parys już uaktywnił swój protokół pretensyjnego i dyskusyjnego gagatka.
W międzyczasie Braen i Marlon prześlignęli się na klęczkach pod okienkiem i szybko wbiegli w korytarz główny. W pośpiechu szukali numerku wygrawerowanego na kluczach. Na ich szczęście większość lokatorek siedziała już w swoich pokojach, ale zawsze któraś mogła wyjść i wszcząć alarm. Chłopacy by tak świńsko nie zrobiliby, gdyby któraś przeszła do ich akademika. Spowolnili kroku, gdy zbliżali się do odpowiedniej liczby.
- To chyba tu. I co teraz? Będziemy tu tak stać i czekać?
- Mnie się pytasz - Marlon patrzył na korytarze - W sumie tego nie przemyśleliśmy. Nie wiemy o której tu wróci, o ile w ogóle wróci.
- To może zostawmy je gdzieś na wierzchu.
- Jeszcze lepszy pomysł, rudzielcu - sarkastycznie pokazał mu, by się puknął i skontrolował jeszcze raz korytarze - Jeszcze może karteczkę przyklej "Proszę, okradnijcie mnie".
- No to pozostało czekać...
- Ciii, ktoś idzie!
Obaj czmychnęli jak oparzeni za róg. Nie za bardzo było się gdzie schować w tym budynku.

wtorek, 10 lutego 2026

Od Braen'a

 Braen w swoim tempie, czyli bardzo powolnym, podliczał ile przez lato doszło małego narybku w basenie, aż coś odwróciło jego uwagę. Mały przedmiot przeleciał zza basenu i musnął go w płetwę ogonową. Poczuł to jak mały prztyczek. Popłynął na dno, by zobaczyć, co to było. Nie zdziwił się, gdy zobaczył, że to kamień. Dzieciaki i rówieśnicy ciągle w nich czymś rzucali.

Podpłynął do krańca basenu i czekał na więcej ostrzałów. Albo aż się znudzą, ale głównie rzucają częściej. Zawsze, gdy uzbiera więcej rzeczy, odrzuca je na powierzchnie płetwą, a rzucający przez to obrywają swoją bronią. Jednak nic już nie wpadło. Syren słyszał tylko czyjeś głosy, stłumione przez taflę wody. Po tonacji stwierdził, że to były dwie dziewczyny.

Nagle coś sprawiło, że woda aż zadrżała. To było jak mini wybuch. Rozejrzał się dookoła, jednak fasada i podwodne budowle nie odniosły żadnych obrażeń.

Chwilę po tym tafla wody została przerwana. Ktoś wskoczył do wody.

Zaczęli lekcje beze mnie, pomyślał. Chociaż nie słyszał żadnego gwizdka, bądź charakterystycznego chrapliwego głosu profesora. W dodatku styl, w jakim ta osoba pływała, był nieco chaotyczny. Miała wciąż ubrania na sobie, a normalni uczą się tego dopiero po dwóch miesiącach, i tylko zaawansowani. To wzbudziło jego ciekawość, więc podpłynął bliżej.

Zauważył, że owa osoba to dziewczyna, o szarych włosach i oczach... Oczach, które komponowały się z kolorem wody i tego, jak obecnie światło doń wpadało. Niby to tylko przyrząd do patrzenia na świat, ale jest w nich coś ciekawego. Z sylwetki nie była jakoś nadzwyczajnie odróżniająca się od innych kobiecych ciał, które znał, ale lekko unosząca się koszulka pokazała zarysy mięśni na brzuchu. Entuzjastka wf'u, przyszła ulubienica Crawla. Na pewno dobrze poradzi sobie w boksie i samoobronie, sądząc po jej ruchach. Choć musi je trochę opanować, ponieważ wierzgała nogami i rękami, jakby się topiła... Co właśnie do niego doszło.

"Człowiek się topi!" - pomyślał lekko spanikowany. Szybko się opanował, bo musiał. Przepłynął pod za nią i złapał ją od tyłu, pod pachy. Jej szarpanie zdecydowanie nie pomagało. Na to nic nie mógł poradzić. Z całej siły, jak mógł, zachowując delikatny dystans, przytrzymał ją przy sobie, by ją ustabilizować. Dopiero potem powoli skierował się w stronę powierzchni.

Na górze zrobiło się niemałe zamieszanie. Starszy brunet z wąsem, pan koło 40-stki z wyglądu, przedzierał się przez hordę zagapionych uczniów.

- Co tu się dzieje? - krzyknął.

