środa, 11 marca 2026

Od Braen'a

 - Nawet nie jesteśmy jeszcze małżeństwem, a już psioczysz na moich znajomych - odgryzł się czerwonowłosy, starając się zmienić atmosferę na nieco lżejszą tym małym żarcikiem - Co potem, zabronisz mi wyjść na piwo kremowe?
- Żeby tylko kończyło się na jednym piwie - wysłała mu kuksańca w ramię, ale coś podziałało. Chyba się lekko uśmiechnęła.
Lekcja w końcu dobiegła końca. Akurat jak Braen pozbierał swoje rzeczy, większość uczniów opuściła już klasę. Nowy uczeń nieśpiesznie chował swoje rzeczy, bardzo sekuratnie. Układał swoje pióra na specjalnych trzymadełkach w swym prostokątnym, drewnianym pudełeczku. Wyrównywał je co do centymetra. Potem wsadził je do teczki, gdzie też musiało być ułożone we właściwym miejscu i pozycji. Braen starał się najsubtelniej zagadać do niego.
- Hej Spencer, kopę lat. Miło cię widzieć.
Nie dostał odpowiedzi. Chłopak kierował się pośpiesznym krokiem do drzwi. "Może mnie nie usłyszał.", czerwonowłosy doskoczył do niego w dwóch krokach.
- Hej, Spenc. Pamiętasz mnie? 
Chłopak odwrócił się na pięcie. Nawet w jego ruchach był swego rodzaju jakiś uregulowany takt, rytmika. Chwycił stojącego przed nim syrena za ściągacz przy szyi. Pociągnął, zmuszając czerwonogłowego do lekkiego pochylenia się.
- Oczywiście, że cię pamiętam, płazie. Tamtego durnia też - wskazał na Marlona, który się szykował do interwencji - I tamtego lalusia Parysa również. Pamiętam was wszystkich, bandę błaznów.
Skóra, przed chwilą szara, teraz nabierała kolorów pod tonacją pomarańczowego i żółtego. Jego jak dotąd ciemnobrązowe oczy zabłysnęły. Pojawiły się w nich jaskrawe iskierki. Kryły w sobie rozpalający się ogień wściekłości. Im dłużej Braen się im przyglądał, tym większy czuł chłód bijący od nich. On cały z resztą emanował chłodem, który wypełniał cały lokal. Pomiędzy nimi powstała elektryczna atmosfera, którą odczuwali ci, co za blisko stanęli. Pozostali tylko oni, nawet nauczycielki nie było. I Pae.
- Radzę ci dobrze - rządził się, chociaż był niższy, to miał mocniejszą postawę - Nie wchodź mi w drogę.
Mimo woli jego wzrok przeszedł na stojącą i obserwującą wszystko Paedyn. Otaksował ją krytykującym wzrokiem, lecz nie powiedział nic. Wrócił do Braen'a. Atmosfera wzrastała do nieprzyjemnych rozmiarów. Marlon stanął między nimi, warknął gardłowo. Spencer rozluźnił swój uścisk, otrzepał dłonie z prochu i fuknął do nich na odchodne. W progu spojrzał na nich jeszcze raz, z obrzydzeniem w oczach i na twarzy jakby cuchnęło od nich gnojem.
Tym bardziej czerwony był zszokowany. Pierw jego niewytłumaczone pojawienie się, teraz jego bardziej niezrozumiałe dla niego zachowanie. Nie takiego go zapamiętał.
Marlon ocucił go na ziemię klepnięciem w ramię. Teraz dopiero ogarnął, że śmierdzi od niego spalenizną. Spojrzał na dół. Miejsce na koszulce, za które był szarpany, stało się jedną wielką wypaloną dziurą. Będzie musiał się przebrać. Zerknął w bok. Spotkał się spojrzeniami z Pae. Będzie musiał się tłumaczyć.
- Udajmy, że tego nie było. Niech to będzie między nami. - dopiął bluzę pod szyję, by zminimalizować okrutny zapach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...