środa, 18 marca 2026

Od Braen'a

 Braen od samego rana czuł się jakby mu los podciął nogi. Odkąd się obudził, miał mdłości, ból głowy i oczy go piekły niesamowicie. W gardle czuł suchość jakby we śnie zeżarł kilogram piasku. Wstał i szykował się do zajęć przeciw własnym chęciom do zostania pod cieplutką kołderką.
Nadomiar złego, zamiast normalnych lekcji, pan profesor Crawl wyrwał go, Blair, Paedyn, Spencera i bliźniaków na plac. Tego dnia mieli trenować do turnieju. To oznaczało, że później będzie miał tylko więcej do nadrobienia z reszty przedmiotów. Oby Marlon robił czytelne notatki.
Pan Crawl nie nakazał im ćwiczyć tego samego. Braen zauważył, że każdy miał za zadanie trenować coś innego. Nie rozumiał dlaczego. On z Blair mieli ćwiczyć zwinność i uniki. Blair się ucieszyła trochę za bardzo, gdy się dowiedziała, że może jako pierwsza atakować. Rzucała w czerwonowłosego ostrzami, które profesor specjalnie przygotował na tę lekcję! Syren unikał jej rzutów z nadzwyczajną zwinnością, chociaż czuł, że wczorajsza kolacja podchodzi mu pod gardło. Kolacja, bo tego ranka nie zdołał nic w siebie wcisnąć.  Starał się o tym nie myśleć. Patrzył ukradkiem co się dzieje na innych polach. Widział Paedyn skupioną na swoim celu. Cięciwa w jej ręku była naprężona do swoich całkowitych możliwości. Ta precyzja w jej oczach... Aż dostał gęsiej skórki... A obok, cóż... Spencer. Nic nie robił, w sumie tylko dyrygował jej jak ma strzelać. Stał przy tym za bardzo blisko. Widział jak jego ręce poprawiają jej układ. Te same ręce, które wczoraj położył na jej szyi i od których teraz nosiła siniaki. Czuł jak się w nim kotłowało.
Widząc, że jej dotychczasowe triki nie działają, Blair podkręciła nieco rzuty. Braen w ostatniej chwili się ogarnął i zablokował atak. Niestety siła telekinezy też była podkręcona. Zachwiała jego obronną tarczą, aż ten cofnął się na tyłek i zatrzymał plecami o mur szkoły. Nim dotarło do niego co się stało, rozgrzała się już poważna afera na placu. Nie chodziło o niego. Tam się coś działo pomiędzy Blair, a Pae. Natychmiast postawił siebie na równe nogi i doskoczył do nich.
Dwie rozwścieczone dziewczyny rzuciłyby się sobie do gardeł, gdyby pan Crawl nie trzymał zielonowłosej, a Spencer swojej partnerki. Syren natychmiast złapał swoją partnerkę od tyłu i odciągnął o kilka kroków. Dzięki temu nauczyciel wyciągnął różdżkę i rzucił na obie zaklęcie obezwładniające.
- Koniec tej zabawy! - warknął - Co to jest, przedszkole?! 
Sytuacja była jako tako zlana zimną wodą, ale czuć było, że sedno wciąż się przegrzewa i może lada chwila znów wybuchnąć. Dlatego brunet szybko opanował swoje nerwy, by móc opanować te jego podopiecznych. 
- Szybko jak widać przechodzimy do kolejnego punktu dnia. Do pielęgniarki! - rozkazał, co bardziej tyczyło się chłopaków, by prowadzili dziewczyny tam.
Gabinet pielęgniarki znajdował się na parterze, nieopodal sali głównej. Posadzili dziewczęta na krzesłach odległych od siebie o dobre kilka metrów. Kiedy oboje chłopaków mieli już zasiąść na miejscach obok nich, Crawl rozkazał im by zamienili się miejscami. Spencer miał zasiąść koło Blair, a Braen u boku Paedyn. Tłumaczył, że to miało być po to, by się z powrotem nie nakręcali jedna drużyna na drugą.
- Wasi lekarze domowi zostali wezwani tutaj. Oni was przebadają. I mam nadzieję, że niektórym dadzą końską dawkę czegoś na uspokojenie. - rzekł profesor i zajął siedzenie naprzeciw, by obserwować wszystkich.
W jego słowach było ziarenko prawdy, gdyż z pokoju lekarskiego dobiegał niezły hałas. Jakby była tam cała narada lekarska. A jeśli na serio został wezwany jego lekarz, to on stanowił połowę tej rady...
