Usta Spencera ułożyły się na kształt triumfatorskiego uśmieszku, a w jego martwych oczach zabłysnęły małe iskierki.
- Nie doceniłem cię, Ashcroft. Mimo, iż nie masz wyszlifowanych mocy po matce, to nader nadzwyczajnie nadrabiasz fizycznie. Zaimponowałaś mi. - wykonał gest machania białą flagą.
Dziewczyna wzdrygnęła się na słowo o jej matce. Już miała coś powiedzieć, gdy Spencer wyczuł okazję i wytrącił jej sztylet z ręki. Odbił się biodrami i zrzucił ją z siebie. Chwycił ją za nadgarstki i uniósł wysoko ponad jej głowę. Jedną ręką przytrzymywał je, wolną położył na jej szyi. Lekko zacisnął palce na jej gardle.
- Za to ja jestem nie tylko żywiołem. Jestem czymś więcej, zupełnie tak jak ty. Jak widać jesteśmy sobie równi.
Mówił to monotonnie, z tym samym kpiącym uśmieszkiem, który poszerzał się gdy jego palce coraz bardziej zaciskały się na jej krtani. Widział strach w jej oczach i napawał się nim. Mógłby jej coś zrobić, gdyby nie wyczuł obecności osoby trzeciej. Krzewy zaszeleściły. Dało się słyszeć głęboki, gardłowy pomruk. Im bliżej ten dźwięk się zbliżał, tym bardziej dało się odczuć drganie ziemi. Spencer osunął się z Paedyn w ostatniej chwili. Zza krzaków wybiegł na nich dorosły krokodyl. Zielona bestia rozpędziła się, dając wrażenie jakby miała ich zaraz staranować. Spencer osunął się na czworaka kilka kroków dalej. Zwierzę stanęło tuż przy dziewczynie i odwróciło swój łeb w kierunku krzaków, jakby oczekiwało na rozkazy. Po chwili wyłonił się z nich Marlon.
- Ee-ee, odpierdol się od niej zapałko.
- Ooo, kogo tu przygnało - uklęknął - Jeden z trzech muszkieterów.
- Japa tam, bo poszczuję. - wymachiwał w niego znalezionym grotem.
- I co mi zrobisz?
- Nie ja. Cętka!
Krokodylica wyminęła Pae zwinnym jak na swoje rozmiary susem i znalazła się przy chłopaku w kilka sekund. Spencer mógł dosłownie poczuć woń niedawno przetrawionego jelonka i policzyć, ile ma kłów. Ledwo co wstał, a już z powrotem upadł i odczołgał się do tyłu. Złapał się za pobliskie drzewo, wstał i klnąc pod nosem odszedł stamtąd.
- Ta zniewaga krwi wymaga - otrzepał swój mundurek - Popamiętasz mnie, Marlon!
- Babci sranie! - warknął na odchodne rekin.
Dopiero teraz dało się zauważyć, że był obwieszony kawałkami mięsa. Ukucnął, a krokodylica natychmiast podbiegła i wepchnęła mu się między nogi.
- Dobra dziewczynka - pomiział ją pod gardłem i rzucił jej kawałek mięska - Wszystko okej, Pae? Widziałem jak ten palant cię zaatakował. No niezłego masz partnera - prychnął, ale dał jej swoje ramię, by wstała.
Wręczył jej od razu strzały, które trzymał. Tłumaczył, że był akurat w pobliżu, bo je zbierał. Były porozrzucane wszędzie blisko legowisk jego pupili.
- Szczęście w nieszczęściu. Ale następnych razem albo popraw cela, albo strzelaj w kierunku polany.
Odrzucił resztę jedzenia w kierunku puszczy, by krokodyl wrócił do siebie. Zaproponował, że może ją odprowadzić do zamku. Oczywiście, że dziewczyna nie mogła się oprzeć jego urokowi osobistemu i się zgodziła.
Na dziedzińcu, przy fontannie siedział sobie nasz czerwonowłosy i wertował swój nabytek, który okazał się księgą roczników sprzed 100 lat. Na razie nic ciekawego się nie dowiedział, tylko leniwie przeżuwał jabłko. Ze swojego miejsca miał świetny widok na bramę szkoły. Zauważył więc od razu, gdy jego brat i Ashcroft przekroczyli próg, ramię w ramię. On dziarsko, pogwizdując, w dodatku miał ślady krwi od pasa w górę. Ona szła nieco wolniej, z mniejszym zapałem, wzrok jej wciąż błądził po ziemi. Zatrzasnął książkę i natychmiast do nich podbiegł.
- Widziałeś tutaj Spencera?
- Nie... Zauważyłbym, jakby tu szedł.
- Zbiera mu się na wpierdol. Własną partnerkę zaatakował.
Spojrzał na Pae. Zauważył czerwone ślady na jej szyi. Jej twarz, choć osowiałą nosiła mimikę, to policzki były różowiutkie jak wypieczone bułeczki. Włosy były w jeszcze większym nieładzie niż zazwyczaj, i lepiły się do pokrytego potem czoła. Jej ręce i ubrania były brudne od ziemi z tyłu.
Marlon przekazał mu dziewczynę, jakby chciał powiedzieć "no, ja swoją część roboty odbębniłem". A Braen właściwie jedyne co mógł na ten moment zrobić, to dopilnować, że dotrze bezpieczna do swojego akademika.
- Nie wiesz z kim zawarłaś pakt - otrzepywał jej plecy z brudu - Nie znasz Spencera. Niestety już za późno.
Stanął przed drzwiami damskiego akademika. Na odchodne powyjmował liście z jej włosów i poprawił je z twarzy. "Jak tylko się nadarzy okazja, dostanie za swoje", przekazał jej telepatycznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz