środa, 10 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 13

Od Apolonii do Ruby


Każda następna próba przeniesienia drzwi była gorsza od poprzedniej. Dematerializowały się, jak za półprzezroczystym woalem można było zobaczyć, co jest za nimi, a gdy wolność była tak blisko i już miałem wrażenie, że całkowicie ustąpią, rzeczywistość brutalnie obdzierała mnie z nadziei i wracały one na swoje miejsce, uniemożliwiając przejście. Bezsilnie uderzyłam pięściami w powierzchnię blokady. Doskonale wiedziałam co to, widziałam już kiedyś coś takiego, gdy byłam mała. Wtedy wiele godzin, dni spędziłam w takim pomieszczeniu. W miejscu, gdzie magia nie miała prawa istnieć, a wszelkie specyficzne indywidualności były całkowicie blokowane. Skurwysyn. To ojczulek dał o sobie znać, przysyłając swoich ludzi po mnie. Czyżby sądził, że wyjazd na drugą stronę dystryktu był próbą ucieczki spod jego wpływów? Jego niezadowolenie z pewnością rosło, a sądząc po reakcji, osiągnęło apogeum, w końcu cały czas uparcie stałam przy swoim i konsekwentnie odmawiałam wykonania zadania, na którym tak mu zależało. Ale nie zamierzałam zrywać łańcucha całkowicie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Mimo pewnych niedogodności i poniesionych kosztów staruszek był jeszcze przydatny, mydlenie oczu dawało mu pewnego rodzaju swobodę, miał myśleć, że moje życie zależy od niego, w swojej arogancji nie zdawał sobie sprawy, w jak dużym błędzie tkwił. Mimo tego wykrzesał z siebie na tyle dużo kurażu, by próbować mnie zamknąć w kleszczach przegranej. Moja moc nie działała, na domiar złego skutki uboczne pozostały. Krztusząc się krwią, której z każdą chwilą przybywało, upadłam na kolana. Nie interesowało mnie w tym momencie nic, ani obrazy, ani ludzie ojca, którzy odciągali gdzieś czarnowłosą ode mnie, ani w szczególności Ruby Wade. Potrzebowałam i to zaraz wrócić do apartamentu, ewentualnie biura. Leki, które kiedyś na wyraźne życzenie mojego ojca wykonywał dla mnie ojciec Ruby, teraz samą kupuję w nieco udoskonalonej formule.  

   Rozrywający ból, do którego już dawno przywykłam, skutecznie odciągał mnie od otaczającej mnie rzeczywistości. Miałam wrażenie, że w jednej chwili pionki ojca atakowały nas, by w następnej leżeć sztywno bez marnego oddechu, a jedną z zamaskowanych postaci wciskała mi w dłoń niewielki świstek papieru. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, po omacku wsunęłam pomiętą kartkę do torebki. Nawet jeśli niezbyt byłam ciekawa, jaka jest zawartość wiadomości, nie mogłam dopuścić, żeby ją stracić.

   Pierwsze co zrobiłam, nim kolejna fala ataku mną wstrząsnęła, to pozbycie się ciał i wszelkich śladów ich obecności. Świadomość, że pogorszy to tylko mój stan nie odwiódł mnie - wręcz przeciwnie, byłam zmotywowana zrobić to, nim całkowicie stracę przytomność. Trupów należało się pozbyć, przynajmniej na razie, tak, by nikt nieodpowiedni ich nie znalazł. Po drugie, telefon. Musiałam znaleźć swoją komórkę i to natychmiast. Wizja, że sama nie dotrę do apartamentu, uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Czułam, jak materiał czarnej sukienki kleił się do mnie od zasychającej już mojej krwi, a jej metaliczny zapach zupełnie  się rozniósł po słabo oświetlonym korytarzu, pozwalając mi zrozumieć skalę zagrożenia.

   Miałam dwie opcje wyboru. Dwa numery wpisane jeden nad drugim na liście kontaktów. Pierwszą opcją był przyjaciel Cherubiny, wierny piesek, który obiecał lojalność, mógłby pojawić się od razu, na dodatek zabierając część moich dolegliwości, oczywiście jeśli tylko będzie w stanie tutaj trafić. No i była tu Wade. Nie uśmiecha mi się użerać z ich dwójką na raz, w końcu od tego się wszystko zaczęło. Cały syf, w który wpadłam, był spowodowany tym, że Ruby Wade rzekomo zechciała bawić się w bohatera i przeniosła mnie do miejsca, gdzie rezydował on. Bez dłuższej zwłoki wysłałam wiadomość z miejscem mojego pobytu. Cała moja bezsilność zmieniła się w złość 

— To wszystko twoja wina — Po raz kolejny krew zabulgotała  w mojej krtani, nawet nie próbowałam jej powstrzymywać, spokojnie czekałam, aż krwawy kaszel, przynajmniej chwilowo ustąpi. Przede mną nadal była ostatnia fala, miałam nadzieję, że on zdąży przed nią — Gdybyś nie wpierdalała się do mojego życia, nic takiego nie miałoby miejsca. Jesteś jak uwierająca drzazga, ty i cała twoja banda. A ja byłam zbyt pobłażliwa dla was. Nic nie robiłam, gdy kręciliście się przy mnie jak szczury, nic też nie zrobiłam, gdy napadliście mnie w moim własnym mieszkaniu, byłam wystarczająco cierpliwa, ale całkowicie wyczerpaliście moją cierpliwość. Więc zacznę od waszych najbliższych, żeby pokazać wam gdzie wasze miejsce, żebyście mieli świadomość, że to tylko i wyłącznie wasza wina, duszyczka po duszyczce będę zabierać ich aż w końcu i wy będziecie błagać o śmierć. 

— No popatrz, czyli kolejny raz się w czymś zgadzamy — splunęła — nie wiem, co reszta ma do tej sytuacji, być może to twój ojczulek nasyła kogoś na ciebie, a ty obwiniasz nas o to

— Jesteście, jesteś śmieciem, który leży na ulicy, a którego każdy omija szerokim łukiem, nie chcąc wdepnąć w niego. I traktowałam was do tej pory tak samo. Ale ten śmieć przykleił się do mojego buta, w takiej sytuacji należy się go pozbyć. Jesteście marginesem społeczeństwa, hołotą, która tylko pasożytuje na innych. Ja za to jestem Thronem, aniołem pierwszej triady, niech twój ograniczony rozumek to w końcu pojmie. Throne, mściwy anioł zemsty prędzej umrze, niż odpuści, a wy właśnie wyprowadziliście z równowagi jednego, na dodatek takiego panującego nad czasem. Mam dokładnie wszystko by się was pozbyć, od umiejętności, przez znajomości, kończąc na pieniądzach.  To była najgorsza decyzja waszego marnego życia, początek waszego żałosnego końca. Chciałam po dobroci się z wami rozstać, ale przyczepiliście się do kogoś, kto jest klasy wyżej od was, licząc, że uda wam się coś na tym ugrać. I masz rację, udało wam się. Zyskaliście osobę, która rozerwie was na strzępy i będzie patrzeć, jak się męczycie. A najlepsze jest to, że mi za to nikt nic nie zrobi, a wami nikt kompletnie się nie przejmie — szlag, nie chciałam mdleć, nie teraz, nie przed nią. Ale nie ja o tym decyduję. Obraz przed oczami całkowicie mi się zamazał, dźwięki zlewały się w jedno. Ostatnie konwulsje szarpnęły moim ciałem i bezwiednie upadłam w kałużę swojej krwi.


***


   Wyczuwał ją, ją, ale także jeszcze jedną osobę. Taką, którą z pewnością już kiedyś się spotkał. Spóźnił się dosłownie parę minut, ale może to i lepiej. Skoro była nieprzytomna, to najgorsze miała za sobą, nie mógł uszkodzić jej jeszcze bardziej podczas przenoszenia jej. Przyspieszył krok, kimkolwiek by nie była towarzysząca Lamii osoba, gdy ta jest bez przytomności, jest wyjątkowo łatwym celem. Nie zastanawiał się dwa razy. Nóż myśliwski przeleciał tuż obok twarzy Ruby, rzucony z taką precyzją, że ściął jej kosmyk włosów z grzywki koło ucha, po czym gładko wbił się w ścianę za nią.

— Dotknij jej, wtedy nie skończy się na kudłach — zimny, męski głos w akompaniamencie dźwięku kroków wypełnił powietrze między nimi. Z ciemnego korytarza wyszedł mężczyzna, ubrany dokładnie tak samo jak mężczyźni z wcześniej, jak żołnierz, czarne, luźne spodnie  i tak samo czarny t-shirt. Jednak jego spojrzenie rozwiewało wszelkie wątpliwości, przedstawicielem mundurowych z pewnością nie był i nie przybył, by walczyć z niesprawiedliwością świata. Stanął dokładnie między nieprzytomnym Thronem a czarnowłosą. Rozpoznał ją, wiedział, że kiedyś już wpadła na niego. 

— Kelnereczka. Podejrzanie dużo się kręcisz wokół niej jak na zwykłą obsługę przyjęć. A teraz ona jest w najgorszym z możliwych stanów. Co powinienem z tobą zrobić? — ciemne spojrzenie pobieżnie przeleciało po sylwetce Ruby gdy ta wstawała i oceniała, jak przypuszczał straty wynikłe po bójce

— A z kim mam przyjemność przede wszystkim? Jesteś jednym z nich czy przeciwko nim? Bo to chyba będzie mieć związek ze mną, jak mniemam — zupełnie jak drapieżnik zmrużył niebezpiecznie oczy. Mimo to zignorował ją, gdy już ją zobaczył, nie traktował jej poważnie, obawiał się jej dokładnie tak samo jak dziki wilk słodkiego, puchatego króliczka. Według jego osobistej opinii stojąca przed nim kobieta, a właściwie dziewczynka, która chciała być traktowana jak dorosła, nie miała za grosz instynktu samozachowawczego, ale to był wyłącznie jej problem. Pewnego razu nie zdąży się nawet zdziwić, gdy ktoś ją wyeliminuje. Jednak to nie był jeszcze ten czas, nie było na nią zlecenia. Obrócił się do niej tyłem, pokazując tym stosunek całkowicie lekceważący i pozbierał nieprzytomną Lamię z ziemi. Z nią na rękach wyciągnął z jednej z obszernych kieszeni plastikową butelkę i dokładnie zalał zawartością miejsce krwawego śladu po czarnowłosej. Zaraz po tym w kałużę wpadła tląca się zapałka, by plama stanęła w ogniu. Zgarnął jeszcze nóż wbity w ścianę, dokładnie ten, którym celował w pannę Wadę i po raz kolejny wyminąwszy ją, wyszedł z budynku, w którym już dawno zakończył się bankiet. 


***

   Łóżko jeszcze nigdy nie było tak wygodne, a pościel tak bardzo kusząca i wręcz namawiająca, by zostać w niej, choć odrobinę dłużej. Ale odległe majaki snu brutalnie były rozwiewane przez rzeczywistość. Coraz bardziej świadoma tego co się wokół mnie dzieje, między innymi przez rozrywający ból w piersi, w końcu się obudziłam. Ile byłam nieprzytomna tym razem? Czy zdążył? Najprawdopodobniej, wątpliwe było, by Cherubina Wade po raz kolejny zdecydowała się na tak ryzykowne posunięcie, by przenosić mnie, a już zwłaszcza przenosić mnie do mojego apartamentu. Ostatnie co pamiętam to wypluwanie sobie flaków w tamtym korytarzu pełnym trupów, pozbycie się ich i wiadomość wysłana do Diego. Ojciec nie będzie zadowolony, z pewnością winą za całą sytuację obarczy mnie, co w przyszłości będzie wiązało się z pewnymi niedogodnościami, chociaż tym razem nie przyłożyłam ręki do śmierci jego ludzi.


***


— Korneliusz Black, komisarz śledczy miasta Ortum. Pani Apolonie Maschero — no proszę, czyli policja. Kogo jak kogo, ale psiarni ojciec nie nasłałby na mnie, ktoś inny musiał maczać w tym palce.

— Przykro mi, ale nie będę miała  dzisiaj dla panów czasu — nawet nie podniosłam wzroku znad dokumentów. Sądząc po krokach, było ich trzech. Komisarz śledczy i dwóch przybocznych, pachołków, którzy przyszli z nim chyba tylko dla picu.

—  Jednak będzie musiała go pani znaleźć. Z uwagi na powagę sytuacji nie ma innego wyjścia — mężczyzna irytował mnie, czego nie rozumiał w stwierdzeniu, że nie mam dla niego czasu? Ba, ja nawet najmniejszej ochoty nie mam, by z nim rozmawiać. Jednak policji, nieważne jak nieudolnej i drażniącej mnie, nie mogłam tak po prostu zbyć, dla nich musiałam przewidzieć coś ekstra.

— W takim razie proszę mi opowiedzieć o tej niecierpiącej zwłoki powadze sytuacji. Skoro to takie pilne to możemy porozmawiać tu — udając jakiekolwiek zainteresowanie, odłożyłam dokumenty na bok i po raz pierwszy spojrzałam na komisarza. Na pierwszy rzut oka wyglądał młodo, nie to, co pozostała, towarzysząca mu dwójka.  Ci to raczej wyglądali, jakby samo wyjście na pierwsze piętro byłoby wyzwaniem dla ich kondycji.

— To sprawa poważna i należy do niej tak też podejść. To nie jest odpowiednie miejsce. To, ani żadne inne gdzie podsłuchiwać mogą nawet ptaki. Chodzi o sprawę napadu i kradzieży w El Ateneo Grand Splendid — biała koperta zaświeciła w jego dłoni, w momencie położył ja przede mną na biurku. Zmarszczyłam brwi. Otworzyłam ją i pobieżnie przeleciałam wzrokiem po piśmie

— O terminie przesłuchania wezwany powinien zostać poinformowany pisemnie co najmniej siedem dni wcześniej. W przypadkach niecierpiących zwłoki może to być forma mailowa lub telefoniczna. W El Ateneo Grand Splendid byłam cztery dni temu, więc tym razem nie ma mowy o przypadku niecierpiącym zwłoki. Proszę wyznaczyć jakiś inny termin — kartkę z wezwaniem złożyłam idealnie tak jak była wcześniej i wraz z kopertą odłożyłam ja na biurko.

— Od razu przekazaliśmy go pańskim prawnikom, lecz ci bez fachu ignorowali owo zdarzenie i że ucierpiało na tym dobre imię teatru El Ateneo Grand Splendid, dlatego bezpośrednio udaliśmy się do pani

— Wezwanie przekazuje się bezpośrednio osobie wezwanej, więc skoro do mnie wcześniej nie dotarliście, to jest to wasz błąd, nie mój. Nie zamierzam za niego odpowiadać. Teraz robię wam uprzejmość i w ramach aktu dobrej woli proszę o zaproponowanie innego terminu. Nie pytam o nowe wezwanie, tylko dobrowolnie chcę przyjść na komendę w wygodnym dla wszystkich czasie. Jak widzi pan, nie chcę niczego utrudniać i zamierzam współpracować z policją. To ważne, by mieć zaufanie do służb mundurowych, prawda? 