Zbladł, gdy spojrzał w stronę basenu. Oj, czeka go rozmowa na dywaniku dyrektora.

- Odsunąć się!

Braen płynął po tafli wody na plecach, trzymając dziewczynę na swoim brzuchu. Już nie wierzgała się. Czuł pod palcami jak szarpią nią spazmy kaszlu. Widząc miraż twarzy trenera, ochoczo zbliżył się do niego. Ten przechwycił od niego dziewczynę i przekazał ją nauczycielom pierwszaków, któzy właśnie nadbiegli.

- W samą porę profe - za szybko westchnął z ulgą.

Brunet chwycił go za rękę i z siłą niepozorną dla jego wyglądu wyciągnął syrena z wody jakby złowił małą szprotkę. Zamurowało go, dopiero uderzenie brzuchem o ziemię przywróciło go do stanu trzeźwego myślenia.

- Braen Wade, wytłumaczysz mi to?! - nauczyciel wskazał na dziewczynę, którą cuciła wychowawczyni pierwszego roku.

Jak opażony podniósł się na łokcie, by spojrzeć mu w twarz.

- To nie ja, tym razem nie ja! - zapierał się - Ja już pływałem, gdy ona wpadła do wody. Ja jej bynajmniej nie wrzuciłem. Musiał to zrobić ktoś inny, albo się poślizgnęła.

Przypomniał sobie szybko to uczucie w wodzie, które nastąpiło chwilę przed wypadkiem, oraz jak daleko od krawędzi ją wyłowił. To samo się nie stało z przypadku. Jednak przy takim tłumie i zamieszaniu trudno dojść do winowajcy.

- Zobaczymy po lekcjach, Wade. - wuefista ściągnął z szyi swój ręcznik i rzucił go w czerwonowłosego - Ogarnij się i posprzątaj po sobie. Ty już sobie popływałeś. 
Z lekkim zawahaniem i wstrętem Braen oplótł się ręcznikiem w okolicach bioder. Spojrzał w prawą stronę, gdzie leżała skulona dziewczyna i nauczycielka nad nią klęcząca. Z jej oddechu wywnioskował, że najgorsze ma za sobą. Mógł odetchnąć w spokoju.

Przewrócił się na plecy i rozłożył się jak rybka na patelni. Zaczął pod nosem mamrotać zaklęcie zmieniające.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Od Braen'a - do rp na disc

- Było lato, nie ma lata. - westchnął Anioł Wade z udawanym smutkiem, zaciskając papierosa w ustach - Maszerować młodzieży do szkoły!

- Jak widać humor ci dopisuje, tatku - mruknął Parys, po wyjściu z auta.

- Oj i to jak, w końcu chata wolna - zaśmiał się przez zęby.

Braen stał przy bagażniku i wypakowywał walizki. Jego brat, Parys, nie palił się do roli tragarza. Złotowłosy blondyn z niesmakiem spoglądał na lico budynku, który żegnał zaledwie dwa miesiące temu. Drugi brat, Marlon, był zajęty spoglądaniem na co innego, i to nie z niesmakiem. Wręcz przeciwnie.

- Ciekawe jakie rybieńki w tym roku przyszły z wymiany - cmoknął.

Anioł zatrzasnął klapę bagażnika.

- Ja ci dam amory, jak w listach będą przychodzić same szóstki, a nie poprawki jak w tamtym roku szkolnym! - powiedział trochę zbyt głośno - No, wypakowani, to maszerować już do środka.

- My też będziemy tęsknić - zaśmiał się Braen.

Anioł ugiął swe męskie ego i uronił im ojcowskiej miłości w postaci krzepkiego poklepania po plecach. Po tym wskoczył za kierownicę i odjechał z piskiem, jakby sam się bał, że magia tego miejsca zaraz i niego posadzi w szkolnej ławce. Po czarnym mustangu został tylko kurz.

Nieśpiesznym krokiem przekroczyli próg mocarnego budynku szkoły. Weszli na dziedziniec i stanęli przy marmurowych ławeczkach.

- Jakie są wasze pierwsze lekcje? - zapytał Parys - Moja fizyka i eliksiry.

- Matematyka - westchnął Marlon - Kto to, kurwa, wymyślił, by w pierwszy dzień już robić jakieś lekcje?! - oburzył się - A ty, Braen, co masz?

- Wf... 

