Braen spokojnie przeszedł za kotarę. Ta zatrzasnęła się za nim automatycznie. W małym prowizorycznym pokoiku zobaczył całokształt swojego lekarza. Doktor Slade, bo tak się nazywał, był od pasa w górę człowiekiem. Reszta to było grube cielsko węża, które zajmowało prawie całą powierzchnię pokoju. Braen musiał uważać, by nie nadepnąć mu na ogon.
- Ściągnij koszulę. Połóż się wygodnie na brzuchu - wskazał na kozetkę - i ustaw ręce za plecy najdalej jak możesz.
Syren, pod wpływem środków, posłusznie robił, co mu kazano. Białe, jarzeniowe światło raziło jego podrażnione oczy. Ułożywszy głowę w wycięciu fotela, trochę mu ulżyło Na fotelu lekarskim wyglądał, jakby był skuty, brakowało tylko kajdanek. Poczuł zimny dotyk markera pomiędzy łopatkami, po czym nastąpiło ukłucie.
- To po to, żebyś sobie tego nie wydrapał. - lekarz wyjaśniał, pokazując mu na szczypcach szarą, metalową kapsułkę - Pamiętasz co to jest?
- Taaa... - mruknął zatopiony w otępieniu.
- To powinno starczyć na 2, może 3 tygodnie. Będziesz potrzebował ich jeszcze jedną albo dwie. Pamiętasz co to jest? - kapsułka zniknęła z jego pola widzenia.
Braen skrzywił brwi w zdziwieniu. Nie był aż tak naćpany. Slade już zadał mu to pytanie. Czyżby miał sklerozę?
- Pan już o to pytał...
- Wiem, chciałem tylko odwrócić twoją uwagę.
Teraz to czuł. Może nie aż tak, bo znieczulenie dobrze działało, ale poruszył się lekko i miał dziwne uczucie w plecach. I lekka stróżka krwi spływała po jego boku. Wstał i usiadł. Podano mu lusterko. Obejrzał swój tył. Między łopatkami miał wyciętą ranę wielkości pięciozłotówki. Była zasklepiona dwoma plastrami służącymi za szwy. Wciąż trochę krwawiła, ale pielęgniarka zaraz nałożyła na to większy plaster z watą.
- Możesz już się ubrać i wyjść. Powodzenia w zawodach - poklepał go po ramieniu - I gdyby ci się coś śniło dziwnego... Zapisuj to.
- Dobrze... Dziękuję - założył koszulkę i wyszedł.
Nie wiedział, ile minęło czasu, ale na korytarzu zastał tylko pana Crawla.
- Gdzie reszta? - zapytał.
- Lekcja się skończyła, więc wrócili do siebie...
- Oh...
Braen też miał zamiar iść w swoją stronę, kiedy nauczyciel go nagle zatrzymał.
- Lekcja skończyła się dla nich, nie dla ciebie, Wade.
- Ale jak to...?
- Żadnych "ale"! Za mną. - zadyrygował
Crawl prowadził go do sali ćwiczeń fizycznych. Czerwonowłosy nic z tego nie rozumiał. Wokół basenu i na ścieżkach były poustawiane jakieś przeszkody i rupiecie, tak że ciężko było się dostać do wody. Próbował delikatnie ściągnąć koszulkę, nienaruszając plastra.
- Nie rozbieraj się. Nie będziesz pływał.
Spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Na szczęście nie musiał długo czekać na wytłumaczenie.
- Zapomnij o pływaniu. Przez najbliższe tygodnie będziesz ćwiczył sprint i bieg z przeszkodami. Oto twój tor - wskazał na ścieżkę.
Tym bardziej nic z tego nie rozumiał. Przecież z biegania miał dostateczną ocenę! Mimo to jak widać nie miał wyjścia. Crawl nie pozwoliłby mu wyjść po dobroci. Najpierw musiał zacząć od kilku powtórzeń wokół basenu. Po pół godzinie zaczął odczuwać pierwsze zmęczenie. Po tej rozgrzewce miał biegać sprintem z jednego miejsca na drugie, omijając tym samym przeszkody na drodze.
- Nie rozu.... rozumiem po co mi to - mówił zadyszany.
Crawl biegł cały czas koło niego. Nie zdyszał się, nie spocił, nawet jego twarz wciąż nosiła ten sam skwaszony wyraz co zawsze.
- Mniej gadania, więcej biegania!
- Ale ja... ja naprawdę - przystanął, oparł ręce na kolana - Już nie dam rady.
- Musisz! Pamiętaj Wade: w zawodach twoja umiejętność wodzie da ci przewagę nad innymi w pewnym momencie, ale głównie będziesz musiał polegać na umiejętnościach na lądzie. Ruchym ruchy! - popędzał go.
Przestał go wymęczać po godzinie, kiedy chłopaka już naprawdę zmogły nogi.
Jakiś czas później, nad brzegiem jeziorka...
- Nie czuję ani nóg, ani ogona - wyjęczał do swych wiernie słuchających braci. A raczej brata, Parysa, bo Marlon gdzieś tam pływał z krokodylami.
Oboje byli w swojej syreniej formie. Braen leżał na brzuchu, wtulając się w krokodyla Kleksa, który był już za stary na harce z resztą. Zwierzę dźwięcznie mruczało mu do ucha z rozdziawioną paszczą, a on mruczał razem z nim. Był wycieńczony, ledwo doczłapał do jeziorka. Gdyby nie rozmowa, zapewne dałby się złapać w objęcia Hypnosa w krainie snów. Ledwo podnosił głowę. Mimo woli lekko przysypiał i ślinił się na Kleksa, ale jemu to nie przeszkadzało.