— W tym jest właśnie problem, gdyż szef galerii chce dostać jak najszybciej wezwania, by mógł ubiegać się o odszkodowania. Już straciliśmy czas przez pani prawników, dlatego oferuje, żeby to załatwić dzisiaj. Upłynnimy to i w miarę szybko się z tym uporamy — nie mam pojęcia czy jest on aż tak bezczelny, czy aż tak głupi i kompletnie ignoruje wszelkie zasady prawa. 

— Nie straciliście czasu przez moich prawników, tylko przez swoją niekompetencję. Nawet moi prawnicy nie są upoważnieni, by odbierać moje wezwanie, o czym doskonale wiedzą. Więc proszę nie zrzucać na nich odpowiedzialności. Ty wy, jako organ ścigania nie dopilnowaliście swojego obowiązku, by dostarczyć mi wezwanie na czas, co swoją drogą w normalnych okolicznościach powinno zostać zrobione przez pocztę. I od kiedy to dyrektor teatru może żądać jakichkolwiek wezwań na komisariat? W zakresie jego obowiązków nie leży prowadzenie śledztwa ani przesłuchiwanie kogokolwiek. To prokuratura i sędzia decydują kto i kiedy będzie wezwany. Sugeruje pan, że policja, prokuratura i sądy nie są niezależne, a jakiś zwykły pracownik placówki kulturalnej może ingerować w śledztwo? 

— Tak, tak, właściciel teatru wcale nie jest na tyle znany i z kontaktami, by wymusić na sądzie szybszą rozprawę. Zresztą on również będzie dzisiaj na komisariacie, dlatego to może pani od razu z nim omówić, o ile się zgodzi — takie bzdury policja może wciskać komuś innemu, ale nie mnie. Z dyrektorem teatru znam się od dawna, nie jest to nic szczególnego, pracownicy ośrodków kultury często ze sobą współpracują. Jeśli będę chciała z nim rozmawiać, to po prostu spotkam się z nim na kawę. Ale nie było potrzeby uświadamiać komisarza.

— W takim razie proszę mieć na uwadze, że ja także mam liczne kontakty. I proszę pamiętać, mówię oczywiście czysto hipotetycznie, że mogę zażądać całkowitego wykluczenia mnie z tej sprawy. Podobno jestem ważnym świadkiem, naprawdę chce pan aż tak ryzykować?

— Ryzykować? Ja tylko wykonuję swoje obowiązki — wyciągnął czarny, niezbyt duży notesik, by zapisać coś w nim. Jednocześnie kiwnął na jednego z towarzyszy — To jak będzie?

— W takim razie następnym razem proszę lepiej się przyłożyć do swoich obowiązków i dostarczyć wezwanie na czas. Bo ten świstek aktualnie nie ma żadnej mocy prawnej ani sprawczej — koperta z wezwaniem została na rogu biurka. Ja natomiast wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, wymijając trójkę mężczyzn — Kto będzie mnie przesłuchiwał?

— Komendant główny oraz komisarz śledczy wraz z policyjnym prawnikiem — kolejna bzdura. Żaden policyjny prawnik nie może być obecny podczas przesłuchania. Tylko prokurator, obrońca, a w tym konkretnym przypadku kilku moich adwokatów oraz pełnomocnik mogą być obecni przy przesłuchaniu. Pan Black chyba rzeczywiście był całkowitym ignorantem

— Ten komisarz śledczy to pan, zgadza się?

— Zgadza się — krótkie potwierdzenie mi wystarczy — innych danych nie mogę podać

— Świetnie. Jeśli przyjadę na komisariat przed panem,  nie będę na pana czekać. Jestem poważną, a przede wszystkim zajętą osobą. Nie mam czasu na takie bzdury — sugestywnie otworzyłam drzwi czekając aż trzech funkcjonariuszy opuści moje biuro

— Jeśli, to jest słowo kluczowe — zatrzymał się w progu — Jednak to będzie szybkie spotkanie

— Skoro pan tak sądzi, nie będę pana wyprowadzać z błędu — nie zdawał sobie sprawy z jego ogromu, ale to jego problem

— W takim razie będę czekał. Wygląda na to, że ma pani auta w idealnym stanie, na pewno będzie pani dzisiaj przed 16 

— Czas to pojęcie względne panie Black. Panu nikt nie broni czekać. I nie przypominam sobie, żeby policja robiła przegląd mojego samochodu, więc proszę sobie darować uwagi na temat jego stanu 

— Ktoś honorowy, nie daje komuś na siebie czekać. A ktoś honorowy i majętny na pewno ma dobry środek transportu — nie, jednak komisarz Korneliusz Black jest po prostu bezczelnym idiotą. Ale to jeszcze nie był czas, by podzielić się z nim swoim spostrzeżeniem. Niech balonik wokół niego rośnie i rośnie, dopiero wtedy, gdy już nadmucha się odpowiednio, przekłuję go, a on wtedy boleśnie upadnie

— Takie komentarze także proszę sobie darować. Zaglądanie innym do portfela jest wyjątkowo nie na miejscu

— Wybaczy, lecz portfel nie mieści się w kieszeni i jest dość widoczny.

— Nawet jeśli, to dobre wychowanie nakazuje nie poruszać takiego tematu

— Rozumiem, że to dlatego, że nie jestem "na poziomie" — prychnął, jego  koledzy obok też

— To są pańskie słowa, nie moje. Ja jedynie wierzę w to, że przedstawiciele służb mundurowych potrafią zachowywać się profesjonalnie. Więc wszelkie osobiste wycieczki i wywlekanie prywatnych urazów nie powinno mieć miejsca, prawda komisarzu Black?

— Prawda, pani Maschero — mrugnął zupełnie jak szczeniak, chcący się popisać i lekko skinął głową — Do popołudnia 

***

— Nie będę odpowiadała na jakiekolwiek pytanie bez mojego adwokata — w ciasnym pomieszczeniu byłam ja, blond włosy stójkowy i stół odgradzający nas od siebie. Zwykły pokój przesłuchań, aczkolwiek ze świadkami zdarzenia ze względu na nabytą w czasie nieprzyjemnych okoliczności traumę powinno rozmawiać się w nieco przytulniejszych warunkach. Nie mnie to oceniać, tak czy inaczej, nie zabawię tu zbyt długo.

— Notuję... Było się dnia tego i tego i godzinie tej i tej na balu takim i takim... — czyli tak chciał się bawić. Dobrze. Bez słowa przypatrywałam się, jak gładko notował *moje* wyjaśnienia. W końcu jestem tylko świadkiem, ofiarą pobicia. Tak jak oczekiwałam od moich pracowników, dość szybko do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn, jeden z nich usiadł na wolnym krześle koło mnie, a pozostała dwójka stanęła zaraz za nami.

 — Tyle razy mnie nękaliście, że panów nie muszę przedstawiać. Pański zwierzchnik ma już ich wizytówki 

— A konkretniej który zwierzchnik? Poprzedni został zwolniony za handel na lewo, jeszcze wcześniejszy przeszedł na emeryturę. Imiona i nazwiska potrzebuję 

— Nie moja wina, że pracujący tu przełożeni są niekompetentni. Proszę sobie sprawdzić w mojej kartotece. Nie zajmie to dużo czasu, bo te wizytówki to jedyne co się w niej znajduje

— Nie zajmie wiele czasu — monotonny, wręcz urzędowy głos wypełnił całe pomieszczenie — Dobrze wiedzieć, jednak czas to pieniądz. Dlatego — wszystko się zatrzymało, towarzyszący mi mężczyźni, wskazówki na zegarku. Nawet ta irytująca mucha przestała latać — zaoszczędźmy go — Następny gracz, dlaczego każdy z nich myśli, że ma jakiekolwiek szanse? Nie mogą zrozumieć, że ich miejsce jest pod moim butem? 

— To niby ma być sposób na zaoszczędzenie czasu? Ja nadal tu bezsensownie tkwię i jestem zmuszona wysłuchiwać głupot — czego się spodziewał? Że przestraszy mnie tak marną sztuczką i od razu wyśpiewam wszystko, co tylko chce?

— Nie chodziło o specyficznie twój czas — siedzi wygodnie oparty o krzesło — pani Maschero. Kontynuując, po balu charytatywno-artystycznym nie udała się pani od razu do wyjścia.

— Na wszystkie pytania w moim imieniu odpowiadają moi adwokaci. Proszę ich zapytać  

— Przed wyjściem — kontynuuje ignorując moje słowa — Została pani napadnięta przez grupę zbirów — Nudził mnie. Początkowe, jeśli w ogóle można to tak nazwać zainteresowanie jego umiejętnością, zniknęło, zastąpiła go marna powszechność. Jednak skoro nie wyglądało na to, że zamierzał mnie wypuścić, zamierzałam wykorzystać jego zagrywkę przeciwko niemu. Zatrzymał czas? Bardzo dobrze. Wystarczyło znaleźć odpowiedni cel, zabawkę, która nada bieg dalszym wydarzeniom. Traf wybrał zaślepkę, element krzesła, na którym siedziałam. Była ona zdecydowanie ciekawsza niż komisarz

— Nie tylko pani, ale także kelnerka z owego baru — przybliżył długopis do ust — Cherubina Wade, mała, czarne włosy, chuda, zgadza się? — Nie była kelnerką, a przynajmniej nie zachowywała się w ten sposób. Robiła za chłopca na posyłki, który w jakże uroczy sposób próbował mnie szantażować.

— Proszę wejść — Nie wierzyłam we własne szczęście. Sprowadził tu ją, sprowadził Cherubine Wade na moje przesłuchanie, lepszego prezentu nie mogłam sobie wymarzyć, ułatwił mi załatwienie dwóch spraw za jednym razem. Flik dość sprawnie opróżnił krzesło, by przybyła kobieta mogła na nim usiąść.

Tyle razy zaślepka od nogi mojego krzesła zniknęła i wróciła do tych czasów, że mój organizm, przyzwyczajany do przekraczania granic, nie dał rady więcej. Pierwsze krople krwi wydostały się z moich ust, delikatnie środkowym i serdecznym palcem przetarłam kącik, zamiast regularnego śladu po spływających kroplach, musiało być widoczne niechlujne rozmazanie. Nie skorzystałam z rzuconych mi jak psu chusteczek, pozwoliłam, by spływała po mojej twarzy. Wpatrywałam się w ten sam punkt i kontynuowałam swoją zabawę zaślepką.

Przedmioty leżące na stole zostały wzięte w mojego apartamentu, bardzo dobrze. Im więcej brudów będzie przeciwko nim, tym szybciej i skuteczniej się pozbędę robactwa. Wystarczyła odrobina samokontroli, a sami zawiążą sobie stryczek, na którym zawisną. Ja za to będę tylko patrzeć, jak pogrążają się jeszcze bardziej. 

— Jak bardzo dobry jest twój prawnik, jeśli mogę spytać? Mogłabyś go sobie wymienić na innego? Jak długo by ci to zajęło? — pytania zeszły na drugi plan. Płuca z każdą chwilą paliły mnie coraz bardziej, atak kaszlu początkowo delikatne zamieniły się w prawdziwe spazmy. 

— Rany boskie, daj jej coś, bo się zachłyśnie — czyżby ruszyło ją sumienie? Nie, to nie to. Strach o jej własne bezpieczeństwo? W końcu gdybym straciła zbyt dużo krwi i zemdlała na komisariacie, byłoby to problematyczne. Wiele osób widziało, jak wchodziłam tu w nienaruszonym stanie. Dokładnie takim samym muszę opuścić budynek.

Prowadzący śledztwo kolejny raz przesunął jednego z moich prawników. Szarpiąc go za kołnierz jedną ręką, drugą wkładając pod pachę, położył go na stole po mojej prawej stronie.

—  Proszę, i tak nic nie zauważy — krew przeciekała przez przyłożoną do ust dłoń, nijak nie dało się jej zatamować. Na blacie tworzyła się bordowa kałuża zalewająca przedmioty na nim. W końcu nie zmieściła się na stole i zaczęła skapywać prosto na podłogę. Biel mojej koszuli także została ulotnym wspomnieniem. Plama z każdą chwilą powiększała się coraz bardziej, pokrywając coraz większy obszar tkaniny.

Uśmiechnęłam się w duchu. Mam cię. Minimalizując straty, dałam się ponieść uderzeniu, krzesło ujechało w kałuży krwi i gwałtownie wbiło krawędź blatu we mnie, w miejsce między żebrami a brzuchem. Jakby odruchowo przekręciłam lekko głowę, by nie trafić nosem w blat. Uderzyłam prawym policzkiem o metalowy stół i jeden z przedmiotów znajdujący się na nim. Krwawy kaszel został wzmocniony dźgnięciem pod żebra. Krew rozprysnęła się na stół, na Ruby Wade, ale też na ścianę z drzwiami wejściowymi. Pieczenie na czole potwierdziło moje przypuszczenia, skóra została rozdarta, a wokół  rany z pewnością już zaczął tworzyć się obrzęk. Niespiesznie podniosłam się, przetarłam tylko dłonią krew zalewającą oko i wróciłam do mojej zabawy zaślepką.

— Patrz, co narobiłeś — w jej głosie wyraźnie było słychać pretensje. Ciekawe było to, że Cherubina jest per ty z policjantem, wszystko wskazywało na to, że się znają.

— Nie ja. Nie moja wina, że jest słaba — krótka rozmowa między tą dwójką kompletnie mnie nie interesowała na dłuższą metę. Była czymś, co za moment wyleci z mojej pamięci jako informacja bezużyteczna i zbyteczna. Jednak chwilowo mogła okazać się odrobinę pomocna. Czuję, jak Ruby nieporadnie próbuje ustabilizować moje ciało. Próżny trud.

Zaślepka zniknęła po raz ostatni, a ja po rozrywającej płuca fali krwawego kaszlu zsunęłam się z krzesła i upadłam nieprzytomna, o ironio znowu w jej obecności, w kałużę swojej własnej krwi na podłodze.


<Ruby?>


Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 12

 Od Apolonii do Ruby


Trzeci gracz. Był graczem pełnym sprzeczności, atakującym i eliminującym osoby z naszego otoczenia, a ostatnio w arogancki sposób na tyle odważny, by zaatakować nas, by zaatakować mnie. A jednocześnie wziął na siebie grad kul przeznaczonych dla mnie i Ruby Wade. Biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze powiązania, bezinteresowna pomoc była ostatnim, na czym mu zależało, zdecydowanie chodziło o coś innego, być może o to, żeby zaszkodzić temu, kto wysłał ludzi przeciwko nam. Graczowi numer cztery, który w środku partii nieoczekiwanie i całkowicie nieproszony postanowił przyłączyć się do rozgrywki, która przestała być zabawą w kotka i myszkę w momencie, gdy amator kart tarota postanowił włamać się do mojego apartamentu. I to wszystko zmienia. Jednak to wszystko nie robi z zamaskowanego mężczyzny przyjaciela albo chociaż sprzymierzeńca. Nie mamy do czynienia z sojusznikiem tylko z wrogiem, który wybierając dla siebie mniejsze zło, zdecydował się pomóc mnie i towarzyszącej mi Ruby. Być może tylko po to, by w przyszłości samemu próbować się nas pozbyć. Choć bardziej prawdopodobne było, że chwilowo byłyśmy mu jeszcze potrzebne na tyle, że postanowił zareagować. Korzyści z naszego życia były większe od tych z wyręczenia się i łatwego, natychmiastowego i trochę przedwczesnego wyeliminowania celu. Pytanie brzmiało, o kogo chodziło, o mnie czy o nią. Która z nas była właśnie tym celem, a która przypadkiem znalazła się na linii ognia.