- O kurwa, ja pierdolę.... - zrobił dźwięk jakby miał wymiotować, a jego mimika tylko to utwierdzała - A już myślałem, że to ja mam źle... Pamiętam jak już w maju zaczęli oszczędzać na utrzymaniu basenów. Do czerwca byłem już cały w wysypce i śmierdziałem oborą.

- Byliśmy - poprawił go Parys i wszyscy jak jeden mąż podrapali się na samo wspomnienie - Ciekawe co się działo, albo raczej nie działo przez lato z tutejszą wodą... Wziąłeś maść z mchu?

- Wziąłem, mamo - zażartował.

Parys tylko go trzepnął książką przez łeb. I tak bez słowa każdy z nich ruszył do swego lokum. Skrzydło mężczyzn znajdowało się po prawej stronie, jednak starsi zajmowali pokoje wyżej położone. Ten Braen'a znajdował się pośrodku, na pierwszym piętrze. Czerwonowłosy położył swoje walizki, rozpakował co najważniejsze rzeczy, i ruszył w stronę sali gimnastycznej.

No, to może za grube słowo, to była bardziej szklarnia z dziką roślinnością, a w niej wybudowany basen, wyryty tor do biegania, piaskownica do skoków... To wszystko w jednej altance, która z zewnątrz miała pomiary 15x15 metrów. Braen z lekkim uśmiechem obserwował jak pierwszoroczniaki z fascynacją oglądają owo pomieszczenie z każdej strony. Też był na ich miejscu, a potem nauczył się magii worka bez dna.

Każdy rok szkolny miał ten sam schemat. Zawsze zaczynali od lekcji pływania i obrony przed wodnymi drapieżnikami. I tak przez kilka tygodni aż do pierwszych spadków temperatur. Wyjątkowo wf był pierwszą lekcją Braen'a po wakacjach, gdyż jego wychowawcą na ten nowy rok szkolny był pan Crawl. Każdy zaczął od lekcji, którą prowadzi jego lub jej wychowawca. Pan Crawl uczy też obrony przed czarną magią, ale jak widać chciał pierwszy zacząć swoją łagdniejszą dyscypliną.

Braen zostawił swoje ubrania w szatni i wskoczył do wody. Był pierwszy w basenie, reszta uczniów stała nieopodal wejścia i czekała jak owce na pozwolenie, albo przypatrywała się, jak już wcześniej wspomniane, zjawisku torby bez dna. On nie czekał na innych, na samą myśl o wodzie i jej rześkim dotyku rozpierało go od środka. W wodzie czuł swoje ciało całkowicie, wyprężał je, jak ludzie po dobrej drzemce, i to sprawiało mu podobną przyjemność. Czuł każdą swoją kość, każdy skrawek płetwy, każdą łuskę. 

Dookoła pływały małe rybki i niektóre magiczne stworzonka. Nie były groźne, więc dyrekcja nie zajęła się ich eksterminacją. Wraz z roślinnością na dnie akwenu, dawały efekt symulacji prawdziwego jeziorka. Od czasu do czasu do basenu wpuszczano drapieżniki, ale tylko pod nadzorem.

Kiedy Braen tak pływał i oglądał, czy coś się zmieniło, nie zauważył jak czas zaczął pędzić. Nauczyciel już nadchodził.

niedziela, 1 lutego 2026

Braen Wade

 Braen Wade

Wiek: 22 (185 cm)

Pochodzenie: atlantyk


c4b68939749a036d6adbfea56a2fcafe.jpg (736×1104)


AVvXsEhB-Y-UMXXpXZljzEuBX3yZEo1z6FRUJ4A3UmMuJf2MeRMX_Atn4lkNQr1nxi0ocLNR5ZiKUoKZFjnoP1YlZSNKpw24n1shbXdf7wRON-0k7xGrDz9lmXD2U6nDVCugliLHLmU76VMp_1Tmocqhc7QwU2ouiUNCSDSFYfFUBXQg_bb4051C5hq_ZiLk8zE (1200×1600)

191cd600ec567f5e2160bffa77bf19c1.jpg (1080×1350)



d6p59pq-384c360a-c32f-4575-9a3f-442f653c3760.jpg (1408×1322)

6b619912-fd62-46f8-99c9-c1710282aa29_36310277-92e5-48fc-acdd-9b6969e54481.webp (800×1200)


merman_54_by_melisand3_dh37zwv-pre.jpg (893×895)





WYGLĄD

Braen z twarzy jest dość smukły, jedynie jego policzki są lekko okrąglejsze. Oczy są koloru piwno-zielonego, a w głębinach, gdzie zazwyczaj lubi przebywać, wydają się fioletowo-fluorescencyjne. Nad nimi wiszą jego brwi, które prawie zawsze układają się w kształt, jakby wiecznie miał o coś pretensje, bądź nad czymś się zamyślał. Ma usta stworzone do uśmiechu, lecz tego nie lubi robić, przez reakcje innych na jego zęby (są szpiczaste i ostre, jak u rekina), chyba że nosi akurat swoje specjalne nakładki.