Westchnął ciężko. Ciężką miał głowę, ale przynajmniej głowa i oczy mniej go bolały. Spojrzał na swój bok, na Pae. Dziewczyna wpatrywała się w ziemię, jakby obliczała wiek kafelek. Jej włosy, dotąd białe i w nieładzie, były w jeszcze gorszym stanie, w dodatku zlepione od krwi. Jej szyja i koszulka z resztą też. Delikatnie odsunął jej włosy na bok, by przyjrzeć się ranie na jej uchu. Ta wzdrygnęła się nagłym dotykiem.
- Ci ci - zacmokał szeptem - Nie będę tego dotykał. Chcę tylko zobaczyć... Ugh... 
Rana nie wyglądała tak źle. Strzała musnęła ją w mało bolącym miejscu. Ale sam fakt, że to się stało, zadziałały na nią zapewne jak płachta na byka. No i ta krew, taka świeża. Jej woń wbijała mu się do nosa jak nieproszony gość. Czuł, że od tego gorzej go skręca w żołądku. Musiał natychmiast odwrócić swoją uwagę. Błąkał się ku temu po jej twarzy niczym zagubiony wędrowiec. Niestety wszędzie było choć trochę krwi. Zszedł niżej, na jej podbródek i szyję. Tam było gorzej, ale zauważył coś, co odgoniło go od krwi. Sińce. Delikatne jak na razie fioletowe plamy, ale im bliżej były krtani, tym szybciej się uwydatniały. Dłonią delikatnie krążył po nich opuszkami palców. "Ile bym dał, by być twoim partnerem... Dlaczego on?!", myślał w kółko. Tak bardzo chciał ją teraz przytulić..
Z gabinetu wyszła typowa filigranowa pielęgniarka w białym fartuchu beretce i zmierzała w ich stronę. W rękach trzymała kubeczki z fioletową, mętną cieczą. 
- Proszę, to na uspokojenie. - podała im je i zniknęła z powrotem w gabinecie.
Dopiero teraz Braen się zorientował, że drugą ręką kurczowo zaciska na oparciu krzesła. Palce wbijał tak mocno, że lakier zaczął odchodził. Rozluźnił rękę i wziął lek od kobiety.
Na jeden hejnał wypili je razem. Ciecz smakowała obrzydliwie. Nadmiernie słodka w połączeniu z gorzkością i paliła w gardło. Syren wydał z siebie chrypiący kaszel.
- A dlaczego ty musisz to brać? To ja się wdałam w bójkę - usłyszał pierwsze dzisiaj słowa od białowłosej.
- To długa historia... - schował usta w dłoniach.
Szybko odczuł działanie. Ból głowy został przyćmiony, jego powieki stały się cięższe. Stare, drewniane krzesełko, które wbijało mu się w plecy, nagle stało się nader komfortowe. Od pasa w dół przeszła go miła ciepła fala. Pielęgniarka wróciła do nich, by ich zawołać do środka. Była ich kolej na kontrolę. Braen nie wiedział, czego mógł się spodziewać i to go przerażało. Gdyby nie lek, za sam przymus odwiedzin lekarskich rozniósłby całe to pomieszczenie w drobny pył.
W środku okazało się, że i tam niewielkie pomieszczenie lekarskie zostało podzielone na kilka jeszcze mniejszych pomieszczeń poprzez rozsuwane parawany. Były od podłogi, do sufitu, także niemożliwe było podglądanie i jawne podsłuchiwanie czyichś prywatnych rozmów. Za biurkiem tuż przed wejściem siedziała pani doktor. Nie znał tej kobiety, w życiu jej na oczy nie widział. Ta otaksowała ich oboje wzrokiem.
- Proszę się rozebrać i usiąść - wskazała na miejsce w kącie - To będą małe, rutynowe testy waszego zdrowia.
"Chwilunia... Ona będzie badała nas oboje?! Mamy się rozebrać?!"
- Tylko do bielizny. - dodała
Wielka mi otucha...
Parawan obok rozsunął się. Zza niego wyjrzał pod dziwnym kątem facet koło 40 z czarnymi, gdzieniegdzie siwymi, włosami i zakolami aż po tył głowy. Jego fizjonomię nasz zakłopotany syren poznał od razu i odetchnął z ulgą.
- Proszę nie onieśmielać mojego pacjenta. Braen, zapraszam - gestem przywołał go za kotarę, za którą znikł. Nie trzeba było mu drugi raz powtarzać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...