Jedną z możliwości był mój ojciec, znalazłszy kogoś o podobnych umiejętnościach, postanowił się mnie pozbyć. Jednak ten wariant, przynajmniej po części można wykluczyć.

   Można założyć, że zamaskowany mężczyzna był człowiekiem od ojca, że dogadał się z nim i współpracują, a właściwie to jest wykorzystywany przez mojego ojca. Jednak jaki sens miałoby ratowanie mojego życia?

   Skaczący w czasie mężczyzna pokrzyżował plany atakujących, więc jeśli zarówno on, jak i oni byli od ojca, to byłby to znaczący konflikt interesów. Jeśli tylko zamaskowany był człowiekiem ojca, a z tego, co pokazał, to potrafi on panować nad czasem lub ma jakąś zabawkę, która w bezczelny sposób kradnie potęgę czasu, kłopotliwa i krnąbrna córka nie jest dłużej potrzebna. Oczywiście, jeśli tylko należycie go kontroluje. Rzuciłam przelotnym spojrzeniem na Ruby. Rozpamiętując ostatnie wydarzenia, drugim wariantem był jej jakże uroczy, nieco zbyt buńczuczny, jak i siermiężny brat. Postanowił sam wziąć sprawy we własne ręce i pozbyć się niechcianej siostry, a ja będąc z nią, stałam się przypadkową stratą, nieumyślnie strąconym i tak niepotrzebnym pionkiem z planszy. Ale taki plan także miał luki, jeśli nie byłam celem, a zostałabym niekoniecznie martwa, wystarczy, że zraniona, władze ścigania, nadałyby tej sprawie priorytetową rangę. Bo ja nie jestem pierwszą lepszą bierką, której myśląc, że się jest mocniejszą figurą, bez echa można się pozbyć. Po grze wszystkie bierki i tak wracają do pudełka, a ja jestem tym, który je tam chowa, nie jedną z nich. A taki rozgłos, jak i nadmierne zainteresowanie organów władzy nie są niczym wskazanym, wiążą się ze sporymi komplikacjami. Już nie wspominając o mojej wendecie, która by się rozpoczęła i niechybnie się rozpocznie. Zostałam otwarcie zaatakowana, z resztą po raz drugi, a lufa Diego tylko czeka na okazję, aż będzie mogła sporym zastrzykiem gotówki wspomóc jego, głównie dzięki mnie, nie tak biedne konto. Zico mógł nie wiedzieć, kim jestem, nie rozpoznać mnie, przez co potraktował jak nic nie wartą, przypadkową ofiarę, więc nie miał świadomości co się może wydarzyć, jeśli postanowi mnie poświęcić. Tylko to cholernie mało prawdopodobne, był na bankietach, które ojciec organizował, dokładnie na tych samych, na których byłam ja. A całość wyglądała na zaplanowaną, może niezbyt dokładnie, ale mimo wszystko zaplanowaną. Czy Zico Wade, wiedząc, jak wyglądam i chcąc nawiązać współpracę z moim ojcem, któremu jestem nadal potrzebna, odważyłby się mnie zaatakować? Czy nie patrząc na straty, był aż tak zaślepiony pozbyciem się siostry, że postanowił zaryzykować i tak ciągle wątpliwy układ z moim ojcem? A może wręcz przeciwnie chciał mu coś tym przekazać i udowodnić? I przy okazji załatwić dwie sprawy naraz.

   Nie interesując się otoczeniem, obracałam w dłoni plastikową kartę. Kolejna karta tarota, z kolejnej talii, nie można więc było nijak powiązać jej z pozostałymi, jednak nie tylko to ją wyróżniało, nie posiadała ona żadnego dopisku. Była czysta. Bardziej jednak ciekawiło mnie to, na czym zaciskałam drugą dłoń w lewej kieszeni. Nie miałam zbyt wiele czasu na przyglądanie się mężczyźnie, wszystko działo się za szybko, z resztą swoim wyglądem nie zdradzał zbyt wiele. Dopiero gdy zniknął, mogłam pozwolić, by przedmiot mojego zainteresowania spokojnie wrócił do nas, do czasu, w którym się znalazłyśmy i upadł tuż pod moje nogi w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem stał zamaskowany. Zawartość jego prawej kieszeni, podniosłam po kolei wszystkie przedmioty. Paragon, zapłacony gotówką, istniała mała szansa, że wykorzystując godzinę zakupu i sklepowy monitoring uda się znaleźć wizerunek mężczyzny, jednak mało to prawdopodobne. To musiałaby być jego kurtka, nie kradziona, może dostęp do kamer nie byłby tak dużym problemem, jednak miałam wątpliwości czy faktycznie były one w tym sklepie. Paragon wskazywał, że była to raczej obskurna buda niż normalny sklep, a w takiej norze kamer nie da się uświadczyć. Kapsel, zapewne, biorąc pod uwagę prostacki dobór barw, od popularnej i zdecydowanie najtańszej marki piwa także zbyt wiele nie mówił. Prawie pusta paczka papierosów i zapalniczka z odrapanym logo producenta. Nic wartego uwagi. Niepokojący był ostatni przedmiot, karta wejściowa do wieżowca, w którym znajduje się mój apartament. To by tłumaczyło, jak poprzednim razem wszedł do środka i przemknął przez ochronę, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Zapewne nie skorzystał z głównego wejścia, tam ochroniarze, mimo że każdy uprawniony ma swoją kartę, dokładnie lustrują, kto wchodzi, a każdą niecodzienną sytuację, nową twarz zapamiętują. Musiał więc skorzystać z prywatnego wejścia od strony parkingu, tam ochroniarza żadnego nie ma, tylko monitoring, jednak ta karta umożliwiła mu przejazd przez bramę wjazdową, którą tylko pojazdy mogą przejechać. Potrzebował więc samochodu, który także nie wzmoże czujności stróża stale pilnującego monitoringu. Administrator budynku posiada spis wszystkich aut mieszkańców, w ten sposób można zmniejszyć grono podejrzanych, zakładając, że nie jest to nikt z wewnątrz. Zmrużyłam niezbyt zadowolona oczy. Pamiętając o jego umiejętnościach, należało przejrzeć półroczny rejestr pojazdów, tyle ważne są karty dostępu.

— Jesteśmy w przeszłości — głos Ruby wyrwał mnie z rozmyślań. Ona dopiero po otoczeniu zauważyła, że nie jesteśmy w czasach, do których nas wzięłam. Ja poczułam to w momencie, gdy mężczyzna przeniósł nas w czasie. I trzeba przyznać, jego umiejętność nie jest wygodna. Jednak jedyną panią czasu jestem ja, on może się bawić w podróżnika, skakać sobie i udawać, że czas to jego plan zabaw, jego podwórko. Niech tak sobie myśli, niech otoczka pewności rośnie wokół niego, aż postanowię ją przebić raz na zawsze.

— To nie jest problem, przynajmniej dla mnie — powrót jest dla mnie dziecinnie łatwy, to ona powinna się martwić czy uda się jej wrócić. Bo znowu, choć tym razem nie z mojego powodu czy woli, znalazła się na mojej łasce.

— Sama widzisz, jestem nieunikniona. Bo nieważne co robisz, świat sam cię pcha w moje ręce. I tak długo, jak ci nie pozwolę, nie będziesz w stanie uciec ode mnie — W normalnych okolicznościach cieszyłabym się, jeśli zostawiłaby mnie w spokoju, jednak teraz status quo uległ zmianie. Przez nią mogę dostać się do Zico i zyskać dużo, bardzo dużo. Wystarczyło to dobrze rozegrać, a cała trójka, Ruby, jej brat i przede wszystkim mój ojciec będą płaszczyć się u moich stóp

— Jeny, serio? Nawet w obliczu, gdy spotkaliśmy tajemniczego gościa o podobnych umiejętnościach, ty wspominasz o sobie? — Ruby jak Ruby, kompletnie nie zdawała sobie sprawy z sytuacji, w której się znajduje. Wesoło ignorując to, co mówię, jakimś cudem wierzy, że gdy nadejdzie chwila prawdy, a ja będę wybierać między sobą a uroczym trzymaniem się za rączki z nimi, to wybiorę to drugie. Może się srogo zawieść.

— A jak mam nie mówić o sobie, skoro jak sama zauważyłaś, ma podobne umiejętności do mnie — jej obecność działała na mnie coraz bardziej drażniąco — A problem jest większy, niż potrafisz sobie nawet wyobrazić. Przy tym twój kłopot z twoim bratem i moim ojcem w roli głównej to kompletna bzdura, drobiazg, którym nawet nie warto się zajmować

— Mylisz, bardzo się mylisz. Ci ludzie, to byli ludzie mojego brata. I ten gość przypadkowo wiedziałby gdzie i kiedy się znaleźć, by nas od nich oderwać?

— Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to dziwi — próbowałam się opanować, żeby nie wyzywać jej od niekompetentnych idiotów, wszystko sypało się, szło nie tak, jak powinno, a na dodatek musiałam się użerać z Ruby i jej przygłupim towarzystwem. Tylko w tym przypadku czy nie było lepiej z nimi współpracować? O zaufaniu nie było mowy, jednak wspólne interesy faktycznie jednoczą nawet najzacieklejszych wrogów.

— Twojego brata można pozbyć się od ręki — odwróciłam się w jej stronę — Pokaz siły, który urządził nie był niczym innym jak tupaniem nogą pięcioletniego chłopca, który chce, żeby jego ojciec traktował go jak dorosłego. Większy problem mamy z nim — trzymałam kartę tarota w dwóch palcach tak, żeby mogła ją widzieć — Pewności nie mam, ale wszystko wskazuje na to, że jest spokrewniony z moją matką. A to oznacza kłopoty, duże kłopoty, jeśli nie wierzysz mi, to spytaj swojego ojca, bo on ją znał.

— Mojego ojca... - zamyśliła się — Wolałabym nie wciągać w to dodatkowych osób. Będzie dodatkowo zadawał nieprzyjemne pytania, a to go nie dotyczy. Staram się uwierzyć ci na słowo.

— Zico, dopóki nie zawrze umowy z moim ojcem, jest względnie nieszkodliwy, więc proponuję darować sobie jego osobę przez jakiś czas — wyciągnęłam z kieszeni kartę, którą ukradłam mężczyźnie — W ten sposób nasz John Doe włamał się do mojego apartamentu, a jeśli tam mógł się włamać, to wasze — utrwalam na moment, jakby moje słowa nie chciały przejść przez gardło — Wasze mieszkania to dla niego banał. Jednocześnie, gdy postanowiliście wparować do mnie nieproszeni jak hiszpańska inkwizycja, wszystko mu ułatwiliście. Każdego z was w różnych czasach musiałam utrzymywać przy życiu, więc i on mógł się bezproblemowo przemieszczać

— W takim razie już dawno by to zrobił, a mimo to zaczął od ciebie. Ciekawe dlaczego... — cały czas ślepo naiwna, jeśli u mnie był, u nich także, tylko nie byli w stanie nakryć go na tym

— Jaką masz pewność, że u was nie był? A przychodząc do mnie, byliście na tyle uprzejmi, by zebrać nas w jednym miejscu, ułatwiając mu właściwie wszystko, na co tylko miał ochotę — nasilające się przeczucie, nie dawało za wygraną — Jesteś pewna ich, całej trójki? — Widziałam wrogość na twarzy Ruby, która dopiero miała dać upust swojemu oburzeniu

— Oczywiście, że jestem ich pewna! To moi przyjaciele, których znam od dawna — Było bardziej niż oczywiste, że tak powie, właściwie sama nie wiedziałam, po co o to pytałam, skoro z góry znałam odpowiedź. Nie widziałam więc sensu w dzieleniu się z nią swoimi myślami. Każdy z nas został zaatakowany, będąc w różnych czasach. Tylko Lina nie. Ona potrafi podróżować w czasie, co także mi się nie podoba i w odpowiednim momencie, będę musiała się tym zająć, i nikogo z nią nie było, gdy my zostaliśmy zaatakowani. Nie ma alibi, świadka, niczego co przemawiałoby na jej korzyść. Plus, nie lubię jej. Jednak to by było zbyt wygodne, zbyt łatwe i zbyt oczywiste

— W takim razie zapomnij, że pytałam. I dla własnego dobra ogranicz kontakt nie tylko ze mną, ale również z tymi, których nazywasz swoimi przyjaciółmi — przeniosłam nas w czasie, obie, do teraźniejszości, by samej bez słowa znowu przenieść się i zostawić Ruby samą. Należało jak najszybciej pozamykać niektóre sprawy tak, by nie zaprzątały niepotrzebnie głowy.


<Ruby?>

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 11

Od Apolonii do Ruby


Jak udało mi się dowiedzieć, wystawny bankiet w rodzinnej rezydencji, mający na celu wyłonienie ewentualnych przyszłych parobków ojca, których on nazywając wspólnikami, mamił, by przystąpili do niego, spełnił swoje zadanie wyśmienicie. Znalazło się kilku głupców, którzy zaślepieni słowami ojca zainteresowali się układem, a jednym z nich okazał się rożowowłosy brat Ruby Wade. Już sam fakt, że pomyślał, że to będzie współpraca jak równy z równym, pokazuje, jak skrajnym idiotą on jest. Takich jak on, mój ojciec zjada na przystawkę. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, tak samo jak wielu przed nim i tak samo jak wielu po nim, zostanie pożarty w całości, nie zostanie po nim nawet najmniejszy ślad. Mimo wszystko musiałam trzymać rękę na pulsie, nasza odwieczna gra, w której jeden wykorzystuje drugiego, ile się da, cały czas trwa, ojczulek mógł wpaść na jakiś wspaniały w jego mniemaniu pomysł wplątujący mnie w całą intrygę, w którym nie będę mogła nic zyskać, a ja zdecydowanie nie mam ochoty na taki wolontariat. Swoją drogą moje ostatnie nieposłuszeństwo wobec ojca nie odbiło się echem w postaci konsekwencji, których byłam właściwie pewna. Bo ojciec jest osobą, która zawsze musi mieć ostatnie zdanie w każdej sprawie i dyskusji, a wszelkie przejawy swawoli należycie piętnuje. Nie mogę powiedzieć, że wyczekiwałam wyroku z utęsknieniem, ale byłam zdecydowanie gotowa na niego, żeby pokazać ojcu, że nie jestem już tą małą dziewczynką podatną na jego wpływy, że musi się ze mną liczyć, jeśli cokolwiek ode mnie chce ugrać.

