sobota, 14 marca 2026

Od Braena

 -A co ktoś taki jak ty może wiedzieć o przyjaźni? - warknął - Jedyne ci najbliższe "przyjaciółki" są z tobą głównie przez twoje pieniądze. 
To ukłuło jakoś zimne sedno Blair, gdyż mina na jej twarzy nieco zrzędła, a siła, która go trzymała, osłabiła swój uścisk. Skorzystał z okazji i czym prędzej wyszedł z jej pola zasięgu. Szedł, nie oglądając się za siebie.
- Jeszcze zobaczysz Wade, że miałam rację. Nie znasz Ashcroft - syknęła przez zęby.
Skwitował jej słowa wypuszczeniem drugim uchem. Chciał coś jeszcze dodać, ale uznał, że nie warto dla niej strzępić ryja. Natychmiast skierował się w stronę klasy pana Morfina. Możliwe, że Paedyn jeszcze nie skończyła myć garnków i ją tam zastanie. Chciał właśnie z nią porozmawiać na temat współpracy. Chciał ją poprosić o partnerstwo, gdyż tylko jej ufał. Nie chciał brać udziału w turnieju, ale w razie konieczności chciał wiedzieć na czym może stać. Nie widział siebie we współpracy z nikim z reszty uczestników. Dwójce nie ufał, z prawdopodobną wzajemnością, a o tych bliźniakach nie miał tematu, nie znał ich. Więc według niego było tylko jedno rozwiązanie. Czuł, że Pae nie zdradziłaby go, a on jej tym bardziej. Poza tym z nią z chęcią spędzał czas, więc miał nadzieję...
W korytarzu prowadzącym do klasy Morfina stał Spencer. Oparty luzacko o mur, odpalił papierosa ze swojego palca. Podniósł na niego podirytowany wzrok, jakby go wyczekiwał o minutę za długo.
- Hej łososiu. Jeśli szukasz swojej pani - skinął na lokal - to zdążyłeś na czas. Jeszcze tam jest.
Braen zacisnął pięści. Jego obecność tutaj nie wróżyła nic dobrego. Wyminął go i czym prędzej dotarł pod drzwi lokalu. Chwyciwszy za klamkę, czuł że nie daje żadnego oporu. Drzwi otworzyły się do środka i w progu stanęła białowłosa.
- Oh, Braen. Wystraszyłeś mnie.
- Wybacz. Dopiero co wróciłem z pogawędki z dyrektorem.
Pociągnął nosem. Smród Spencera wisiał w całym lokalu, gęsty jak dym. Obejrzał krótko Pae, ale nie zobaczył na niej żadnych podejrzanych śladów. Tu nie doszło do walki, sam się wprosił i został przyjęty. Nie wyrzuciła go stamtąd z kopniakiem w dupie.
- I co? Wiesz już co będzie dalej z... tą pomyłką?
Przez chwilę zwątpił. W jego głowie odtworzyły się słowa Blair. Mógłby przysiąc, że przez moment obliczał w jakim stopniu ta zielona żaba mogła mieć rację co do jego przyjaciółki.
- Nic jeszcze nie wiem.
Przepuścił ją w drzwiach. Spencera już nie było, pozostał po nim tylko zapach. Odprowadził dziewczynę pod akademik, mówiła mu jak okropne były dzisiaj te gary, on rzucił jakimś krótkim sformułowaniem, które wywołało na jej twarzy uśmiech. Coś go zakuło. Również się uśmiechnął, choć nie tak szczerze. Wątpliwość zasiała w nim swe ziarno. Teraz nic tylko czekać na jej zbiory.

Następnego dnia podczas popołudniowej przerwy na jedzenie w głównej sali panował niesamowity harmider. W tle było słychać setki stukań sztućców, pomlaskiwanie, pogawędki mniej lub bardziej tajemne. Ktoś się zaśmiał, ktoś płakał. Nauczyciele gawędzili między sobą, inni robili rozpiski na zajęcia. Innymi słowy życie tętniło tu po całości.
Marlon opowiadał coś śmiesznego na temat pani Vervain, jednak Braen nie zwracał na to uwagi. Co rusz przytakiwał i mruczał pod nosem, ale myślami był gdzie indziej. Dzisiejszej nocy ani na chwilę nie zmrużył oka.
- I wtedy ja do niej... Ej, ty mnie chyba nie słuchasz - zauważył rekin.
- Słucham, słucham. Parys, możesz podać mi buteleczkę?
Nieśpiesznie przeżuwając swoje jedzenie, blondyn przekazał mu fiolkę z karotenem.
Wtem dźwięczny odgłos łyżeczki trącającej krystaliczny kielich rozszedł się po całej sali. Uczniowie falowo ucichli. Pan dyrektor stanął na środku, przed mównicą. Przed sobą trzymał zawoskowaną kopertę.
- Wybaczcie, że muszę wam przerywać wasz cudowny czas spoczynku i spożytku. Ten apel nie potrwa długo i zaraz znów będziecie mogli cieszyć swoje podniebienia i żołądki.
Wszystkie głowy były skierowane na niego. Tylko Braen był skupiony na swoim talerzu. Maltretował golonkę z ziemniakami na miazgę. Od rana miał przeczucie, że niewiele dziś zdoła zjeść.
- Ogłoszę teraz pary, które przez najbliższe kilka tygodniu będą ze sobą rywalizować w turnieju. Ricky i Donna Sterling.
Zaczęła się fala oklasków, chociaż niezbyt zjawiskowa. To było poniekąd spodziewane.
- Blair Valerius i Braen Wade.
Fala oklasków była większa. Doszły nawet wiwaty jakichś dziewcząt. Bliżej siedzący uczniowie odwracali się w jego stronę, ktoś go poklepał po plecach, ktoś zazdrościł. A on zamarł. Odłożył swój widelec i oderwał wzrok od masakry na talerzu. Rozejrzał się dookoła. Czuł na sobie czyjeś oczy. Gorączkowo szukał...
- Paedyn Ashcroft i Spencer Von Void.
... aż znalazł.
Wiwaty były mniejsze, ludzie się zastanawiali kim on w ogóle są. Słychać było ciche szmery i pytania. Kanalia siedział i wlepiał się prosto na niego. Z kpiącym uśmieszkiem na ryju puścił mu oczko. Nabił na swój widelec soczystego buraka, który po chwili demonstracyjnie zapłonął i zamienił się w czarną bryłę, którą pochłonął w całości.
Braen, nie odrywając wciąż kontaktu wzrokowego, nalał sobie kilka kropli z fiolki i zaczął agresywnie pochłaniać swoje jedzenie, na które przed chwilą nie miał ochoty. "Tę bitwę wygrałeś, ale przegrasz wojnę". Zostawił swój pusty talerz i wyszedł bez słowa. Nie interesowała go dalsza część przemowy. Skierował się do szkolnej biblioteki. Na szybko znalazł wszystkie książki i gazety ze wzmiankami o Turnieju. Niektóre nosiły ślady nieużytku od kilku, jak nie kilkudziesięciu lat.
Życzliwa bibliotekarka zerknęła z szokiem na jego pokaźny stos.
- Chcę to wszystko - dał jej swoją kartę ucznia - Na 2 miesiące.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...