środa, 10 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 13

Od Apolonii do Ruby


Każda następna próba przeniesienia drzwi była gorsza od poprzedniej. Dematerializowały się, jak za półprzezroczystym woalem można było zobaczyć, co jest za nimi, a gdy wolność była tak blisko i już miałem wrażenie, że całkowicie ustąpią, rzeczywistość brutalnie obdzierała mnie z nadziei i wracały one na swoje miejsce, uniemożliwiając przejście. Bezsilnie uderzyłam pięściami w powierzchnię blokady. Doskonale wiedziałam co to, widziałam już kiedyś coś takiego, gdy byłam mała. Wtedy wiele godzin, dni spędziłam w takim pomieszczeniu. W miejscu, gdzie magia nie miała prawa istnieć, a wszelkie specyficzne indywidualności były całkowicie blokowane. Skurwysyn. To ojczulek dał o sobie znać, przysyłając swoich ludzi po mnie. Czyżby sądził, że wyjazd na drugą stronę dystryktu był próbą ucieczki spod jego wpływów? Jego niezadowolenie z pewnością rosło, a sądząc po reakcji, osiągnęło apogeum, w końcu cały czas uparcie stałam przy swoim i konsekwentnie odmawiałam wykonania zadania, na którym tak mu zależało. Ale nie zamierzałam zrywać łańcucha całkowicie, przynajmniej jeszcze nie teraz. Mimo pewnych niedogodności i poniesionych kosztów staruszek był jeszcze przydatny, mydlenie oczu dawało mu pewnego rodzaju swobodę, miał myśleć, że moje życie zależy od niego, w swojej arogancji nie zdawał sobie sprawy, w jak dużym błędzie tkwił. Mimo tego wykrzesał z siebie na tyle dużo kurażu, by próbować mnie zamknąć w kleszczach przegranej. Moja moc nie działała, na domiar złego skutki uboczne pozostały. Krztusząc się krwią, której z każdą chwilą przybywało, upadłam na kolana. Nie interesowało mnie w tym momencie nic, ani obrazy, ani ludzie ojca, którzy odciągali gdzieś czarnowłosą ode mnie, ani w szczególności Ruby Wade. Potrzebowałam i to zaraz wrócić do apartamentu, ewentualnie biura. Leki, które kiedyś na wyraźne życzenie mojego ojca wykonywał dla mnie ojciec Ruby, teraz samą kupuję w nieco udoskonalonej formule.  

   Rozrywający ból, do którego już dawno przywykłam, skutecznie odciągał mnie od otaczającej mnie rzeczywistości. Miałam wrażenie, że w jednej chwili pionki ojca atakowały nas, by w następnej leżeć sztywno bez marnego oddechu, a jedną z zamaskowanych postaci wciskała mi w dłoń niewielki świstek papieru. Obraz rozmazywał mi się przed oczami, po omacku wsunęłam pomiętą kartkę do torebki. Nawet jeśli niezbyt byłam ciekawa, jaka jest zawartość wiadomości, nie mogłam dopuścić, żeby ją stracić.

   Pierwsze co zrobiłam, nim kolejna fala ataku mną wstrząsnęła, to pozbycie się ciał i wszelkich śladów ich obecności. Świadomość, że pogorszy to tylko mój stan nie odwiódł mnie - wręcz przeciwnie, byłam zmotywowana zrobić to, nim całkowicie stracę przytomność. Trupów należało się pozbyć, przynajmniej na razie, tak, by nikt nieodpowiedni ich nie znalazł. Po drugie, telefon. Musiałam znaleźć swoją komórkę i to natychmiast. Wizja, że sama nie dotrę do apartamentu, uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Czułam, jak materiał czarnej sukienki kleił się do mnie od zasychającej już mojej krwi, a jej metaliczny zapach zupełnie  się rozniósł po słabo oświetlonym korytarzu, pozwalając mi zrozumieć skalę zagrożenia.

   Miałam dwie opcje wyboru. Dwa numery wpisane jeden nad drugim na liście kontaktów. Pierwszą opcją był przyjaciel Cherubiny, wierny piesek, który obiecał lojalność, mógłby pojawić się od razu, na dodatek zabierając część moich dolegliwości, oczywiście jeśli tylko będzie w stanie tutaj trafić. No i była tu Wade. Nie uśmiecha mi się użerać z ich dwójką na raz, w końcu od tego się wszystko zaczęło. Cały syf, w który wpadłam, był spowodowany tym, że Ruby Wade rzekomo zechciała bawić się w bohatera i przeniosła mnie do miejsca, gdzie rezydował on. Bez dłuższej zwłoki wysłałam wiadomość z miejscem mojego pobytu. Cała moja bezsilność zmieniła się w złość 

— To wszystko twoja wina — Po raz kolejny krew zabulgotała  w mojej krtani, nawet nie próbowałam jej powstrzymywać, spokojnie czekałam, aż krwawy kaszel, przynajmniej chwilowo ustąpi. Przede mną nadal była ostatnia fala, miałam nadzieję, że on zdąży przed nią — Gdybyś nie wpierdalała się do mojego życia, nic takiego nie miałoby miejsca. Jesteś jak uwierająca drzazga, ty i cała twoja banda. A ja byłam zbyt pobłażliwa dla was. Nic nie robiłam, gdy kręciliście się przy mnie jak szczury, nic też nie zrobiłam, gdy napadliście mnie w moim własnym mieszkaniu, byłam wystarczająco cierpliwa, ale całkowicie wyczerpaliście moją cierpliwość. Więc zacznę od waszych najbliższych, żeby pokazać wam gdzie wasze miejsce, żebyście mieli świadomość, że to tylko i wyłącznie wasza wina, duszyczka po duszyczce będę zabierać ich aż w końcu i wy będziecie błagać o śmierć. 

— No popatrz, czyli kolejny raz się w czymś zgadzamy — splunęła — nie wiem, co reszta ma do tej sytuacji, być może to twój ojczulek nasyła kogoś na ciebie, a ty obwiniasz nas o to

— Jesteście, jesteś śmieciem, który leży na ulicy, a którego każdy omija szerokim łukiem, nie chcąc wdepnąć w niego. I traktowałam was do tej pory tak samo. Ale ten śmieć przykleił się do mojego buta, w takiej sytuacji należy się go pozbyć. Jesteście marginesem społeczeństwa, hołotą, która tylko pasożytuje na innych. Ja za to jestem Thronem, aniołem pierwszej triady, niech twój ograniczony rozumek to w końcu pojmie. Throne, mściwy anioł zemsty prędzej umrze, niż odpuści, a wy właśnie wyprowadziliście z równowagi jednego, na dodatek takiego panującego nad czasem. Mam dokładnie wszystko by się was pozbyć, od umiejętności, przez znajomości, kończąc na pieniądzach.  To była najgorsza decyzja waszego marnego życia, początek waszego żałosnego końca. Chciałam po dobroci się z wami rozstać, ale przyczepiliście się do kogoś, kto jest klasy wyżej od was, licząc, że uda wam się coś na tym ugrać. I masz rację, udało wam się. Zyskaliście osobę, która rozerwie was na strzępy i będzie patrzeć, jak się męczycie. A najlepsze jest to, że mi za to nikt nic nie zrobi, a wami nikt kompletnie się nie przejmie — szlag, nie chciałam mdleć, nie teraz, nie przed nią. Ale nie ja o tym decyduję. Obraz przed oczami całkowicie mi się zamazał, dźwięki zlewały się w jedno. Ostatnie konwulsje szarpnęły moim ciałem i bezwiednie upadłam w kałużę swojej krwi.


***


   Wyczuwał ją, ją, ale także jeszcze jedną osobę. Taką, którą z pewnością już kiedyś się spotkał. Spóźnił się dosłownie parę minut, ale może to i lepiej. Skoro była nieprzytomna, to najgorsze miała za sobą, nie mógł uszkodzić jej jeszcze bardziej podczas przenoszenia jej. Przyspieszył krok, kimkolwiek by nie była towarzysząca Lamii osoba, gdy ta jest bez przytomności, jest wyjątkowo łatwym celem. Nie zastanawiał się dwa razy. Nóż myśliwski przeleciał tuż obok twarzy Ruby, rzucony z taką precyzją, że ściął jej kosmyk włosów z grzywki koło ucha, po czym gładko wbił się w ścianę za nią.

— Dotknij jej, wtedy nie skończy się na kudłach — zimny, męski głos w akompaniamencie dźwięku kroków wypełnił powietrze między nimi. Z ciemnego korytarza wyszedł mężczyzna, ubrany dokładnie tak samo jak mężczyźni z wcześniej, jak żołnierz, czarne, luźne spodnie  i tak samo czarny t-shirt. Jednak jego spojrzenie rozwiewało wszelkie wątpliwości, przedstawicielem mundurowych z pewnością nie był i nie przybył, by walczyć z niesprawiedliwością świata. Stanął dokładnie między nieprzytomnym Thronem a czarnowłosą. Rozpoznał ją, wiedział, że kiedyś już wpadła na niego. 

— Kelnereczka. Podejrzanie dużo się kręcisz wokół niej jak na zwykłą obsługę przyjęć. A teraz ona jest w najgorszym z możliwych stanów. Co powinienem z tobą zrobić? — ciemne spojrzenie pobieżnie przeleciało po sylwetce Ruby gdy ta wstawała i oceniała, jak przypuszczał straty wynikłe po bójce

— A z kim mam przyjemność przede wszystkim? Jesteś jednym z nich czy przeciwko nim? Bo to chyba będzie mieć związek ze mną, jak mniemam — zupełnie jak drapieżnik zmrużył niebezpiecznie oczy. Mimo to zignorował ją, gdy już ją zobaczył, nie traktował jej poważnie, obawiał się jej dokładnie tak samo jak dziki wilk słodkiego, puchatego króliczka. Według jego osobistej opinii stojąca przed nim kobieta, a właściwie dziewczynka, która chciała być traktowana jak dorosła, nie miała za grosz instynktu samozachowawczego, ale to był wyłącznie jej problem. Pewnego razu nie zdąży się nawet zdziwić, gdy ktoś ją wyeliminuje. Jednak to nie był jeszcze ten czas, nie było na nią zlecenia. Obrócił się do niej tyłem, pokazując tym stosunek całkowicie lekceważący i pozbierał nieprzytomną Lamię z ziemi. Z nią na rękach wyciągnął z jednej z obszernych kieszeni plastikową butelkę i dokładnie zalał zawartością miejsce krwawego śladu po czarnowłosej. Zaraz po tym w kałużę wpadła tląca się zapałka, by plama stanęła w ogniu. Zgarnął jeszcze nóż wbity w ścianę, dokładnie ten, którym celował w pannę Wadę i po raz kolejny wyminąwszy ją, wyszedł z budynku, w którym już dawno zakończył się bankiet. 


***

   Łóżko jeszcze nigdy nie było tak wygodne, a pościel tak bardzo kusząca i wręcz namawiająca, by zostać w niej, choć odrobinę dłużej. Ale odległe majaki snu brutalnie były rozwiewane przez rzeczywistość. Coraz bardziej świadoma tego co się wokół mnie dzieje, między innymi przez rozrywający ból w piersi, w końcu się obudziłam. Ile byłam nieprzytomna tym razem? Czy zdążył? Najprawdopodobniej, wątpliwe było, by Cherubina Wade po raz kolejny zdecydowała się na tak ryzykowne posunięcie, by przenosić mnie, a już zwłaszcza przenosić mnie do mojego apartamentu. Ostatnie co pamiętam to wypluwanie sobie flaków w tamtym korytarzu pełnym trupów, pozbycie się ich i wiadomość wysłana do Diego. Ojciec nie będzie zadowolony, z pewnością winą za całą sytuację obarczy mnie, co w przyszłości będzie wiązało się z pewnymi niedogodnościami, chociaż tym razem nie przyłożyłam ręki do śmierci jego ludzi.


***


— Korneliusz Black, komisarz śledczy miasta Ortum. Pani Apolonie Maschero — no proszę, czyli policja. Kogo jak kogo, ale psiarni ojciec nie nasłałby na mnie, ktoś inny musiał maczać w tym palce.

— Przykro mi, ale nie będę miała  dzisiaj dla panów czasu — nawet nie podniosłam wzroku znad dokumentów. Sądząc po krokach, było ich trzech. Komisarz śledczy i dwóch przybocznych, pachołków, którzy przyszli z nim chyba tylko dla picu.

—  Jednak będzie musiała go pani znaleźć. Z uwagi na powagę sytuacji nie ma innego wyjścia — mężczyzna irytował mnie, czego nie rozumiał w stwierdzeniu, że nie mam dla niego czasu? Ba, ja nawet najmniejszej ochoty nie mam, by z nim rozmawiać. Jednak policji, nieważne jak nieudolnej i drażniącej mnie, nie mogłam tak po prostu zbyć, dla nich musiałam przewidzieć coś ekstra.

— W takim razie proszę mi opowiedzieć o tej niecierpiącej zwłoki powadze sytuacji. Skoro to takie pilne to możemy porozmawiać tu — udając jakiekolwiek zainteresowanie, odłożyłam dokumenty na bok i po raz pierwszy spojrzałam na komisarza. Na pierwszy rzut oka wyglądał młodo, nie to, co pozostała, towarzysząca mu dwójka.  Ci to raczej wyglądali, jakby samo wyjście na pierwsze piętro byłoby wyzwaniem dla ich kondycji.

— To sprawa poważna i należy do niej tak też podejść. To nie jest odpowiednie miejsce. To, ani żadne inne gdzie podsłuchiwać mogą nawet ptaki. Chodzi o sprawę napadu i kradzieży w El Ateneo Grand Splendid — biała koperta zaświeciła w jego dłoni, w momencie położył ja przede mną na biurku. Zmarszczyłam brwi. Otworzyłam ją i pobieżnie przeleciałam wzrokiem po piśmie

— O terminie przesłuchania wezwany powinien zostać poinformowany pisemnie co najmniej siedem dni wcześniej. W przypadkach niecierpiących zwłoki może to być forma mailowa lub telefoniczna. W El Ateneo Grand Splendid byłam cztery dni temu, więc tym razem nie ma mowy o przypadku niecierpiącym zwłoki. Proszę wyznaczyć jakiś inny termin — kartkę z wezwaniem złożyłam idealnie tak jak była wcześniej i wraz z kopertą odłożyłam ja na biurko.

— Od razu przekazaliśmy go pańskim prawnikom, lecz ci bez fachu ignorowali owo zdarzenie i że ucierpiało na tym dobre imię teatru El Ateneo Grand Splendid, dlatego bezpośrednio udaliśmy się do pani

— Wezwanie przekazuje się bezpośrednio osobie wezwanej, więc skoro do mnie wcześniej nie dotarliście, to jest to wasz błąd, nie mój. Nie zamierzam za niego odpowiadać. Teraz robię wam uprzejmość i w ramach aktu dobrej woli proszę o zaproponowanie innego terminu. Nie pytam o nowe wezwanie, tylko dobrowolnie chcę przyjść na komendę w wygodnym dla wszystkich czasie. Jak widzi pan, nie chcę niczego utrudniać i zamierzam współpracować z policją. To ważne, by mieć zaufanie do służb mundurowych, prawda? 

— W tym jest właśnie problem, gdyż szef galerii chce dostać jak najszybciej wezwania, by mógł ubiegać się o odszkodowania. Już straciliśmy czas przez pani prawników, dlatego oferuje, żeby to załatwić dzisiaj. Upłynnimy to i w miarę szybko się z tym uporamy — nie mam pojęcia czy jest on aż tak bezczelny, czy aż tak głupi i kompletnie ignoruje wszelkie zasady prawa. 

— Nie straciliście czasu przez moich prawników, tylko przez swoją niekompetencję. Nawet moi prawnicy nie są upoważnieni, by odbierać moje wezwanie, o czym doskonale wiedzą. Więc proszę nie zrzucać na nich odpowiedzialności. Ty wy, jako organ ścigania nie dopilnowaliście swojego obowiązku, by dostarczyć mi wezwanie na czas, co swoją drogą w normalnych okolicznościach powinno zostać zrobione przez pocztę. I od kiedy to dyrektor teatru może żądać jakichkolwiek wezwań na komisariat? W zakresie jego obowiązków nie leży prowadzenie śledztwa ani przesłuchiwanie kogokolwiek. To prokuratura i sędzia decydują kto i kiedy będzie wezwany. Sugeruje pan, że policja, prokuratura i sądy nie są niezależne, a jakiś zwykły pracownik placówki kulturalnej może ingerować w śledztwo? 

— Tak, tak, właściciel teatru wcale nie jest na tyle znany i z kontaktami, by wymusić na sądzie szybszą rozprawę. Zresztą on również będzie dzisiaj na komisariacie, dlatego to może pani od razu z nim omówić, o ile się zgodzi — takie bzdury policja może wciskać komuś innemu, ale nie mnie. Z dyrektorem teatru znam się od dawna, nie jest to nic szczególnego, pracownicy ośrodków kultury często ze sobą współpracują. Jeśli będę chciała z nim rozmawiać, to po prostu spotkam się z nim na kawę. Ale nie było potrzeby uświadamiać komisarza.

— W takim razie proszę mieć na uwadze, że ja także mam liczne kontakty. I proszę pamiętać, mówię oczywiście czysto hipotetycznie, że mogę zażądać całkowitego wykluczenia mnie z tej sprawy. Podobno jestem ważnym świadkiem, naprawdę chce pan aż tak ryzykować?

— Ryzykować? Ja tylko wykonuję swoje obowiązki — wyciągnął czarny, niezbyt duży notesik, by zapisać coś w nim. Jednocześnie kiwnął na jednego z towarzyszy — To jak będzie?

— W takim razie następnym razem proszę lepiej się przyłożyć do swoich obowiązków i dostarczyć wezwanie na czas. Bo ten świstek aktualnie nie ma żadnej mocy prawnej ani sprawczej — koperta z wezwaniem została na rogu biurka. Ja natomiast wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, wymijając trójkę mężczyzn — Kto będzie mnie przesłuchiwał?

— Komendant główny oraz komisarz śledczy wraz z policyjnym prawnikiem — kolejna bzdura. Żaden policyjny prawnik nie może być obecny podczas przesłuchania. Tylko prokurator, obrońca, a w tym konkretnym przypadku kilku moich adwokatów oraz pełnomocnik mogą być obecni przy przesłuchaniu. Pan Black chyba rzeczywiście był całkowitym ignorantem

— Ten komisarz śledczy to pan, zgadza się?

— Zgadza się — krótkie potwierdzenie mi wystarczy — innych danych nie mogę podać

— Świetnie. Jeśli przyjadę na komisariat przed panem,  nie będę na pana czekać. Jestem poważną, a przede wszystkim zajętą osobą. Nie mam czasu na takie bzdury — sugestywnie otworzyłam drzwi czekając aż trzech funkcjonariuszy opuści moje biuro

— Jeśli, to jest słowo kluczowe — zatrzymał się w progu — Jednak to będzie szybkie spotkanie

— Skoro pan tak sądzi, nie będę pana wyprowadzać z błędu — nie zdawał sobie sprawy z jego ogromu, ale to jego problem

— W takim razie będę czekał. Wygląda na to, że ma pani auta w idealnym stanie, na pewno będzie pani dzisiaj przed 16 

— Czas to pojęcie względne panie Black. Panu nikt nie broni czekać. I nie przypominam sobie, żeby policja robiła przegląd mojego samochodu, więc proszę sobie darować uwagi na temat jego stanu 

— Ktoś honorowy, nie daje komuś na siebie czekać. A ktoś honorowy i majętny na pewno ma dobry środek transportu — nie, jednak komisarz Korneliusz Black jest po prostu bezczelnym idiotą. Ale to jeszcze nie był czas, by podzielić się z nim swoim spostrzeżeniem. Niech balonik wokół niego rośnie i rośnie, dopiero wtedy, gdy już nadmucha się odpowiednio, przekłuję go, a on wtedy boleśnie upadnie

— Takie komentarze także proszę sobie darować. Zaglądanie innym do portfela jest wyjątkowo nie na miejscu

— Wybaczy, lecz portfel nie mieści się w kieszeni i jest dość widoczny.

— Nawet jeśli, to dobre wychowanie nakazuje nie poruszać takiego tematu

— Rozumiem, że to dlatego, że nie jestem "na poziomie" — prychnął, jego  koledzy obok też

— To są pańskie słowa, nie moje. Ja jedynie wierzę w to, że przedstawiciele służb mundurowych potrafią zachowywać się profesjonalnie. Więc wszelkie osobiste wycieczki i wywlekanie prywatnych urazów nie powinno mieć miejsca, prawda komisarzu Black?