   Jednocześnie miałam inny problem, nasz prześladowca rozochocił się i poczynał sobie coraz bardziej bezczelnie i otwarcie, czego potwierdzeniem był kolejny trup. Wyciągnęłam karty tarota, które ostatnimi czasy leżały bezczynnie na półce, czekając, aż postanowię przyjrzeć się im bliżej. Ta podpisana moim imieniem najbardziej mnie interesowała. Kobieta siedząca na kamiennym tronie z trójzębem w dłoni bardziej przywodziła na myśl Posejdona lub morskiego potwora niż królową, cóż za ironia, że potomek anioła najwyższej z triad, stworzony ze światła, będzie porównywany do bestii zrodzonej z ciemności.

***

   Nie trzeba było długo czekać, ojciec zorganizował następne przyjęcie, tym razem w kameralnym gronie, wybranych, którzy mają realną szansę na współpracę z nim. Gdy i ja dostałam wiadomość o wyczekiwanej mojej obecności, miałam już pewność, że ojciec nie zapomniał o mnie. Po prostu czekał na odpowiedni moment. Ojciec wszedł na podest orkiestry, która momentalnie przestała grać, właśnie w tym momencie miało rozpocząć się przedstawienie, które z pewnością wyjaśni zagadkę mojej obecności w czasie tej farsy

- Wznoszę toast, za przyszłą współpracę, ale i za moją córkę, która niedługo ma urodziny — spojrzał w moją stronę i uniósł aktorsko kryształowy kieliszek z szampanem, wszyscy wokół niczym wierne kopie natychmiast zrobili to samo, jedynie ja stałam w bezruchu, jakbym była kompletnie głucha na jego słowa. Już po chwili stał przede mną z wyciągniętą dłonią z drugim kieliszkiem. Wzięłam go od niego i nie odwracając wzroku, celowo upuściłam na ziemię, by roztrzaskał się w drobny mak.

- Nie wiem, co zamierzasz, ale przyszłam tu tylko po to, żeby ci powiedzieć, że nie masz nade mną władzy. W niczym ci nie pomogę, nic dla ciebie nie zrobię. Nie jestem od ciebie zależna i już nigdy więcej nie będę twoim parobkiem, kundlem, na którego chcą awansować wszyscy tu obecni. Śmiało wybierz sobie jednego, bo akurat zwolnił się etat — po sali przeszła fala oburzonych szeptów, natomiast ojciec wpatrywał się we mnie wściekły. Nie dość, że naraziłam go na nieprzychylne spojrzenia potencjalnych podwładnych, to co gorsze podeptałam jego dumę, podważyłam jego niezachwiany autorytet, posłuch, którym się tak szczycił. A to wszystko przed wystawną kolacją, do której mieliśmy zasiąść zgodnie przy jednym stole.

- Udam, że tego nie słyszałem, więc wypij ze mną ten cholerny toast — próbował mówić opanowanym tonem, być może inni dali się nabrać, ale mnie nie był w stanie oszukać, wściekłość aż z niego kipiała i gdyby tylko mógł, pozbyłby się mnie dokładnie w tym momencie, ale nie mógł tego zrobić, czego doskonale oboje byliśmy świadomi. Nie miał jeszcze nikogo, kto mógłby zastąpić mnie i moje umiejętności. Z drugiej strony, nie mógł mi odpuścić, nie przy tym całym zgromadzeniu, które właściwie na wdechu czekało na najlepiej publiczne wyciągnięcie konsekwencji i egzekucję. Jeśli tego nie zrobi, osłabi swoją pozycję, pokaże, że skoro nie radzi sobie z własną rodziną i mi, jego córce, zwykłej kobiecie taki wyskok zostanie puszczony płazem, to oni też będą mogli sobie bezkarnie na więcej pozwolić.

Po sali bankietowej przeszła kolejna fala szeptów, jednak tym razem bardziej nerwowych. Czułam, jak za mną pojawiła się męska sylwetka emanująca mroczną aurą, która mimo moich obcasów znacznie górowała nade mną. Doskonale wiedziałam kto to, ciemnowłosy był też doskonale znany mojemu ojcu, który przybliżył się nieco do nas, jednak nie ośmielił się mi nic zrobić. Miał świadomość, że gdyby choćby mnie dotknął, na miejscu czekałaby go dekapitacja, czego wielokrotnie był świadkiem zarówno on jak i wiele osób obecnych na sali. A ci, którzy nie widzieli na własne oczy, słyszeli plotki obrastające właściwie do rangi legendy. Znana publicznie twarz płatnego zabójcy, również przez służby ścigania, który miał na swoim koncie według obiegowych informacji kilkaset głów, a nigdy nie został złapany i któremu nic nie udowodniono, bo było za mało wiarygodnych świadków jak i niepodważalnych dowodów, była wystarczającym powodem, by darowali sobie jakiekolwiek późniejsze szumy z powodu braku wyciągniętych konsekwencji wobec mnie. Poniekąd tym zagraniem pomogłam ojcu, należało jednak mu przypomnieć, że wychował mnie, o ile można to nazwać wychowywaniem, na swoje podobieństwo. I że tak jak on zrobię wszystko, żeby postawić na swoim. Tak więc właśnie ten płatny zabójca, którego twarz zdobi listy gończe porozwieszane w całym kraju, był moją osobą towarzyszącą, robił za mojego ochroniarza. I był jedną z nielicznych osób, której mój ojciec nie był w stanie przekupić, a wszelkie groźby w jego stronę przyniosłyby mu niechybną i jakże bolesną śmierć.

- Twój kundel nie zawsze będzie stał za tobą, pamiętaj o tym, ja zaczekam, mam czas

- Nie masz czasu, tak się składa, że czas jest po mojej stronie, ojcze. Ty nigdy nie byłeś jego panem, jedyne co potrafiłeś to wysługiwać się moją matką, a później mną – każdy wokół chciał chociaż trochę wyłapać z naszej rozmowy, oboje jednak pilnowaliśmy, żeby słowa, które padały między nami, nie docierały do nieodpowiednich uszu. W jednym na pewno się zgadzaliśmy, informacja to potęga, która może być boleśniejszą amunicją niż broń czy pieniądze. To ona, stojąc schowana za linią frontu, budowała mocarstwa, ale także sprawiała, że inne upadały.

Gdy zasiedliśmy do kolacji cisza między mną a moim ojcem, była wielce wymowna, a ciężka atmosfera udzieliła się właściwe wszystkim. Towarzyszący mi mężczyzna siedział obok mnie i pilnował, aby ojcu nie przeszło przez myśl nic, czego mógłby później bardzo żałować. Właściwie to dzięki niemu nikt nawet nie próbował do mnie podejść, stanowił niejako mur, który skutecznie i na moją wyraźną prośbę odgradzał mnie od reszty świata, świata, który tak bardzo łaknął towarzystwa mojego ojca. Przy stole oprócz mnie, mojej pary i niego, siedziało jeszcze dwanaście osób, byli to właśnie domniemani partnerzy ojca jak i osoby towarzyszące niektórych z nich.

- Miejsce ochrony jest przy drzwiach, na wycieraczce, nie przy stole, wszystkich bez wyjątku – w końcu odezwał się mój ojciec, wiedziałam, że będzie się chciał go pozbyć w jakiś subtelniejszy sposób niż wywleczenie go za fraki, wiele i tak by to mu nie pomogło, gdyby mężczyzna wyczuł zagrożenie, pojawiłby się przy mnie w ułamku sekundy. Przełknęłam spokojnie i zamoczyłam usta w czerwonym winie.

- Tak się składa, że Diego jest moją osobą towarzyszącą, tak samo jak te wszystkie kurwy, które pozwoliłeś posadzić przy tym stole, z tą różnicą, że on się nie puszcza – mój chłodny głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, mój ojciec zacisnął szczękę ze złości, to była jego jedyna reakcja, na twarzach większości kobiet, gdybym się rozejrzała, z pewnością mogłabym ujrzeć oburzenie i jak niezbyt dyskretnymi szturchnięciami, próbowały nakłonić swoich towarzyszy do bronienia ich honoru, ci natomiast nie byli zbyt wyrywni do tego. Diego natomiast nawet nie przerwał kolacji, cały czas spokojnymi ruchami jadł zamówionego przez siebie homara, co mogło u niektórych, zwłaszcza tych tchórzliwych wywołać nieprzyjemne dreszcze, trzask miażdżonych kleszczami szczypiec z pewnością nie jednemu mógł przypominać dźwięk łamiących się kości, a w zestawieniu z ciszą, która podkreślała dźwięk jak i z obojętnym wyrazem twarzy seryjnego mordercy, którym zresztą był, przyprawiać o palpitacje serca. Ja także wróciłam do jedzenia. Dość długo można było słyszeć tylko dźwięk sztućców, nikt nie odważył się przerwać tej ciszy. Dopiero gdy kolacja dobiegała do końca, w końcu jeden z gości ojca odezwał się

- Kolacja wyborna – niski, głęboki głos zwrócił uwagę większości obecnej w pomieszczeniu, był to brat Ruby. Nawet nie patrząc na ojca, wiedziałam, że podjął on decyzję, której oczywiście nie powie głośno, a już na pewno nie teraz. To z nim zamierzał pójść na układ, resztę zamierzał zwodzić i wykorzystywać jak długo się dało. Z jednej strony mogło to oznaczać, że nie wytrzymał presji ciszy, była ona zabójcza dla niego i wykończony psychicznie po prostu potrzebował jakiejkolwiek rozmowy. Jednak, gdyby tak było, nie miałby w ogóle szansy, by siedzieć dziś przy tym stole. Ojciec już na starcie odrzuca płotki, które nie mają zbyt mocnych nerwów, takie przecież do niczego się nie nadają. Zico Wade zdał test, właśnie odzywając się, jeśli on nie dogada się z moim ojcem, to nikt z tutaj obecnych nie ma na to najmniejszych szans.

- Przekażę kucharzom twoje uznanie – ojciec przetarł serwetką usta, nie bawił się w żadną kurtuazję i od razu przeszedł na ty, w końcu każdy z nich tutaj był, żeby to jemu się podlizywać, nie na odwrót. Jego kelner natychmiast znalazł się koło niego i zabrał mu pusty talerz, a zamiast niego postawił kieliszek z whisky.

- Swoją drogą, skoro poniekąd świętujemy tutaj przyszłe urodziny mojej córki, Apolonio, mam coś dla ciebie moja droga – znowu zwrócił się do mnie. Coś zdecydowanie za bardzo zwracał na mnie swoją uwagę, a to nie mogło się dobrze skończyć – Wiem, jakie jest zamiłowanie twoje do sztuki, głównie malarstwa. Nie zechcesz nam przybliżyć nieco historii twojego prezentu? – Spojrzałam na postawiony na specjalnym podniesieniu obraz, który do tej pory był zakryty złotym jedwabiem, był on oczywistym falsyfikatem, doskonale to wiedziałam, bo oryginał wisi u mnie w apartamencie na ścianie. I ojciec też o tym wiedział, więc po co była ta cała gierka?

- Lamia z żołnierzem, olej na płótnie Johna Williama Waterhousa, namalowany w 1820 roku. Wymiary około 144 na 90 centymetrów – wyrecytowałam, znałam ten obraz na pamięć, byłam przy tworzeniu oryginału, a kopię, którą sprezentował mi ojciec, bezczelnie wmawiając wszystkim wokół, że to pierwowzór, wykonałam własnoręcznie, nie musiałam nawet patrzeć, by podać każdy możliwy szczegół. Ale nie zamierzałam chwalić się tą wiedzą. Obraz za to wzbudził pewną sensację, w końcu to jest dzieło bardzo znanego artysty, nie łatwo jest je obejrzeć na żywo, gdyż należy do prywatnej kolekcji, nie mówiąc już o kupnie. Przynajmniej autentyk, za którego wszyscy brali wykonaną przeze mnie replikę. Obecni szeptali między sobą, wyrażając swój zachwyt nad nim. Zabawnie było słuchać, jak komentowali coś, na czym się kompletnie nie znali, udając wielkich znawców. A brat Ruby nie był tu wyjątkiem, kątem oka widziałam, jak uważnie przygląda się obrazowi i szepce coś do swojej towarzyszki. Przymknęłam oczy. Miałam dość tej całej szopki, farsa zaczęła mnie już nużyć, więc to był wyraźny sygnał, że powinnam się zbierać. Ale jeszcze nie dowiedziałam się, co było prawdziwym powodem, dla którego musiałam uczestniczyć w tym cyrku.

***

    Zdobycie numeru było banalnie proste, więc nie w tym tkwił problem. Dość długo zbierałam się w sobie, żeby zrobić z niego użytek, zastanawiałam się po prostu, czy będzie mi się to opłacać. Co będę z tego miała, że ich poinformuję. Szansa, że się ode mnie w końcu odczepią i tak nieubłaganie malała, skoro już i tak kręcili się przy mnie cały czas, należało ich wykorzystać w jakiś odpowiedni sposób. W końcu to w ich interesie leży, żeby Zico nie bratał się z moim ojcem, jeśli mieli z nim na pieńku, co widziałam na własne oczy, ich problem mógł gwałtownie urosnąć, niczym potwór. Nikt nie chciał być wrogiem mojego ojca, oni także nie, nawet jeśli nie byli tego jeszcze świadomi. A to niechybnie się stanie, jeśli mój ojciec połączy siły z bratem Ruby. „Zico Wade” Napisałam tylko te dwa słowa, Ruby powinna się domyśleć, o co chodzi, w końcu sama miała przyjemność zetrzeć się z nim na pseudo przyjęciu charytatywnym, na które się włamała. Nie zastanawiając się dłużej, wysłałam wiadomość z numeru na kartę, który wcześniej kazałam sobie kupić na kompletnie obce dane. Na odpowiedź też nie musiałam czekać długo, w wiadomości szereg charakterystycznych cyfr tworzył szyfr, wrzuciłam go do programu dekodującego i już po chwili miałam informację, gdzie i kiedy Ruby proponuje spotkanie.

***

- Widzę, że nauczyłaś się czegoś od ostatniego razu – z zadowoleniem stwierdziłam, że była sama. Tak przynajmniej na pierwszy rzut oka. Reszta mogła ukryć się w jakiejś zakurzonej norze, ale na tę chwilę nie interesowało mnie to. Jeśli mieli ochotę podsłuchiwać, niech podsłuchują.

- Powiedzmy. Ta sprawa już nie dotyczy reszty, tylko mnie, bo to niestety z moim bratem byłaś na spotkaniu – tak właściwie to była kolacja, a jej brat był jednym z wielu, ale nie musiała tego wiedzieć. Niech myśli sobie co tylko chce, nie zamierzałam wyprowadzać jej z błędu, bo i po co?

- Macie problem – uniosłam kpiąco kącik ust, zdecydowanie mieli problem, nawet się nie spodziewała jak duży – bo to nie ja się z nim dogadałam, tylko mój ojciec. A on? On jest najgorszym z możliwych wariantów, na jaki mogliście trafić – zdecydowanie bardziej woleli, żebym to ja się z nim sprzymierzyła. Niestety w życiu nie zawsze dostajemy to co wolimy.