Jego ciało to smukły posąg, wymuskany ciągłym smaganiem wodnego żywiołu. Dzięki oporowi wody wyrobił sobie siłę, którą na lądzie może zrobić wrażenie. Tak wyrobił sobie również przeciętną dla jego gatunku muskułę, ale nadzwyczajną, a zarazem niepozorną, dla człowieka. Niestety tego nie można powiedzieć o sprawności, bo ta na lądzie kuleje. Dlatego stara się jak najwięcej ćwiczyć swoje ludzkie ciało w sportach lądowych.

Gdzie na lądzie ma 1m 85, w wodzie sięga do długości 3 metrów (liczone do samego czubka ogona). Ma włosy w kolorze rubinowej czerwieni. Te idealnie komponują się z porcelanową bielą jego skóry i czerwono-fioletowymi odcieniami jego łusek.

Oprócz ogona, po przemianie w wodzie jego uszy i dłonie również ulegają zmianom. Uszy przemieniają się w skrzelopłetwy, a między palcami wyrasta mu błona. Normalnie na co dzień ma ostre pazurki, które nie ulegają zmianie na lądzie, i musi je notorycznie piłować.


CHARAKTER

Dla tych, którzy go nie znają, wydaje się skrytym w sobie chłopakiem. Gdyby nie to, że jego przyrodnie rodzeństwo go ciągle gdzieś ze sobą szlaja, to byłby samotnikiem. Od pustych pogawędek woli dobrą książkę o magii i kilka manekinów jako ofiary jego zaklęć. Nie można o nim powiedzieć, że jest spokojny, o nie. W tym przypadku, gdy się go bliżej pozna, okazuje się, że jest wygadany, w czym nie jest zawsze elokwentny, za to owszem jest żartobliwy i przylepny. Z tym ostatnim tak dosłownie. Potrafi, nawet sam tego nie zauważając, dotykać innych pod byle pretekstem. Często to wkurza i dostaje upominajkę w ramię od rodzeństwa.

MOC

Powiadają, że syreny mają uwodzicielski śpiew... To prawda. Dlatego surowo im się zabrania ćwiczenia głosu i występowania w chórkach. Braen nie jest od tego żadnym wyjątkiem, choć jego moc jest nieco słaba, właśnie przez owe zakazy i to, że od dziecka nikt go nie uczył. Poza tym, jak każda syrena, kontroluje żywioł wody. Decyduje, gdzie ma iść, skąd i w jakim stanie skupienia.

Oprócz mocy typowych dla swojej rasy, chętnie uczy się magii i czarodziejstwa. To dzięki zaklęciom może chodzić po lądzie i stąd pragnie to doskonalić w kierunku bardziej łączącym go z fauną i florą lądu.

HISTORIA

Urodził się na dzikich wodach morza atlantyckiego w "stadzie" migrujących syren dwukolorowych. Był najmłodszy z dwunastki rodzeństwa. Najbardziej był przywiązany do najstarszej siostry, która go po części wychowywała, gdy matka wypływała na polowania. Niestety ich sielskie życie nie trwało wiecznie, bo pewnego dnia wpadli na teren nielegalnych łowisk kłusowników. Złowili ich. Jego siostra nie przeżyła tego, a on został przetransportowany na ląd, gdzie trafił na czarny rynek. Tam spod noża uratował go Anioł Wade, demon (o ironio), który swe grzechy próbował zmyć poprzez czynienie dobra. Adoptował go wraz z dwoma innymi chłopcami: syrenkiem złocistym Parysem i żarłaczem Marlonem. On ich wychował jak własne dzieci (a ma, oprócz nich, własne dzieci, dokładniej piątkę) i nauczył podstaw magii.

Mimo, że Braen dostał od Anioła wiedzę, zasoby i namiastkę rodzicielskiej miłości, ten wciąż niósł w swoim sercu ból z owego dnia, kiedy stracił swoją prawdziwą rodzinę. Poprzysiągł sobie, że gdy nadarzy się okazja, zemści się na tych, którzy zbierają żniwa na jego rasie.

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...