piątek, 13 marca 2026

Od Braen'a

 Po lekcjach Braen miał posiedzenie w biurze dyrektora. Był tam też jego ojciec, jak i również jego wychowawca. Tym razem czerwonowłosy miał więcej do powiedzenia niż poprzednim razem.
- Ja nie miałem zamiaru się zapisywać do turnieju. Do głowy by mi nie przyszło, by zrobić to, zwłaszcza że zbliża się sezon.
- Właśnie - przytaknął mu ojciec - Mój syn nie może więc uczestniczyć. Wybierzcie kogoś innego na jego miejsce.
- Przykro mi, już za późno na zmiany - dyrektor pogładził swą brodę - Czara już wybrała pary. Wyjawię je jutro - ostatnie zdanie dodał, widząc ciekawskie iskierki w oczach syrena - Poza tym sam wiesz, Aniele, że czara obtacza wszystkich swoich wybrańców magią. Braen nie może też więc opuścić terytorium szkoły.
- Aż za dobrze wiem o czym mówisz - mruknął, a jego ciałem przeszedł dreszcz.
Anioł Wade, białowłosy facet koło 40-tki i chudej postury, sam za czasów szkolnych uczestniczył w Turnieju. Niechętnie wylewał z siebie te wspomnienia przy dzieciach. Tyle im wiadomo, że tam, czy też przez turniej, poznał swoją żonę, a matkę braci.
- Ale na pewno da się coś zrobić... Może zaszedł jakiś błąd... - rzucał pomysłami chłopak.
- Tu się niestety muszę zgodzić z chłopakiem - dotąd cichy pan Crawl wtrącił swoje zdanie - Mam pewne wrażenie, że czara ostatnio... inaczej wibruje. Dzieje się tak od początku tego wydarzenia. Wcześniej nie czułem od niej nic nadzwyczajnego. Chętnie bym zerknął na nią okiem, jeśli profesor pozwoli. 
Braen nie wiedział, co Crawl miał na myśli, ale jeśli to miałoby mu jakoś pomóc, to całym sobą go popierał. Przytaknął na jego słowa jak dziarski harcerz.
- Dobrze... Jutro czara wróci do swego schowka. Wtedy spojrzymy w nią wraz z profesor Grimm. I tak potrzebowała małej konserwacji.
Tymi słowami ich posiedzenie się zakończyło. Braen wyszedł wraz z ojcem z gabinetu, Crawl i dyrektor zostali, by omówić coś między sobą. Anioł z nietęgą miną dał się odprowadzić do bramy wjazdowej szkoły. Cały czas trzymał ręce w kieszeni czarnej marynarki.
- Więc... jak tam interesy w Bułgarii? - syn chciał porozmawiać z ojcem chociaż przez chwilę o czymś innym - Wybacz, że cię tu ściągnąłem
- A daj spokój... Pikuś, a nie interesy. Odkąd z rana dostałem sójkę z listem, że weźmiesz udział w tym przeklętym turnieju, rzuciłem wszystko i przybyłem jak szybko tylko mogłem. - Anioł przystanął i otaksował go wzrokiem, jakby chciał sobie wyryć w siatkówce jego imago - Miałem dokładnie tyle samo lat, gdy skusiłem się na wygraną. Wtedy to było gwarantowane stypendium na uniwerku. Teraz nie wiem, być może wciąż to samo, albo może jakaś wysoka sumka... 
Oboje stali w bramie. Anioł z ciężarem odchodził co parę minut o kilka kroków dalej. Braen chciałby podążyć za nim, do domu. Wiedział, że nie mógł, że teraz był przykuty do zamku, jego lochów, szarych łąk i mglistych lasów.
- Patrząc na to z dzisiejszą wiedzą, nie szedłbym tam dla stypendium, tylko dla waszej matki. O tak, za nią bym w ogień skoczył ponownie. Kasę można wypracować w każdej chwili. No ale to ja teraźniejszy tak myślę... Co chcę przez to powiedzieć, to to, że mam nadzieję, że wybierzesz dobrze.
- A czy kiedykolwiek wybierałem źle? - uśmiechnął się półgębkiem.
- Nie jesteś nieomylny! - dał mu kuksa w ramię, co wyglądało nawet komicznie, bo był o pół głowy niższy od niego.

***********************************************************************************
W międzyczasie gdy syren i demon mieli swoją synowsko-ojcowską pogawędkę, do sali eliksirów pana Morfina wchodził Spencer. Nic sobie nie robił ze zgryźliwej uwagi Paedyn. Szedł powoli i miarowo wśród rzędu dopiero co wypucowanych kociołków, przeciągając po nich palcem. Na dłoniach miał czarne, skórzane rękawiczki. Potarł palce o siebie jakby kontrolował jej robotę.
- Czy pomyliłem korytarze? Dobre pytanie. Mi się wydaje, że jestem we właściwym miejscu i czasie - odparł ze stoickim spokojem - Myślałem o tobie, a więc szkoła musiała mnie tu sama zaprowadzić.
Teatralnie pogłaskał mury lokalu po swojej prawej stronie.
- Panno Ashcroft, podziwiam pani zapał i determinację, z jaką zapisała się pani do turnieju.
- I po to tu przyszedłeś? Gratulacje możesz mi złożyć listownie i wysłać pocztą - prychnęła.
- To nie są gratulacje. To oferta. Moja, dla ciebie.
Sam wziął sobie krzesło i zasiadł na nim tuż przed Paedyn. Zarzucił nogę na nogę i z tym samym beztroskim, kpiącym uśmieszkiem kontynuował:
- Wiem, jak bardzo pragniesz wygrać. Twoja chęć do wzięcia udziału wychodzi poza wyniki w nauce, popularność, czy też własną satysfakcję. Tu chodzi o coś poza murami tej szkoły. Przeczuwam w tym coś związanego z twym ojcem... Ciężka rodzinna sytuacja, czyż mam rację? - uniósł jedną brew.
Zanim ona zdążyła coś odpysknąć i rzucić w niego rondelkiem, momentalnie wstał i podszedł do okna. Widział jak Braen wraca w stronę szkoły. Anioła już tam nie było.
- Widzisz, wiem, że nagroda z głównej wygranej to przypadkowo idealna suma, która pozbyłaby się waszych problemów. Dlatego pragniesz uczestniczyć i wygrać za wszelką cenę. I w sumie masz dobre predyspozycje do tego, tylko... brakuje ci mojej wiedzy.
Podszedł do jednego ze stanowisk. Było zostawione w chaosie, pracujący tu uczeń nie posprzątał po sobie. Jednak kurz na blacie wskazywał gdzie jaki przedmiot ma stać. Spencer wziął porozrzucane flakoniki i zaczął je układać według rozmiarów odseparowanych okręgów.
- Zauważyłem pewne patrony i mogę z całą pewnością stwierdzić, iż wiem, jakie będą wyzwania. Problem polega na tym, że to gra zespołowa. Potrzebuję partnera, na którym można polegać. - odwrócił się do niej zza ramienia - Kogoś, komu mogę powierzyć tajemnicę. Kogoś, kto jest równie potężny. Dlatego będziemy sobie przypisani.
Skończywszy układać flakoniki co do milimetra, znowu wrócił tam, gdzie siedział. Odstawił krzesło równo pod ławkę.
- Sama wiesz, czujesz to, że współpraca z sama wiesz kim nie przyniesie ci wygranej. Może i jest lojalny, ale poza tym nie reprezentuje sobą żadnych wartości zwycięscy. Równie dobrze dla samej lojalności mógłby zgłosić się pies na jego miejsce. No ale - westchnął z udawanym zobojętnieniem - Wybór należy do ciebie - puścił jej oczko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...