- Zależy czy twój ojciec tez coś do nas ma. O ile jestem pewna, nie spotkaliśmy się z nim nawet. A nie sądzę, by na prośby Zico chciał nam cos zrobić – Ruby była taka naiwna, sądziła, że skoro nie spotkali nigdy mojego ojca, to jakkolwiek ich to ochroni. Wręcz przeciwnie, nie są w stanie pokazać mojemu ojcu swojej wartości, więc jeśli padnie propozycja, żeby się ich pozbyć, nawet nie mrugnie okiem, nic nie będzie w stanie ich ocalić. Rozpoczynając od Cherubiny Wade, kończąc na jakże urzekającej Linie Caro.

- On to zrobi z czystej przyjemności, a jeśli dodatkowo twój braciszek da mu coś za to, tym większą satysfakcję będzie miał. Bo pozbycie się kogoś nie jest dla niego najmniejszym wyzwaniem, zrobi to o tak – pstryknęłam palcami – nawet jeśli będę to ja – obserwowałam dokładnie twarz Ruby, celowo to powiedziałam, chciałam zobaczyć jak zareaguje

- Nawet ty – powtórzyła cicho – Co zainteresowałoby twojego ojca, by Zico mógł skorzystać z jego usług? – sama byłam ciekawa, czym jej brat mógł się poszczycić, że przykuł uwagę mojego ojca

- Pytanie powinno raczej brzmieć, co twój brat ma mu do zaoferowania, żeby mój ojciec użyczył mu swojej mocy i wpływów. Bo on może się wydawać, że kieruje się zwykłą zachcianką, chwilowym kaprysem, ale jeśli nie będzie widział zysku, choćby długofalowego nie kiwnie palcem – ojciec właśnie taki jest, służba ludowi nie jest celem w jego życiu, wszystko co robi, opiera się na korzyściach. Żeby zyskać jak najwięcej, najlepiej jak najmniejszym kosztem wykorzystując wszystko i wszystkich wokół.

- Narkotyki i ludzi uzależnionych od jego narkotyków – odparła, to akurat wiedziałam, dokładnie o te narkotyki spierają się z Cherubiną, każdy z nich chce być lepszy od tego drugiego, mieć większe wpływy. To takie zabawne, każdy z nich liczy na to, że może coś znaczyć, tymczasem oboje to bezsilne robactwo – I bronie, w tym na pewno tez siedzi

- Bandą uzależnionych patałachów ojciec się nie zainteresuje – głośno myślałam – broni też nie potrzebuje, nie handluje nią, a swoich ludzi wyposaża już w bardzo wiarygodnym i sprawdzonym miejscu. Musi chodzić o coś jeszcze – zdecydowanie musiało chodzić o coś jeszcze. To, że Zico zdał test ojca, nic nie oznaczało, żeby w ogóle miał szansę do przystąpienia do niego, musiał czymś zainteresować ojca, czymś, co mogło mu się przydać, ale nie było na tyle niebezpieczne, żeby zamiast się od razu go pozbyć, zacząć współpracę. Bo jeśli ojciec wyczułby, choć cień oddechu konkurencji na plecach momentalnie by się z nią rozprawił, póki była jeszcze w powijakach.

- Niestety nie wiem, czym para się mój braciszek teraz. Niezbyt to mnie interesowało… ale podejrzewam, że to coś leży już i tak blisko jego obecnych branż – naprawdę była aż tak głupia, żeby się tym nie interesować? Nie chciała wiedzieć, z której strony jej braciszek może ją zażyć? Albo na starcie oddawała walkę walkowerem, albo nie traktowała poważnie swojego śmiesznego biznesu.

- Kolejny dowód na to, że się nie nadajesz na czarnorynkowego gracza. Twoim obowiązkiem jest wiedzieć, jakie twój przeciwnik wykonuje ruchy, żeby być kilka kroków przed nim, tymczasem bez podstawowej, chociaż wiedzy jesteś całkiem w tyle – wiatr nieco się wzmógł przyciągając ciemne chmury. Otwarta przestrzeń, na której się znajdowałyśmy, nie licząc świstu wiatru całkiem ucichła. Nawet jeden ptak nie przeciął nieba, nie było słychać dźwięku cykady. Wszystko wskazywało na to, że coś się zbliżało, coś, przed czym sama natura wolała się schronić.

- Ach, w takim razie kim jest on dla ciebie? Czy to chociaż masz pojęcie co on może zrobić jeśli wywęszy okazję?

- Twój braciszek? Jest dokładnie taką samą pluskwą jak i wy, z tą różnicą, że jemu być może uda się nawiązać współpracę z moim ojcem. Mimo to niczym nie jest mi w stanie zagrozić. A gdy odważy podnieść swój zapchlony łeb zbyt wysoko, pokaże mu, że jego miejsce jest co najwyżej u moich stóp

- Ha! – zaśmiała się – jednak masz jakieś poczucie humoru. Jeśli tak się stanie, to daj znać, chętnie popatrzę – mogła się śmiać, ona, cała jej zapchlona banda, ale też jej braciszek. Nie zmieniało to faktu, że nawet razem nie mogą się nawet ze mną równać, nie mówiąc

- Taka przyjemność niestety kosztuje, nic nie ma w życiu za darmo

- Ty potrafisz ze mnie tylko zdzierać. A ja już ci mówiłam, nie mam pojęcia, co on mógłby chcieć od wa… - urwała nagle, wiedziała coś lub się domyślała, czym niekoniecznie chciała się ze mną dzielić, niestety musiałam ściągnąć ją na ziemię, zdusić jej płonne nadzieje już w samym zarodku, żeby czasem nie wpadło jej do głowy, że posiadaną w jej mniemaniu przewagę nade mną, która w rzeczywistości nią nie miała nawet szansy być, może do czegoś wykorzystać. – teraz nawet wiatr ucichł, ciężkie chmury zawisły nad naszymi głowami, można było odnieść wrażenie, że niebo jest dużo niżej niż zwykle.

- Ja doskonale wiem, czego on chce, nie mam nawet złudzeń. Tylko czy jest w stanie zapłacić mojemu ojcu na tyle dużo, żeby zaakceptował jego prośbę? Co takiego twój żałosny braciszek może zaproponować osobie, która ma dokładnie wszystko? I jak dużo wy jesteście w stanie dać mi, żebym mu tego nie dała zamiast niego? Bo to, że próbuje dogadać się z moim ojcem, nie jest w żaden sposób wiążące, równie dobrze może próbować negocjacji, które a nuż okażą się bardziej perspektywiczne, z kimś innym. A ja, dokładnie tak samo jak mój ojciec, nie będę miała sentymentów. Jeśli Zico złoży mi korzystną ofertę, ale będzie chciał się was w zamian pozbyć, nic was nie uratuje. Jednego po drugim, po prostu zabiję was.


Ru?

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 10

 Od Apolonii do Ruby


 Karty tarota, które niedawno znalazłam w swojej poczcie leżały rzucone niedbale na półkę razem z dokumentacją o autopsji moich ludzi. Przez tę bandę przybłędów problemy nawarstwiały się mi jeden na drugim, na dodatek bezczelnie zrzucali na mnie odpowiedzialność za wszystko jak i swoje obowiązki – Powinnam je oddać do schroniska – mruknęłam do siebie, przeglądając stronę internetową z akcesoriami dla zwierząt. Mogłam co prawda zlecić Ellie załatwienie tego, w końcu bez mrugnięcia okiem wykonywała wszystkie moje, nawet najpodlejsze polecenia. Jednak z jeszcze większą radością donosiła wszystko ojcu, a takie nietypowe zachowanie z pewnością wzmożyłoby jej czujność więc i ojczulek by o tym wiedział. A ja nie miałam pewności czy i on w to nie jest zamieszany, po nim mogłam się zdecydowanie wszystkiego spodziewać, włącznie z tym, że naśle zabójców na córkę, którzy mieli ją nastraszyć, odmówiłam ostatnio wykonania jednego zlecenia, nie miał nic, co mógł mi zaoferować w zamian. Zdawałam sobie sprawę, że wypowiedzenie posłuszeństwa nie jest dobrym posunięciem, ale on także wiedział, że beze mnie traci zdecydowanie za dużo, nie mógł sobie, przynajmniej chwilowo, pozwolić na pozbycie się mnie. W tym przypadku lepiej było, żeby jak najmniej wiedział, nie chciałam sprowadzać sobie na głowę następnych trudności.

   Kliknęłam ikonę koszyka, ale nie zapłaciłam za zakupy. Jeśli Mikołaj chciał, żebym zajmowała się jego zwierzyńcem, a nie przyniósł nic do opieki nad nimi, sam będzie musiał opłacić rachunki za ich utrzymanie, a postarałam się, aby były spore. Bez ceregieli przesłałam fakturę do opłacenia na jego konto, nawet się nie podpisując i zamknęłam laptopa. Teraz pozostawało jeszcze umieścić koty w jakimś miejscu, by nie musiała ich oglądać.

   Gdy w końcu pozbyłam pierwszego, a zarazem najmniejszego problemu mogłam zająć się następnymi. Miałam na głowie poważną wystawę i jeszcze ciekawszy skok, nie miałam czasu na użeranie się z oszołomem, trzeba było pozbyć się go jak najszybciej, żebym w pełni mogła skupić się na przygotowaniach. Jakby tego było mało, za parę dni jest organizowana coroczne przyjęcie u ojca, pod pretekstem balu charytatywnego, na który patrzyło całe Ortum, szukał ewentualnych chętnych, którzy byliby na tyle przydatni, by do niego dołączyć. Na moje nieszczęście, musiałam się tam pojawić nie tylko jako dziecko rodziny Maschera, jeśli to byłby jedyny powód, zapewne moje zaproszenie już od dawna leżałoby w koszu. Niestety moje nieudolne szefostwo stwierdziło, że będę najlepszym kandydatem na reprezentowanie galerii, na bankiecie ojciec postanowił zorganizować aukcję, z której środki zostaną przekazane na cele charytatywne. W tym roku wymyślił taki sposób na zapewnienie sobie mojej obecności. Szefostwo, wybierając mnie, zapewne liczyło na hojność mojego ojczulka, mogą się stanowczo przeliczyć.

   Przyjrzałam się dokładnie kartom tarota, Mikołajowi pasowała idealnie. Jednak nie to przykuło moją uwagę, każda karta, nie licząc dwóch z jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie jeszcze kodem, była podpisana. Tylko że część z nich była podpisana pełnym imieniem, a część nie, Lina to było zdrobnienie, a moja karta podpisana była moim pseudonimem, przezwiskiem, które nadał mi ojciec. Mało kto z niego korzystał, to wiele mówiło o osobie, która podesłała jakże sentymentalny prezent. Musiał to być ktoś blisko, lub na tyle wpływowy, by mieć wtyki u mojego ojca, co nie było łatwe. Zwykle tacy zdrajcy przed śmiercią długo żałowali, że się w ogóle urodzili, co mocno odstraszało ewentualnych kolejnych śmiałków. Musiałam brać też pod uwagę, że Ruby i jej znajomych, także nazywali mnie w ten sposób, najwidoczniej Chrystian wyczytał to w moich myślach i zapoczątkował trend nazywania mnie w ten sposób przez ich bandę, tak więc od nich też mógł wydobyć informację. Sama nie wiedziałam co gorsze, wtyka w rodzinnym interesie, kłopotliwa i zdecydowanie niewygodna ze względu na swoją mocną pozycję czy też szczur zdobywający informacje od Ruby i całej reszty, co również może być problematyczne przez umiejętność Chrystiana, przed którą ciężko może mi być, się ochronić.

   Ostatnie poprawki. Krwistoczerwona uszyta na miarę i specjalnie przygotowana na ten wieczór sukienka leżała na mnie idealnie. Zresztą jak wszystko, co wychodziło spod ręki tego projektanta. Siedząc przed lustrem, skropiłam jeszcze nadgarstki bajecznie drogimi perfumami i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Gala już się zaczęła, więc pokazowe spóźnienie można uznać za odhaczone, nie mogłam jednak liczyć, że przejdzie to bez echa zarówno w jutrzejszych gazetach jak i w oczach ojca, chciał, żebym witała z nim gości, a być może urokiem osobistym i głębszym dekoltem przekonywała tych bardziej opornych do współpracy z nim. Uśmiechnęłam się na samą myśl, jak wściekły musiał być, gdy przekazali mu informacje, że mnie jeszcze nie ma i szybko się nie zjawię.

   Bankiet trwał w najlepsze, spora orkiestra przygrywała w tle jakąś niezbyt skoczną, a jednak na tyle żywą muzykę by chętni mogli do niej tańczyć, kelnerzy roznosili szampana w pozłacanych kieliszkach na złotych tacach, stoły zastawione jedzeniem i oczywiście także złotą zastawą aż uginały się pod jego ciężarem, jednym słowem kicz, którym zwykłe pospólstwo, a w głównej mierze ono się tu zgromadziło, się zachwyca i uważa za symbol luksusu.

   Aukcja prowadzona była w dość nietypowy sposób, nie była ona otwarta, pod publikę. Każdy, kto chciał licytować, musiał znaleźć mnie osobiście i podać licytowaną kwotę, dzięki temu nikt nie wiedział, kto bierze udział w licytacji, ale też nikt nie będzie wiedział, kto jest zwycięzcą, poza samym zainteresowanym i mną oczywiście. Ojciec jak zwykle brylował wśród towarzystwa, niby wielu z nich się domyślało o jego koneksjach z Mortems jednak nikomu nie przeszkadzało to w zabawie razem z nim, gwiazdy, politycy, wszelacy stróże prawa od zwykłego posterunkowego po sędziów, a nawet wysoko postawieni duchowni praktycznie wszystkich wyznań, którzy myślą, że automatycznie stają się anonimowi gdy tylko zdejmą koloratkę czy co tam noszą.

   Porwał mnie do tańca, było to jego pięć minut, kiedy bez przerywania mógł ze mną porozmawiać, doskonale wiedział, że nie ma więcej czasu. Byłam odpowiedzialna za jego aukcję, a ja sama też nie rwałam się do tego, by spędzać rodzinny wieczór. — Miałaś być wcześniej, zapłacisz za to— to były jego pierwsze słowa, które padły w moim kierunku. Oskarżenie i powiadomienie o karze, stary system, który funkcjonuje w naszym domu, odkąd pamiętam. Nie interesowało go moje wytłumaczenie, powód był nieistotny dla niego. Kiedyś może bym się przejęła, jednak to już nie ten czas, a ja nie jestem tamtą zlęknioną dziewczynką — Musiałam dopilnować twojej licytacji, dopełnić wszelkich formalności, których tobie nie chciało się załatwiać, więc jak zwykle posłużyłeś się mną — odpowiedziałam gdy tylko skończył mną obracać, nie zamierzałam dać zrobić z siebie kozła ofiarnego. Doskonale widziałam, że chciał coś jeszcze dodać, o dziwo, w końcu to do niego zawsze należało ostatnie słowo, nie zrobił tego. W ciszy dokończyliśmy taniec, a gdy tylko utwór skończył się, natychmiast uwolniłam się od ojca. Coroczna szopka, czyli taniec ojca z córką mamy już za sobą więc istniała spora szansa, że nie będę musiała już go dziś oglądać z bliska.

— Nie śpieszyło ci się — syknęłam zła do ciemnowłosego mężczyzny, który właśnie usiadł obok mnie przy stoliku. Moja osoba towarzysząca. Nonszalancko poprawił marynarkę, która swoją drogą kompletnie nie nadawała się na takie przyjęcie, zwłaszcza że nie ukrywała kabury z bronią, z którą on nawet się nie krył. Jak zwykle zamierzał odegrać swoje przedstawienie. Zlustrował mnie wzrokiem, bezczelnie zatrzymując się dłużej na piersiach — Gdybyś nie był, taki dobry jak myślisz, już dawno wyleciałbyś na zbity pysk — oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest to prawda, co skrzętnie wykorzystywał. — Nie tylko ty lubisz efektowne wejścia — jak gdyby nigdy nic wziął swój kieliszek i upił łyk szampana — Przez ciebie musiałam tańczyć z ojcem — chwilowo mogliśmy pozwolić sobie na taką rozmowę, przy naszym sześcioosobowym stoliku byliśmy sami, nie było więc niepotrzebnych par uszu, które z chęcią by chłonęły zasłyszaną plotkę. A moja niechęć do ojca i dramaty naszej rodziny z pewnością by niektórych zainteresowały. Przez chwilę zapanowała między nami cisza, musiał zdawać sobie sprawę, że nie był to najszczęśliwszy moment mojego życia. Nagle przed moją twarzą pojawiła się czyjaś dłoń z talerzem, jedna z kelnerek położyła danie przede mną, nie zwróciłabym na nią kompletnie uwagi, gdyby nie doskonale znana mi blizna. Czy oni nie mogą zrozumieć, że lepiej dla nich będzie, jeśli będą omijać mnie szerokim łukiem? Jak widać to warcholstwo jest niewyuczalne, ignorując zdziwione spojrzenie mojego towarzysza, wstałam i ruszyłam za Ruby Wade, nie było przypadkiem, że się tu wślizgnęła, a jeśli ona tu była to i reszta gdzieś musiała się ukryć. Złapałam ją za nadgarstek i pociągnęłam za sobą na półpiętro — Czego nie rozumiesz w zdaniu, nie chcę was więcej widzieć? — natychmiast się od niej odsunęłam, blokując jej zejście na dół — Twój kolega stalker odezwał się do ciebie? — Jeśli mi nie powiesz, kto tu jeszcze z tobą jest, każe przetrząsnąć ochronie cały bankiet i gdy was znajdzie, wylecicie szybciej, niż możesz sobie wyobrazić — rozsunęła ostrożnie poły swojego kelnerskiego mundurka i pokazała mi kartę tarota, królową mieczy, identyczną jak ja dostałam i podpisaną dokładnie tak samo — Nie wiedziałam, że rozdajesz autografy — od razu z powrotem schowała kartę, jakby bała się, że ktoś niepowołany mógł ją zobaczyć — Zamiast śledzić moją karierę zawodową, powinnaś sama zabrać się do pracy. Ojciec nie toleruje nierobów — nie podobało mi się, że coraz więcej rzeczy nas łączyło. Chciałam się od nich odciąć jak najszybciej, tymczasem wszystko się jeszcze bardziej plątało i gmatwało — Nie wiedziałam, że interesuje cię spirytyzm. Myślałam, że jesteś zbyt przyziemna na to. Ale dziękuję za kartki dla reszty — urocza mała Ruby próbowała być sarkastyczna — A tak szczerze powiedz jeśli też je dostałaś. Przeczuwałam, że coś ukrywasz — Ukrywam całą masę rzeczy, jak każdy. Nie widzę powodu, bym miała się z czegokolwiek ci spowiadać — była ostatnią osobą, której zamierzałam się z czegokolwiek tłumaczyć — Nie, nie spowiadać. Nie jestem księdzem. Chcę po prostu znać prawdę. Są podejrzenia, że zabójca jest po twojej stronie — prychnęłam, znowu zamierzamy się bawić w bezpodstawne insynuacje. Czy nie mogą pojąć, że gdybym to była ja to już od wielu lat byliby martwi? — Widzę, że znowu rzucasz pomówieniami — założyłam ręce na piersi — w takim razie pozwijcie mnie, skoro uważacie, że to ja zabijam — niech spróbują, mój adwokat rozniesie ich w pył, jedyne co im zostanie to to, co będą mieli na sobie. Nic więcej. — Nie. Źle zrozumiałaś. Zabójca to nie ty, ale ktoś od ciebie. Niekoniecznie o tym wiesz. — Nie macie kompletnie nic, żadnych dowodów, które obciążałyby mnie lub moje otoczenie. Beztrosko rzucacie oskarżeniami, nie będąc świadomym, że odbije się to wam czkawką, jeśli nadal będziecie mnie nachodzić, wystąpię o sądowy zakaz zbliżania się do mnie — ta rozmowa, tak samo jak i oni i ich idiotyczne gadanie, męczyła mnie. Ile razy mogę powtarzać im to samo? — Może byś w końcu przestała bronić swoich? Nie widzisz, że ten gach też na ciebie poluje? — Nawet jeśli, to większe szanse mam bez was — to oni przyczepili się do mnie jak rzep do psiego ogona, więc aktualnym priorytetem było pozbycie się ich, nie jest mi potrzebny balast, który muszę ciągnąć za sobą — A teraz ciap ciap, skończyło się wino przy moim stoliku — zrobiłam jej przejście, jeśli już tu jest, to niech robi to, co należy do jej obowiązków. Odprowadziłam ją wzorkiem, jak poszła do kuchni, a sama wróciłam do stolika — Mam to załatwić? — spytał poważnie mój partner, przeszło mi kiedyś przez myśl, żeby skorzystać z jego umiejętności, w końcu za coś mu płaciłam. Jednak ten problem nie wymagał jego zaangażowania. — Szkoda zachodu, poradzę sobie sama. Jak będę cię potrzebowała, to wiem gdzie szukać — wtedy usłyszeliśmy głośny trzask za nami, natychmiast się obróciliśmy, jeśli się nie myliłam to na podłodze leżało roztrzaskane Chateau Mouton Rotschild za ponad sześć tysięcy za butelkę, a Ruby właśnie próbując jakoś wmieszać się w tłum, chciała uciec. Kierowana impulsem wstałam i zamiast zająć się swoją kolacją, ruszyłam za nią. Bez wahania otworzyłam drzwi do pokoju służbowego, jako dziecko spędziłam w nim tyle czasu, że równie dobrze mogłabym powiedzieć, że to mój pokój — Nie dość, że wślizgnęłaś się tu nieproszona, to jeszcze demolujesz mój rodzinny dom — odezwałam się dopiero gdy zamknęłam drzwi na klucz, a ten, bezpiecznie znajdował się w mojej dłoni. Nie chciałam, aby ktokolwiek nam przeszkadzał. — Sami go sobie demolujecie, zapraszając ludzi nieodpowiednich do waszej klasy — jej bezczelność nie miała granic, tylko bóg raczy wiedzieć, o ile istnieje, czemu się jeszcze ich nie pozbyłam — Jedynymi osobami, które są w nieodpowiednim miejscu, jesteś ty i ci, z którymi tu przyszłaś. Nikt inny nie robi tu takiego syfu, który notabene powinnaś sprzątać, a nie robić. A to wino kosztowało ponad sześć tysięcy — ona takiej kwoty na oczy pewnie nie widziała, a tak beztrosko rozbija butelki jakby to była woda z kranu za parę groszy — Jeśli tak sądzisz, to brawo ty. Ale ja na twoim miejscu uważałabym na lafiryndziarzy z kolorowymi włosami, których twój tatuś sobie sprowadził. Narobią ci jeszcze większego bałaganu i niesławy — spojrzałam kpiąco na nią, nie wiedziałam co to, groźba, porada, cokolwiek to miało być, zdecydowanie nie zamierzałam brać tego pod uwagę — Skoro ty ich nie lubisz, to uwierz, dogadam się z nimi wyśmienicie — wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, czy jakoś tak. Ruby wyglądała, jakby nie przepadała za kimś, kogo tu zobaczyła, to tłumaczyło, czemu upuściła wino, mało tego, odniosłam wrażenie, że nawet się boi — Twój biznes na tym ucierpi, a ty skończysz jako szczebel średniej klasy — taki upadek mi nie groził, nie po tylu latach wyrzeczeń, doprowadzania wszystkiego do niemal perfekcji, nie wchodziło w rachubę, abym teraz musiała obcować z pospólstwem — Śmiem wątpić — tak właściwie nie miałam żadnych wątpliwości, nic ani nikt nie stanie mi na drodze, jeśli ktokolwiek będzie próbował strącić mnie ze szczytu, czeka go bardzo dotkliwy upadek z wysokości — W takim razie boleśnie się przekonasz — ruszyła w stronę drzwi, szarpnęła za klamkę, ale nie puściła. Uśmiechnęłam się kpiąco, ta rozmowa zakończy się wtedy, gdy ja będę tego chciała. — Czysto hipotetycznie — zaczęłam — gdybym także dostała takie karty, to co w związku z tym? – odwróciła się w moją stronę — To z pewnością chciałabyś wiedzieć, co jest na nich napisane szyfrem — pokazałam jej klucz od drzwi, aktualnie była tu ze mną zamknięta — Zakładając, że je dostałam to i tak się dowiem. Prędzej czy później, to tylko kwestia czasu — Raczej później. Jak już ktoś z tęczą na włosach cię pogrąży — Posłuchaj — usiadłam na jednym z wolnych krzeseł — ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, na co mnie stać. Jeśli będzie trzeba, pozbędę się każdego, komu przyjdzie do głowy mi zaszkodzić, wszelkimi kosztami. Wy, mimo że mnie irytujecie, jednocześnie bawicie mnie z tymi swoimi bezskutecznymi próbami, dlatego jeszcze możesz bawić się w te przebieranki — Zdaję sobie sprawę, że pogrążasz się w swoim towarzystwie. A ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Masz te karty — to było stwierdzenie, nie pytanie — Tylko ten fakt ukrywasz — czy ona nie słyszała hipokryzji, która z każdym słowem ją otaczała. Cały czas kręcili się wokół mnie, nie chcąc zostawić mnie w spokoju — Nie chcesz mieć z tym nic wspólnego, a cały czas usilnie chcecie mojej pomocy — Pomocy? — prychnęła — Chciałam tylko wiedzieć, czy wiesz coś o kartach. A teraz jestem pewna, że wiesz – szczyciła się tym, jakby co najmniej Amerykę odkryła — No i masz pewność i co ci z tego? — to, że się ze mną skontaktował, niczego nie dowodzi — Teraz możemy się przypatrywać, co ci się stanie, byśmy tego uniknęli — A jeśli to w drugą stronę pójdzie? I to ja będę podziwiać przedstawienie w pierwszym rzędzie? — Mylisz się. Co dwie głowy to nie jedna. Ty możesz mieć swoich speców od szyfrów, ale oni tylko podadzą ci hasło, a nie pomocną rękę, gdy jedną ci ktoś utnie — Oj Ruby, Ruby, tak bardzo nie doceniasz mnie — I znowu nie wiesz co, mówisz. To ja jestem z tych, co ręce ucinają, nie potrzebuję, jak to ładnie ujęłaś pomocnej dłoni — To moja pomocna dłoń czym była? — kolejna próba kpiny — i nie mów mi, że być sobie sama poradziła. Robiłaś aniołki we własnej krwi — Całe życie radziłam sobie sama, nie myśl, że jesteś mi do czegokolwiek potrzebna albo że zawdzięczam ci cokolwiek, nie potrzebuję od ciebie nic z wyjątkiem świętego spokoju.


<Ruby?>

Od Apolonie do Ruby / Od Ruby do Apolonie 9

 Od Apolonii do Ruby


— O proszę, piesek już wiernie broni swojej pani, urocze, ale jakże zbyteczne. Kuweciarz was zdradził — mój wzrok padł na kota, który właśnie bawił się jedną ze zmiętych kartek w rogu pomieszczenia — Wezwana przeze mnie ochrona dociera tutaj w niecałe pięć minut, wam zostały dwie, aby mnie przekonać, abym was im nie wydała. Włamanie, rozbój, usiłowanie zabójstwa, chyba nie myślicie, że tak łatwo się wywiniecie — wesoła jak i wyjątkowo denerwująca gromadka po raz kolejny wpakowała się do miejsca mojego pobytu niczym hiszpańska inkwizycja, tym razem jednak zdecydowanie przeciągnęli strunę. Początkowo mnie tylko irytowali, więc w zdecydowanej mierze ich ignorowałam. Teraz jednak zamierzałam się ich najzwyczajniej w świecie pozbyć. Jak śmieci. —Nie planowaliśmy cię zabić... — pierwszy odezwał się Chrystian, zaraz po nim jego mniej wydarzony, a zarazem bardziej uciążliwy braciszek także postanowił dorzucić swoje trzy grosze — W każdym razie, gdybyś jednak umarła, to byłoby to przez przypadek — parsknęłam śmiechem, słysząc ich żałosne tłumaczenie — Nie obchodzi to ani mnie, ani tym bardziej mojego prawnika, jeśli będzie mu się uśmiechać, oskarżyć was o usiłowanie zabójstwa, to was oskarży bez mrugnięcia okiem. Jedna minuta — wtedy Cherubina, niczym prawdziwy rycerz w lśniącej zbroi na śnieżnobiałym rumaku wystąpiła naprzód, zapewne by próbować coś ugrać. Cóż, próżny trud. Życie to nie bajka, gdzie książę ratuje uwięzioną księżniczkę, którą w tym przypadku odgrywaliby dwaj bracia — Odkąd wróciliśmy, cały czas malowałaś? - spytała — Nawet jeśli, to nie twój interes. Czterdzieści sekund — podniosłam z ziemi upuszczony przeze mnie wcześniej, pod wpływem nagłego ataku Chrystiana pędzel i włożyłam do odpowiedniego pojemnika — Owszem, mój. Poniekąd od sprawy ze sztyletem... — szybko przerwałam jej, zanim na dobre się rozkręciła, wszelkie paplanie było całkowicie bezcelowe — Nie, moje życie to nie jest sprawa publiczna. Mogę robić, co chcę, kiedy chcę i gdzie chcę, a ty nie masz najmniejszych kompetencji ani praw, by mnie wypytywać. Dwadzieścia pięć sekund — dlaczego nie mogli wynieść się z mojego życia raz a dobrze, nie chciałam ich w nim, to oni się wpakowali w nie bez pytania i za nic nie chcieli go opuścić — A gdyby cię obchodziło coś więcej niż tylko ty... Ktoś podpalił Mikołajowi dom i teraz głośno o tym w mediach. Prawdopodobnie podejrzewasz kto... dziesięć sekund, odliczam z tobą – musieli być bardzo zdesperowani, jednak nie zamierzałam im pomagać w niczym więcej. Nie po tym wtargnięciu i brutalnym przerwaniu mojego spokoju — Ale właśnie w tym tkwi szkopuł, kompletnie mnie nie to nie obchodzi. Nie obchodzi mnie co się z wami dzieje, to już naprawdę powinnaś zrozumieć dawno temu — I rozumiem. Dlatego, choć Chrystian popiera twoją niewinność, idealnie pasujesz do profilu sprawcy. Nie liczy się dla ciebie poklask mediów ani obca wyrządzona szkoda. Dlatego sądzę, że wiesz, kto za tym stoi — nie miałam pojęcia, dopóki nie raczyli się pojawić w moim mieszkaniu i wylać na mnie wiadro pomyj, nie miałam w ogóle pojęcia i zdecydowanie nie interesował mnie to, że domek jednego z nich właśnie spłonął, jednak nie musiała tego wiedzieć — Nawet jeśli wiem, to nic nie będę miała z tego, że wam powiem. I właśnie czas wam się skończył — zegar na ścianie nieubłaganie dobijał właśnie do pięciu minut, to właściwie była kwestia sekund, zanim pojawi się tu ochrona — Czas to pojęcie względne, kto jak nie ty powinien to wiedzieć. Ile kosztuje twoja prawda? — parsknęłam śmiechem — Nie stać was. A dla ciebie może i owszem, ale dla mnie to sprzymierzeniec, silniejszy niż możesz sobie wyobrazić — podeszłam do niej, nie spuszczając z niej wzroku — dlatego pożegnaj się ładnie ze wszystkimi — w ułamku sekundy musnęłam jej nadgarstek i przeniosłam nas w czasie