— Prawda, pani Maschero — mrugnął zupełnie jak szczeniak, chcący się popisać i lekko skinął głową — Do popołudnia 

***

— Nie będę odpowiadała na jakiekolwiek pytanie bez mojego adwokata — w ciasnym pomieszczeniu byłam ja, blond włosy stójkowy i stół odgradzający nas od siebie. Zwykły pokój przesłuchań, aczkolwiek ze świadkami zdarzenia ze względu na nabytą w czasie nieprzyjemnych okoliczności traumę powinno rozmawiać się w nieco przytulniejszych warunkach. Nie mnie to oceniać, tak czy inaczej, nie zabawię tu zbyt długo.

— Notuję... Było się dnia tego i tego i godzinie tej i tej na balu takim i takim... — czyli tak chciał się bawić. Dobrze. Bez słowa przypatrywałam się, jak gładko notował *moje* wyjaśnienia. W końcu jestem tylko świadkiem, ofiarą pobicia. Tak jak oczekiwałam od moich pracowników, dość szybko do pomieszczenia weszło trzech mężczyzn, jeden z nich usiadł na wolnym krześle koło mnie, a pozostała dwójka stanęła zaraz za nami.

 — Tyle razy mnie nękaliście, że panów nie muszę przedstawiać. Pański zwierzchnik ma już ich wizytówki 

— A konkretniej który zwierzchnik? Poprzedni został zwolniony za handel na lewo, jeszcze wcześniejszy przeszedł na emeryturę. Imiona i nazwiska potrzebuję 

— Nie moja wina, że pracujący tu przełożeni są niekompetentni. Proszę sobie sprawdzić w mojej kartotece. Nie zajmie to dużo czasu, bo te wizytówki to jedyne co się w niej znajduje

— Nie zajmie wiele czasu — monotonny, wręcz urzędowy głos wypełnił całe pomieszczenie — Dobrze wiedzieć, jednak czas to pieniądz. Dlatego — wszystko się zatrzymało, towarzyszący mi mężczyźni, wskazówki na zegarku. Nawet ta irytująca mucha przestała latać — zaoszczędźmy go — Następny gracz, dlaczego każdy z nich myśli, że ma jakiekolwiek szanse? Nie mogą zrozumieć, że ich miejsce jest pod moim butem? 

— To niby ma być sposób na zaoszczędzenie czasu? Ja nadal tu bezsensownie tkwię i jestem zmuszona wysłuchiwać głupot — czego się spodziewał? Że przestraszy mnie tak marną sztuczką i od razu wyśpiewam wszystko, co tylko chce?

— Nie chodziło o specyficznie twój czas — siedzi wygodnie oparty o krzesło — pani Maschero. Kontynuując, po balu charytatywno-artystycznym nie udała się pani od razu do wyjścia.

— Na wszystkie pytania w moim imieniu odpowiadają moi adwokaci. Proszę ich zapytać  

— Przed wyjściem — kontynuuje ignorując moje słowa — Została pani napadnięta przez grupę zbirów — Nudził mnie. Początkowe, jeśli w ogóle można to tak nazwać zainteresowanie jego umiejętnością, zniknęło, zastąpiła go marna powszechność. Jednak skoro nie wyglądało na to, że zamierzał mnie wypuścić, zamierzałam wykorzystać jego zagrywkę przeciwko niemu. Zatrzymał czas? Bardzo dobrze. Wystarczyło znaleźć odpowiedni cel, zabawkę, która nada bieg dalszym wydarzeniom. Traf wybrał zaślepkę, element krzesła, na którym siedziałam. Była ona zdecydowanie ciekawsza niż komisarz

— Nie tylko pani, ale także kelnerka z owego baru — przybliżył długopis do ust — Cherubina Wade, mała, czarne włosy, chuda, zgadza się? — Nie była kelnerką, a przynajmniej nie zachowywała się w ten sposób. Robiła za chłopca na posyłki, który w jakże uroczy sposób próbował mnie szantażować.

— Proszę wejść — Nie wierzyłam we własne szczęście. Sprowadził tu ją, sprowadził Cherubine Wade na moje przesłuchanie, lepszego prezentu nie mogłam sobie wymarzyć, ułatwił mi załatwienie dwóch spraw za jednym razem. Flik dość sprawnie opróżnił krzesło, by przybyła kobieta mogła na nim usiąść.