Parys zaplatał te czerwone kudły w warkoczyki. Co jakiś czas muskał palcami miejsce, gdzie już nie było plastra, a po ranie pozostała tylko czerwona kreska.
- No... Nieźle cię wykatował. A to dopiero będzie początek.
- Mhmm... Powiedział, że pewnym momencie będę miał przewagę, bo... - ziewnął - bo lepiej pływam, ale na lądzie muszę lepiej biegać i... - znów ziew - być zwinniejszy.
Złotowłosy nagle przestał go pleść i nachylił się tak, by spojrzeć mu w twarz. Jego oczy były bardzo szeroko otwarte. Braen od razu zrozumiał.
- O żesz... On daje mi wskazówki! Ja... muszę... powiedzieć o tym Pae...
-To powiesz jutro. Teraz jesteś trupem. W dodatku na końskich środkach!
- Nie... Teraz... - zczołgał się z krokodyla i podciągał ku trawie. Z suchości zaczął się zmieniać.
- Eh... Marlon, wracaj tu! Pomóż mi z tym uparciuchem!
Ale zanim Marlon zjawił się na brzegu, Braen już leżał jak ten wrak pośrodku pustyni.
Następnego dnia obudził się późnym rankiem. Był już ubrany, za to przywiązany na jeden nadgarstek do łóżka. Ah, no tak. Dotaszczyli go do pokoju i związali, by przypadkiem nie lunatykował. Zostawili liścik na szafce nocnej. Uwolnił związaną rękę i przeczytał go.
"Użyliśmy środków, do jakich zostaliśmy zmuszeni. W ramach przeprosin możesz złożyć listę rzeczy z miasta."
No tak, była sobota. Większość uczniów wyjechała do miasta, bądź do rodziny. A on był przykuty do tego zamku jak pies do budy. Wstał i natychmiast zaczął planować, co robić. Pierw odniesie niepotrzebne książki do biblioteki. Potem zajrzy do kuchni i zacznie gotować, bo przez weekend nie ma obiadów. Ich zapasy z rybnego i tak leżą w chłodni, dzięki czemu z obiadem nie będzie problemu. Jeśli po drodze spotka Pae, to na pewno musi jej powiedzieć o tym, co wczoraj odkrył. Albo jej poszuka. W każdym razie rozmowa z nią jest punktem MUST na jego liście zadań.
Żwawo kroczył do biblioteki. Dzisiaj czuł się lepiej, znów był sobą. Żadnych dolegliwości ani wahań. Nawet jego nogi tak nie bolały jak oczekiwał po wczorajszym treningu. Czuł, że to coś w jego plecach zaczęło swoją robotę.
Bibliotekarki nie było przy ladzie. Zaszedł więc nieco dalej w głąb. Szukał jej pomiędzy regałami, ale nigdzie jej nie było. Doszedł do wniosku, że i ona się stąd wyniosła wraz z resztą. Miał już zamiar wyjść, kiedy na stoliku odgrodzonym murem książek zauważył małe światełko. Z ciekawości podszedł bliżej. Zza fasady starych ksiąg ujrzał białe pukle włosów, których właścicielką była nie kto inny, jak sama jego poszukiwana. Leżała na otwartej książce, na swoich skrzyżowanych rękach. Wciąż miała na sobie wczorajsze ubrania, stwierdził, widząc brązowe plamy.
Ukucnął przy niej. Położył jej delikatnie dłoń na kolanie. Drugą odgonił jej włosy za ucho. Nawet gdy spała, jej twarz wydawała się spięta. Zastanawiał się co jej się śni, że tak się grymasi.
Zgasił lampkę na stoliku. Wtedy usłyszał z jej strony ciche pomruki. Słyszał, jak otwiera ciężkie powieki.
- Dzień dobry - wyszeptał, cofając swoją dłoń z jej kolana. Zrobił też o dwa kroki do tyłu, w razie ataku.
Jej oczy, burzliwe, a zarazem jeszcze przyćmione i spokojne przez sen, objęły go tym swoim typowym spojrzeniem kontrolującym. Jakby to one decydowały czy przed nią stoi wróg czy przyjaciel, a nie mózg.
- Jaki mamy dzień? - zapytała rannym głosem.
- Sobotę - zaśmiał się - A ty zasnęłaś w bibliotece. Ciekawa chociaż była lekturka? - zażartował - Oby była, bo od takiego spania na krześle nieźle bolą potem plecy.
Wyprostowała się, ale jej powieki ciężko się przymknęły, jak u starych lalek. Przeczesała dłonią włosy do tyłu.
- Rybka prawi mi morały - przeciągnęła się, ziewając.
- Heh - puścił to mimo uszu - Czy ma pani może ochotę na śniadanie? Albo taki śniadanio-obiad? Pytam, bo jest coś, o czym chciałbym z tobą porozmawiać...
Cały czas mówił szeptem, jakby bibliotekarka miała zaraz wyjść zza rogu i go skarcić za za głośne gadanie.
piątek, 20 marca 2026
Od Braen'a
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Od Braen'a
- Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...
-
| Tytuł | Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekl...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz