niedziela, 15 marca 2026

Od Braen'a

 - Ja też nie wiedziałem - skłamał - Tylko czara wiedziała - dodał szeptem.
Odstawił książki na półkę po prawej stronie. Przykucnął, by wziąć te, które spadły na ziemię. W tym samym czasie Paedyn też się po nie schyliła. Zderzyli się czołami jak baranki. Oboje chwycili tą samą książkę. 
- Oh... przepraszam - powiedziała pośpiesznie.
- Za co? Nic się nie stało.
Mógłby przysiąc, że świat się zatrzymał na moment. Zabłądził i wpadł w wir burzy. Niebo odbijające się w jej oczach teraz miało odcień jak przed nadchodzącym sztormem. Rzeczy na pierwszym planie były spokojne, dawały błędne uczucie opanowania. Zaś gdzieś tam z tyłu odczuwał drgania ziemi i ciężkie chmury, które jeszcze chwila a wypuszczą na suchą ziemię litry deszczu. Nagle jej oczy mu uciekły, dziewczyna zaczęła błądzić nimi po podłodze. Czas znów zaczął biec. Zorientował się, że nieświadomie muskał palcem jej dłoń, którą chwyciła książkę. Drugą, wolną ręką masował jej czoło. Natychmiast zaprzestał. Wstał z kolan i się otrzepał. Jej też pomógł wstać. Coś tam mruknął, że musi odnieść książki i zniknął za najbliższym murem.
Odstawił swoje małe czytadełko w swoim pokoju, na łóżku. Wziął jedną do czytania między lekcjami. Naukę o turnieju zamierzał zacząć od dnia dzisiejszego. Wsadził ją do sakiewki bez dna i ruszył na lekcję z panią Vervain.
Dzisiejsza lekcja była na temat żywych pnączy. Jak je hodować, pielęgnować, czym karmić, co zrobić, gdy spotka się je w dziczy i takie te. Braen stał na samym końcu i słuchał co trzecie słowo wykładu nauczycielki. Ustawiwszy książkę między ścianą, a parapetem, był prawie pewny, że Vervain nie przyłapie go. Z listka swojego pnącza zrobił sobie zakładkę.
Ktoś zapukał delikatnie trzy razy w drzwi szklarni. Było to w sumie zbyteczne, gdyż były przeźroczyste. Było to bardziej pukanie dla zasady. Drzwi się ostrożnie uchyliły. W progu stała pani Grimm.
- Witaj. Muszę ci ukraść ucznia na chwilę. Braen Wade?
Wyczulony na swoje imię, natychmiast zamknął książkę i wrzucił ją do sakiewki. Udawał, że robił coś przy roślince i że wcale nie cieszy się z bycia wyciągniętym z tak pasjonującej lekcji.
- Za mną - rozkazała.
Syren już od tego zdania wyczuł coś nie tak w jej głosie. Jej język ciała też dawał wiele do życzenia. Pani Grimm nerwowo stukała lakierkami o kamienną podłogę, pośpiesznie truchtała w stronę gabinetu dyrektora. Zbyt długa, zielona sukienka i purpurowa narzuta wskazywały, że rano miała lepszy nastrój, niż teraz. Dopiero kiedy minęli kilka korytarzy, jej maska zaczęła pękać. Nauczycielka rzuciła mu cielęce spojrzenie pełne łez.
- Chłopcze, miałeś rację.
Doszli na miejsce. Otworzyła mu drzwi, za co podziękował. W środku byli już obecni pan dyrektor Angus i pan Crawl. Na biurku stała czara, która zaczęła ten cały cyrk. Grimm doskoczyła do niej. Ostrożnie chwyciła ją za uszy oburącz i obróciła w stronę, na której chciała mu coś pokazać. Dyrektor i wychowawca zapraszali gestami do bliższego przyjrzenia się.
Od spodu kielicha zauważył kreskę biegnącą aż do góry. Szła ona na wskroś grubości czary, a nie należała ona do kruchego szkła. Ewidentnie było widać, że została uszkodzona.
- Jest pęknięta - powiedział.
- Trafne spostrzeżenie - rzekł sarkastycznie Crawl.
- Jak do tego doszło?
- Tego nie wiemy, ale mamy swoje teorie - rzekł dyrektor, spoglądając na panią Grimm, która całkiem puściła beksę nad pękniętym kielichem - Mamy trzy teorie Możliwe, że była już taka, gdy zaczynaliśmy wybory. Ktoś niedopatrzył jej ubytku.
- Sprzeciw, Angusie. - odparła Grimm załamanym głosem - Trzymam nad nią pieczę. Od razu bym zauważyła pęknięcie. Ktoś jej to zrobił.
- I to jest nasza druga teoria. Trzecia jest taka, że czara ma już swoje lata, i ten turniej być może ją przeciążył...
- Nie, nie... Ja wiem, co czuję. Ktoś jej zrobił krzywdę - pogłaskała kielich, mamrocząc pod nosem słowa, jakby pocieszała człowieka w potrzebie.
- To się dopiero okaże, gdy ściągniemy tu specjalistę. A to może niestety trochę potrwać, panie Wade - znów zwrócił się do chłopaka - Bowiem ta czara została stworzona przez odizolowane plemię elfów żyjących w górskich kopalniach. Żeby ściągnąć ichniejszego kowala, należy uzbroić się w cierpliwość. Co chcę przez to powiedzieć, to to...
- Że nie ma już wyjścia i muszę wziąć udział - dokończył za niego - Takiej odpowiedzi się spodziewałem.
Dyrektor skinął na niego ze zrozumieniem. Razem z panią Grimm obtoczył czarę niebieskim, ochronnym woalem. 
- To by było na tyle, Wade - rzekł Crawl - Wracaj na lekcję. Umyka ci ważna wiedza o żyjących pnączach. 
Odesłał go wzrokiem za drzwi. Braen skierował się z powrotem w kierunku szklarni pani Vervain. Skręciwszy w pierwszy korytarz, nieomal wpadł na, o dziwo, Blair.
- Ugh... Bo zaraz zacznę mieć wrażenie, że mnie śledzisz - warknął, minę miał jakby mu nadepnęła na odcisk.
- Ha, pilnuję tylko, by mój partner nie szlajał się byle gdzie, z byle kim - zaśmiała się kpiąco.
- Partnerstwo z przydziału nie oznacza koniec życia prywatnego - odparł - Więc odpuść sobie kontrolowanie mnie. Nie musimy ze sobą przebywać. Możesz nawet zapomnieć o moim istnieniu aż do początku zawodów. Ignoruj mnie tak jak robiłaś to wcześniej. Rób swoje, beze mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...