Ruby wyglądała na nieco oszołomioną, rozejrzała się dookoła i kiedy zauważyła, że jesteśmy same, desperacko oddaliła się ode mnie na kilka kroków — Ty i te twoje sztuczki... Naprawdę nie potrafisz bez nich załatwić spraw? — Potrafię, tylko po co — ze zmrużonymi oczami obserwowałam, jak gwałtownie odeszła — tak jest zabawniej, obserwować, jak pojedynczo popadacie w popłoch i zdezorientowani próbujecie się szamotać niczym zwierzyna w sidłach, co z góry jest skazane na porażkę — wyszczerzyłam się zadowolona — To tylko odbiera ci profesjonalizm. Tak czy owak, pośmiałaś się już? — przez moment miałam ochotę się napić, nie mogłam już słuchać jej paplania — Odbiera czy nie, twoja opinia kompletnie mnie nie obchodzi — wyszłam w pracowni, kierując się w stronę salonu — zdecydowanie nie jestem jeszcze usatysfakcjonowana, do tej pory traktowałam was jak robactwo, nieszkodliwe, któremu można pozwolić egzystować z dala od siebie. Jednak w momencie, w którym włamaliście się do mojego mieszkania, niezależnie od powodu, podpisaliście swój wyrok. Teraz tylko od was zależy co się z wami stanie — Ponieważ nagle zdałaś sobie sprawę, że nie jesteśmy tacy nieszkodliwi? Za bardzo na przeceniłaś, jak widać. Oszacowanie to nie jest twoja mocna strona — słyszałam, jak podążyła za mną — Mogłaś popytać kogoś lepszego w rachunkach o radę, zanim podrzuciłaś nam zapałkę — Nie — ucięłam krótko — dlatego, że zaczęliście mnie drażnić jeszcze bardziej, pozwalasz musze żyć, gdy lata na wolności, ale gdy wleci ci do domu, mimo że jest kompletnie nieszkodliwa, to jedyne, na co masz ochotę zrobić, to pozbyć się jej razem z tym jej irytującym bzyczeniem — machnęłam ręką, jakbym właśnie odganiała taką muchę — To ja należę do tego typu much, które pierw gryzą osobę zarażoną hivem, a potem siadają na twojej kanapce. Nie boję się śmierci, jeśli tym nam grozisz. Utniesz mi łeb, to wyrosną dwa kolejne — trzeba było przyznać, że była zabawna — Ależ nie, pracowitej mróweczki żal się tak szybko pozbywać, najpierw lepiej jest ją wykorzystać, ile się da, po co marnować czas niepotrzebne komplikacje, skoro w końcu sama padnie? - Wow, spokojniej — podeszła do mnie — W pięć minut awansowałam z robaka, na muchę, aż po mróweczkę. Nie rozpędzaj się. Raczej powiedz dlaczego, skoro jesteśmy twoimi mróweczkami, nas sabotujesz? — Roześmiałam się głośno na jej słowa — Ty? Nie kompromituj się, ty nadal jesteś robactwem, pracowitą mróweczką jest twój przyjemny kolega, który już jakiś czas temu zrozumiał, gdzie jest jego miejsce — Chrystian nie miał zbyt dużego wyboru, gdy szedł ze mną na układ, jednak nie ma już odwrotu — Mój "kolega" jest moją głową. Jeśli więc zechcę, odejdę a wraz ze mną i on. Na twoje szczęście mam jeszcze powody, by wytrzymywać twoje utrudnianie i podkładane kłody — Cherubina zbytnio rozpanoszyła się i całkowicie niepotrzebnie uważa się za kogoś liczącego się, należało szybko ukrócić jej zapędy — W takim razie, jeśli w ogóle będziesz w stanie, odejdziesz bez głowy — rozsiadłam się wygodnie na kanapie — On jest doskonale świadomy, co się stanie, gdy zerwie umowę, szczerze wątpię, ba, ja to nawet wiem, że nie będzie w stanie wykrzesać z siebie nawet śladowych resztek odwag — Nie znasz go... Znasz tylko tę część jego, którą pokazuje światu, czyli zalicza cię do ogółu. Chrystian jeszcze nieraz cię zaskoczy — Jego zdanie obchodzi mnie dokładnie tyle samo co twoje. Dopóki robi to, co do niego należy, poglądy może mieć, jakie chce. A aktualnie jedyną rzeczą, jaką może zrobić, aby się ode mnie uwolnić, to strzelenie sobie w łeb. Przemyśl sobie dobrze, co powiedziałam, ja w tym czasie muszę jeszcze trochę namieszać — uśmiechnęłam się kpiąco. W tym czasie Ruby spojrzała na zegarek — Nie byłoby nas już tu, wiesz? Byłabyś wolna od nas, lecz ciągle nam utrudniasz. To nie mówi dobrze o tobie i nie robi z ciebie mniej podejrzanej — czyli wróciliśmy go rzucania pomówieniami — Sami sobie utrudniacie, kompletnie nie umiecie dobierać przeciwników i zamiast powiedzieć sobie stop, rzucacie się na coraz głębszą wodę, nie umiejąc nawet utrzymać się na powierzchni. Albo dogadacie się ze mną, albo wszyscy, każdy po kolei w samotności, rozrzuceni na przestrzeni wieków, pójdziecie na dno, które was pogrzebie — Jakbyś nie zauważyła, próbujemy się właśnie dogadać — rozłożyła ręce — Jeśli oczekujesz koncertu życzeń, to nie masz na co liczyć — roześmiałam się na głos, jak mogła wierzyć w te bzdury, które opowiada? Kogo ona chciała przekonać tymi bajkami? — Włamanie się do mieszkania i atak jego właściciela, już nie wspominając o rzucaniu pomówieniami, z resztą kolejny raz, jest świetnym sposobem na rozpoczęcie udanych negocjacji — powiedziałam z przekąsem — aż dziwne, że z takim podejściem dopiero teraz ktoś postanowił was wyeliminować — zaśmiałam się kpiąco — Twój styl podpalania i bawienia się w czasie też jest niczego sobie. W sumie od tego się zaczęło. A może mam przypomnieć? — zabawa czasem owszem, ale bycie piromanem nigdy mnie nie interesowało — Psinka już potwierdziła moją niewinność, a akurat do niczego go nie zmuszałam tym razem. Zrobił to całkowicie dobrowolnie — przypomniałam jej — Niekoniecznie ty musiałaś się parać z podpalaniem. Przecież masz swoje mrowisko – oczywiście, że mam. Ale sprawa nie była tak jasna jak się jej wydawało. Poza tym nie miałabym najmniejszej korzyści z tego, że podpaliłabym im ruderę — Nie ufasz nawet swoim, to się chwali — zacmokałam zadowolona — Jednak muszę cię zawieść, nie zleciłam podpalenia żadnej nory, w której się gnieździcie. Już tłumaczyłam, że gdybym to była ja, to od wielu lat bylibyście już trupami, no przynajmniej większość z was — zdecydowanie nie wszyscy, przynajmniej na początku, później, gdy Chrystian straci swoją wartość, jego także się pozbędę — Więc jakie są twoje teorie na temat podpalenia? Posłucham, ponieważ... mamy sporo czasu. Jak daleko nas cofnęłaś? - podeszłam do przeszklonej ściany, panorama nocnego miasta zawsze działała kojąco — Nawet jeśli jakieś mam, nie zamierzam się nimi dzielić — obróciłam się w jej stronę — Rozgość się, będziesz miała sporo czasu — rozpłynęłam się w powietrzu, by wrócić do teraźniejszości po nowego rozmówcę



Pojawiłam się tuż za blondwłosą koleżanką, z którą wcześniej nie miałam przyjemności się spotkać — Zapraszam na wycieczkę — położyłam jej dłoń na ramieniu i nim ktokolwiek zareagował ponownie przeniosłam się z nią w czasie. Białowłosa odwróciła się gwałtownie tak, że poczułam jej włosy na swoich policzkach. Widziałam, jak jej źrenice zmniejszyły się do małych kropeczek wśród szarego koloru jej oczu — Nowy gracz, nie interesujesz mnie, więc masz szansę. Pozwolę ci wyjść jeśli darujesz sobie tę szopkę, jeśli zdecydujesz zostać z resztą, skończysz jak oni — Nie stawiaj mi warunków — powiedziała i znalazła się zaraz za mną — pisklaczku półkrwi — czułam jej palce na karku, jak obrysowywała nimi mój tatuaż — Ja tu jestem w roli sędziny i obserwatora, i z tego nie zrezygnuję, ponieważ będziecie mnie potrzebować — nie odsunęłam się nawet o milimetr, nie interesuje mnie, kim jest, jeśli zadrze ze mną, pożałuje tego tak samo jak reszta — Możesz być, kim tam chcesz, sędzią, katem, nawet samym Azukiem, zatrzymywać mnie w czasie do woli lub zanudzać swoją osobą, nie zmienia to faktu, że jesteśmy u mnie, to wy się tu wkradliście jak szczury, to jest moje królestwo, a jedynym, niezaprzeczalnym władcą jestem tu ja. I nikt ani nic go nie opuści bez mojej zgody. Dopóki się nie zgodzę na to, będziecie tu tkwić i żadne zatrzymanie czasu, żadne znikanie czy teleportacja wam nie pomoże. Jeśli taki będzie mój kaprys, będziecie tu tak długo, aż tu zdechniecie, a ja kompletnie nic nie muszę robić, nawet palcem przy tym nie kiwnę. Swoją drogą są żałośni, aż tak się mnie bali, że wzięli czystą do pomocy, co niewiele wam dało, bo nadal nie macie szans – leniwie odwróciłam się w jej stronę. Dziewczyna przygryzła wargę gdy usłyszała imię Azuk, czyżbym trafiła w słaby punkt? Lekko wbiła szpiczaste pazurki w swoją dłoń — Nie będę z tobą rozmawiała tak, dziecino. Jesteś za młoda, by zrozumieć, że nie prowadzą mną ludzkie powody, takie jak pieniądze czy profit. Nikt mnie nie prosił, sama zgłosiłam się do pomocy, ponieważ to moi... przyjaciele. Życzę ci, byś kiedyś poznała definicję tego słowa — bezczelnie, jakbyśmy były sobie bliskie, położyła rękę na moim ramieniu — I uspokój temperament, gdyż zatruwasz tak swoją anielską naturę. — Naprawdę wierzysz w taką chałturę, jaką jest przyjaźń? – szybko strąciłam jej dłoń – przyjaźń nie przedstawia żadnej wartości, prędzej czy później każdy z nich po kolei wykorzysta cię i gdy uzyska to, na czym mu zależy, zostawi, jak niepotrzebnego śmiecia, bezużyteczną zabawkę. Nie łudź się, nikt nigdy nie jest bezinteresowny – to, że jest czysto krwistym aniołem, nie robiło na mnie żadnego, najmniejszego wrażenia – Ale teraz powiem ci, w jak paskudnej sytuacji się znaleźliście, nie masz bladego pojęcia, gdzie się znajdujemy – uśmiechnęłam się – To jest mieszkanie po mojej matce, to był jej azyl. Ona przez wieki się nim opiekowała. Dawniej to ona kontrolowała, kto mógł wejść a kto stąd wyjść, żywy. Ja nie jestem tak niegościnna jak ona, udoskonaliłam to miejsce. Więzy krwi jednak nie są takie bezużyteczne, to właśnie dzięki nim udało mi się po części ujarzmić moce matki. Wejść tu może każdy, tak jak wy, jak do zwykłego mieszkania, lecz wyjść może tylko to lub ten, komu na to pozwolę, dla tych którzy tu utkną, więzienie się staje grobem. Nawet pstryknąć palcami nie potrzebuję, wszyscy bez wyjątku podusicie się i padniecie jak robaki, którymi jesteście – cofnęłam się o krok, patrząc jej prosto w oczy — Radzę się zastanowić, dlaczego Chrystian was tu zabrał, skoro doskonale zdawał sobie sprawę, że nie wyjdziecie stąd bez mojej zgody. Tymczasem, noc jeszcze młoda, można jeszcze sporo namieszać — powiedziałam jej dokładnie to samo co Ruby i wróciłam do panów, którzy nadal grzecznie czekali w mojej pracowni.


<Ruby?>

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 8

 Od Apolonii do Ruby


- Jeśli teraz wyjedziesz, możesz już nie wracać i przy okazji powiedzieć ojcu, żeby następnym razem wysłał do szpiclowania kogoś bardziej kompetentnego - dziewczyna natychmiast się zatrzymała, do tej pory nie było potrzeby, aby jej zdradzać tej słodkiej tajemnicy, po raz pierwszy postawiłam sprawę jasno, dałam wprost znać, że wiem, kim jest i dlaczego tak wiernie, jak piesek, towarzyszy mi na każdym kroku. Ellie nie jest moim współpracownikiem i nigdy nim nie była, nic nie słyszy, nie powie ani nie zrobi. Nie zareaguje, nawet jeśli kogoś bym właśnie obdzierała na żywca ze skóry. Ma tylko jedno zadanie i słucha się tylko jednej osoby, mojego ojca. A on kazał zrobić jej dosłownie wszystko, żeby utrzymać się blisko mnie. Ma pilnować, abym nie narobiła głupstw, które odbija się na jego nazwisku lub – co gorsza – na jego interesach, obserwować i donosić, żeby zawczasu mógł zareagować. Toleruje ją, dopóki jest przydatna i wywiązuje się ze swoich obowiązków asystentki, sekretarki, można nazywać to, jak się chce, dla mnie jest zwykłym pasożytem, którego skoro już jest, należy wykorzystać, by jak najwięcej z jego obecności wynieść.

- Od kiedy wiesz? - spytała, cały czas stojąc odwrócona w stronę drzwi. Powinnam czuć się urażona, że wątpiła w moje kompetencje. W końcu ona jako jedna z nielicznych była świadkiem tego, na co mnie naprawdę stać - Domyśliłam się po tygodniu - Najpierw chciał wprost wcisnąć mi kogoś, żeby miał na mnie oko. Gdy się nie zgodziłam, pojawiła się ona. Według papierów doskonale wykształcona, mimo to wielokrotnie dała się złapać na tym, że nie zna podstaw, które powinny być oczywiste dla kogoś z jej papierami. Ojciec powinien wiedzieć, że szybko się zorientuję i zdemaskuję tak nieudaną maskaradę.

- Gdybyś w rzeczywistości miała tak dobre wykształcenie, jak twierdzisz, nie robiłabyś za moją asystentkę. Poza tym wytrzymałaś więcej niż każda poprzednia na twoim miejscu i zdecydowanie dłużej niż każda przed tobą. Desperacko wykonując każde, nawet najidiotyczniejsze polecenie, próbowałaś utrzymać się przy mnie, albo mnie przy sobie. Dlatego pozwoliłam ci zostać, dopóki jesteś przydatna, będę cię trzymać. Dopóki sprawdzasz się na swoim stanowisku jako moja asystentka, nie interesuje mnie, o czym donosisz ojcu. Gdy będzie taka potrzeba, sama załatwię niedogodności, pozbywając się ciebie. Ale to nic osobistego, w końcu jesteś tylko marnym pionkiem w rozgrywce między mną a ojcem. Ale możemy nadal - urwalam na moment, by dobrać odpowiednie słowo - nadal współpracować. Obie doskonale wiemy, co się stanie, gdy odeślę cię do mojego ojca. Dlatego proponuję układ, trzymam cię przy sobie i wykonujesz każde moje polecenie, w zamian możesz tam śpiewać sobie, ile chcesz i o czym chcesz.

   Przede mną pojawiły się trzy osoby, zdecydowanie ostatnie, które miałam ochotę oglądać. Ruby Wade oraz dwóch braci, każdy z nich na swój sposób zalazł mi za skórę, młodszy z nich wyrwał się Christianowi i rzucił się wściekły w moją stronę, zatrzymując się dopiero na biurku - Ty mała... Przegięłaś, stanowczo przegięłaś. Nie znasz się na żartach, czy masz tak wielkie wrzody, że nie możesz małego żarciku przetrawić? Naprawdę chciałaś mnie zabić, wariatko?! - Nie przejmując się niepotrzebnym jazgotem, otworzyłam szufladę biurka – Szczekające psy nie gryzą, więc nie gorączkuj się tak panie żartowniś – odezwałam się w chwili, gdy na moment urwał swoją tyradę, by zaczerpnąć powietrza – gdybym to ja za tym stała, to nie miałbyś okazji mnie w ogóle poznać i od wielu lat gryzłbyś piach – wzięłam do ręki odpowiednie teczki i rzuciłam je na stół – Znajomy widok? Cała trójka to moi ludzie. Oczywiście nie będę rzucać w waszą stronę bezsensownymi oskarżeniami, bo nawet razem wzięci nie jesteście zbyt kompetentni, by dokonać i w ogóle wpaść na coś takiego. Ale za to mam mocne podstawy do tego, by lepiej przyjrzeć się licytacji mojego obrazu, nie chciałbyś się do czegoś przyznać? – zwróciłam się do Mikołaja - Bo nie ukrywam, że przez tą małą sztuczkę jestem stratna, a średnio mi się to podoba – Ruby jako pierwsza ruszyła, aby przyjrzeć się dokumentom, a one zbyt wiele nie zawierały. Nie licząc dokładnych zdjęć trupów były tam tylko podstawowe i zdecydowanie najprostsze informacje jak zginęli, dzielnie się z nimi innymi wiadomościami było zbędne, dokładne informacje o nich mogły zrodzić wiele niewygodnych pytań, których nie miałam zamiaru wysłuchiwać – Rzeczywiście, widzę niektóre podobieństwa. Widać, że umarli na różne sposoby, ktoś pozostawił na nich swoje… właściwie nie mogę określić, co to jest, ale wygląda jak… herb? – przekazała papiery reszcie, żeby oni także mogli się przyjrzeć - każdy z nich jest inny, jednak można zaobserwować pewną powtarzalność, wymiary, kompozycja jest typowo centralna, brak dominanty - długo można wymieniać - obraz jest pełen krwi, więc cięcia są zamazane – powiedział Mikołaj, kompletnie ignorując moje spostrzeżenie o obrazie, wciąż patrząc mi w oczy, odpuściłam, jednak w odpowiednim momencie z pewnością wrócę jeszcze do tematu – Musielibyśmy zobaczyć ten znak, tylko że oczyszczony. Poza tym – dodał – ja ci żmijo nie wierzę. Już nieraz pokazałaś swoje podłe oblicze. Dlaczego teraz miałabyś mówić prawdę? Kłamstwo wyssałaś z mlekiem matki – awans z myszki na żmiję nie robił na mnie większego wrażenia, jednak temat mojej matki powinien sobie darować – twój braciszek się doskonale postarał, abyśmy oboje wiedzieli, kim jest moja matka – warknęłam niezbyt przyjaźnie – więc jeśli nie chcesz się dowiedzieć, co jeszcze wyssałam z jej mlekiem zamilcz, jeśli nie masz nić mądrego do powiedzenia, albo znajdziesz się w tym samym miejscu co twoje sportowe autko.

- Mam głęboko gdzieś twoje groźby. Bez dotyku nie możesz mi nic zrobić. Ja zawsze będę o krok przed tobą albo nawet nie zauważysz, kiedy będę naprawdę blisko – natychmiast odbiłam piłeczkę - tak samo blisko jak przy niewygodnym rywalu, dajmy na to podczas licytacji? – spytałam kpiąco.

- Tak samo blisko, jak po licytacji, kiedy stałem przy tobie i mogłem widzieć jaką koronkę nosisz - odparł Mikołaj. Chrystian nie wytrzymał i odciągnął swojego brata z mojego zasięgu, musiał spodziewać się, co go czeka jeśli nie będzie wystarczająco daleko. - Nie mam zamiaru drugi raz ratować ci skóry - syknął, zasłaniając mu usta swoją dłonią. Na ramieniu ręki miał bandaż, wyglądał na dość świeży a w połączeniu ze zwykłymi pomówieniami, którymi obrzucił mnie Mikołaj, miałam prawo sądzić, że jest to skutek ataku na kogoś z nich. Nim zdążyłam odpowiedzieć, ponownie wtrącił się brat bezczelnego gupika.

- Możemy zobaczyć, nawet i teraz.

- Możecie? – spytałam retorycznie – koniec tego cyrku, nie potrzebuję tutaj błazenady na waszym poziomie, to jest moja sprawa, a pokazałam te zdjęcia tylko po to, żeby jeden z was się w końcu zamknął – zdecydowanie zbyt długo znajdowali się w moim biurze, nawet jeśli było to kilka minut, każdy z nich mnie irytował, a gdy cała trójka postanowiła sobie wpaść w odwiedziny, moje opanowanie już dawno powinno trafić szlag - Twoja?! Byłaby, gdyby tylko na ciebie ktoś polował –-Jezus Maria, Chris! Przymknij go, na serio! - Mikołaj próbował coś wtrącić, ale braciszek z łatwością zwalczył jego poryw odwagi - To nie jest tylko twoja sprawa. Po naszej stronie też padają trupy. I wygląda na to, że te morderstwa są powiązane – tacy jak oni są kompletnie niewyuczalni - Naprawdę sądzisz, że ckliwa historyjka o trupach mnie ruszy? Dopóki nie wchodzicie mi w drogę, kompletnie mnie nie interesuje, co robicie i czy gdzieś czasem nie gnijecie. Nie widzę więc powodu, abym miała robić cokolwiek z wami wspólnie – dla nich najlepiej by było gdybyśmy rozeszli się w miarę w dobrych nastrojach - A więc nie przejmujesz się tym, że piątka ludzi, w tym troje twoich, zginęło, i że to może być tylko początek linii morderstw, która skończy się na tobie? I mi się nie wydaje, podpadłaś komuś i ten ktoś zapewne mści się również na nas.

- Nie nazwałabym tego przejęciem się, zwykłą niedogodnością jak już coś – odparłam wprost, przenosząc wzrok, który zatrzymał się na Chrisie - ale ze względu na nietypowe okoliczności jestem skłonna złożyć ponownie moją ofertę, jeśli ją przyjmiesz, wtedy pomogę z tą sprawą - Pozostała dwójka z niezrozumieniem patrzyła się to na Chrystiana, to na mnie - Chyba jestem pod wrażeniem. Nawet z nożem przy gardle potrafisz wyciągnąć stare przysięgi. Interesy ponad własne życie, takie twoje motto? – powiedział sucho. Uwolnił usta Mikołaja, lecz nie wypuścił go z objęć, przyciągnął do siebie także Ruby. W moją stronę natomiast wyciągnął wolną dłoń, chcąc ją uścisnąć, jakby to było podpisaniem kontraktu. Towarzystwo mojej przyszłej mróweczki jak jeden mąż obudziło się z odretwienia - Chrystian, o czym ona mówi? – nie odezwał się, ale przyciągnięcie do siebie pozostałej dwójki z pewnością nie było bez celu. Uśmiechnęłam się z wyższością zadowolona, że dopięłam swego – bezpośredni kontakt możemy sobie darować, nie lubię, gdy ktoś szpera mi po głowie – mimo to wstałam od biurka i podeszłam bliżej - Widziałem wystarczająco dużo, tam już nie mam czego szukać - jego dłoń wciąż była wysunięta - właśnie dlatego, jeśli miałbyś odrobinę rozsądku, to powinieneś wiedzieć, że nie powinieneś godzić się na ten układ – podałam mu dłoń, aby zawrzeć umowę.

   W momencie uścisku Christian przeniósł nas do kostnicy - Rozsądek rozsądkiem – widziałam jak dostał chwilowych drgawek od nagłego spadku temperatury - Ale gdy nie ma innego wyjścia, nawet zakonnica może zostać prostytutką, jak ją głód przyćmi – puściłam jego rękę i zaczęłam przeglądać szuflady w poszukiwaniu dokumentacji - Widzę, że chociaż jednej osobie w rodzince zdarza się powiedzieć coś mądrego – zatrzymałam się na raporcie z sekcji - Widzę, że ironicznie do miejsca i sytuacji, dopisuje wam humor - wcisnęła się między nas - Trzymajmy się blisko, będzie nam cieplej. Nie bierzcie ciuchów z haków, nie wiadomo kto je nosił - Ignorując słowa Ruby przeszłam do pierwszego stołu i zdjęłam okrywę z połowy ciała chcąc się upewnić, że jest to nasz cel – leżą już tu dość trochę, zapraszam na wycieczkę – mruknęłam do reszty niezbyt szczęśliwa, nie planowałam niszczyć sobie dziś koszuli - Czujemy, mają mocny zapach. – Ruby szukała czegoś po półkach, co mogłoby pomóc z odorem - Ale nie sądzę, by był to tylko odór rozkładu. Spójrz na te blizny na klatce piersiowej. Wyglądają jak wypalone wzory. W dodatku ten kolor – w końcu znalazła niebieski pojemniczek z napisem vick - Przypomina mi coś podobnego do tatuażu, ale nie znam żadnej techniki tatuowania za pomocą gorących przedmiotów. Może ty? – wzięła z pudełeczka naparstek mazi, rozsmarowała pod nosem, po czym podała dalej.

- Nie mam w zwyczaju piętnowania swojej siły roboczej, nieopłacalne jest tracić czas na takie błahostki – parsknęłam śmiechem i wzięłam od niej pudełeczko – jeśli chcecie, to możecie zostać, ale ja planuję obejrzeć trupy w nieco lepszym stanie – te były w na tyle zaawansowanym stopniu rozkładu, że nie dało się rozszyfrować znaków - Nie zdążyłam się dokładnie przyjrzeć zdjęciom - rzuciła wymowne spojrzenie w stronę Mikołaja, który cały czas nieufnie patrzył w moją stronę - ale wydaje mi się, że na twoich trupach nie było tatuaży.... Same wypalenia. Dobra, kończmy tu i lećmy do twoich – wyciągnęłam dłoń przed siebie, wnętrzem do góry, zupełnie jakby chcąc pokazać, że mam dobre intencje i niczego nie ukrywam – idziecie ze mną czy jednak mam sama zająć się tą sprawą, tak jak od początku planowałam?

- Co to za pytanie? – Ruby, z resztą tak samo jak Christian, natychmiast mnie chwyciła, Mikołaj tylko stał nadal w sporej odległości

- I myślisz, że dam ci sterować całą akcją? – mimo to w końcu zdecydował się podejść do brata i chwycić go za ramię – bawcie się dobrze – zaśmiałam się

Staliśmy dokładnie w tym samym miejscu, odeszłam na krok, czekając na atak kaszlu, który nie nadszedł, przynajmniej nie tak jak myślałam - Mogłem przewidzieć, że tak się stanie – ciekawa sytuacja, mnie kompletnie nic nie było, natomiast Christian dość mocno kaszlał krwią, a prawdziwy test dopiero przed nami, trzeba jeszcze wrócić do teraźniejszości, mogło się okazać, że wykorzystam Christiana inaczej niż zakładałam.

- Wiedziałem, że przez tę wiedźmę coś ci się stanie. Nie sądziłem, że tak szybko - syknął Mikołaj co kompletnie zignorowałam, kątem oka widziałam tylko, jak odprowadzał brata i posadził go na krześle -Wiedziałaś, że tak się stanie? – Ruby wbiła we mnie świdrujące spojrzenie - Nawet jeśli to co? – nie przypuszczałam, że może tak zareagować, do tej pory u każdego co najwyżej występował ból głowy - To co? – oburzyła się - Trzeba było powiedzieć o tym. Mogłam poprosić ojca o jakieś leki na taki wypadek – szczerze wątpiłam, że jakiekolwiek leki, które posiadał jej ojczulek pomogłyby tu - On mógłby umrzeć z szoku. Albo może właśnie rozpieprzyło mu płuca – wtrącił się Mikołaj, który cały czas stał nad bratem – nie przeżywaj aż tak, mnie po tylu latach wielokrotnego kaszlu nic nie ma, to jemu teraz też nic nie będzie. Zamiast tego lepiej by było gdybyś łaskawie zaczął robić to, po co tu jesteśmy.


<Ruby?>

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...