Tyle razy zaślepka od nogi mojego krzesła zniknęła i wróciła do tych czasów, że mój organizm, przyzwyczajany do przekraczania granic, nie dał rady więcej. Pierwsze krople krwi wydostały się z moich ust, delikatnie środkowym i serdecznym palcem przetarłam kącik, zamiast regularnego śladu po spływających kroplach, musiało być widoczne niechlujne rozmazanie. Nie skorzystałam z rzuconych mi jak psu chusteczek, pozwoliłam, by spływała po mojej twarzy. Wpatrywałam się w ten sam punkt i kontynuowałam swoją zabawę zaślepką.

Przedmioty leżące na stole zostały wzięte w mojego apartamentu, bardzo dobrze. Im więcej brudów będzie przeciwko nim, tym szybciej i skuteczniej się pozbędę robactwa. Wystarczyła odrobina samokontroli, a sami zawiążą sobie stryczek, na którym zawisną. Ja za to będę tylko patrzeć, jak pogrążają się jeszcze bardziej. 

— Jak bardzo dobry jest twój prawnik, jeśli mogę spytać? Mogłabyś go sobie wymienić na innego? Jak długo by ci to zajęło? — pytania zeszły na drugi plan. Płuca z każdą chwilą paliły mnie coraz bardziej, atak kaszlu początkowo delikatne zamieniły się w prawdziwe spazmy. 

— Rany boskie, daj jej coś, bo się zachłyśnie — czyżby ruszyło ją sumienie? Nie, to nie to. Strach o jej własne bezpieczeństwo? W końcu gdybym straciła zbyt dużo krwi i zemdlała na komisariacie, byłoby to problematyczne. Wiele osób widziało, jak wchodziłam tu w nienaruszonym stanie. Dokładnie takim samym muszę opuścić budynek.

Prowadzący śledztwo kolejny raz przesunął jednego z moich prawników. Szarpiąc go za kołnierz jedną ręką, drugą wkładając pod pachę, położył go na stole po mojej prawej stronie.

—  Proszę, i tak nic nie zauważy — krew przeciekała przez przyłożoną do ust dłoń, nijak nie dało się jej zatamować. Na blacie tworzyła się bordowa kałuża zalewająca przedmioty na nim. W końcu nie zmieściła się na stole i zaczęła skapywać prosto na podłogę. Biel mojej koszuli także została ulotnym wspomnieniem. Plama z każdą chwilą powiększała się coraz bardziej, pokrywając coraz większy obszar tkaniny.

Uśmiechnęłam się w duchu. Mam cię. Minimalizując straty, dałam się ponieść uderzeniu, krzesło ujechało w kałuży krwi i gwałtownie wbiło krawędź blatu we mnie, w miejsce między żebrami a brzuchem. Jakby odruchowo przekręciłam lekko głowę, by nie trafić nosem w blat. Uderzyłam prawym policzkiem o metalowy stół i jeden z przedmiotów znajdujący się na nim. Krwawy kaszel został wzmocniony dźgnięciem pod żebra. Krew rozprysnęła się na stół, na Ruby Wade, ale też na ścianę z drzwiami wejściowymi. Pieczenie na czole potwierdziło moje przypuszczenia, skóra została rozdarta, a wokół  rany z pewnością już zaczął tworzyć się obrzęk. Niespiesznie podniosłam się, przetarłam tylko dłonią krew zalewającą oko i wróciłam do mojej zabawy zaślepką.

— Patrz, co narobiłeś — w jej głosie wyraźnie było słychać pretensje. Ciekawe było to, że Cherubina jest per ty z policjantem, wszystko wskazywało na to, że się znają.

— Nie ja. Nie moja wina, że jest słaba — krótka rozmowa między tą dwójką kompletnie mnie nie interesowała na dłuższą metę. Była czymś, co za moment wyleci z mojej pamięci jako informacja bezużyteczna i zbyteczna. Jednak chwilowo mogła okazać się odrobinę pomocna. Czuję, jak Ruby nieporadnie próbuje ustabilizować moje ciało. Próżny trud.

Zaślepka zniknęła po raz ostatni, a ja po rozrywającej płuca fali krwawego kaszlu zsunęłam się z krzesła i upadłam nieprzytomna, o ironio znowu w jej obecności, w kałużę swojej własnej krwi na podłodze.


<Ruby?>



==========================================================================

Od Ruby do Apolonii


Ruby przeczuwała, że tak potoczy się to spotkanie. Zawsze oczekuj nieoczekiwanego. W tym przypadku nieoczekiwane było wyczekiwane, taka możliwa możliwość. Lamia nie przyszła, by negocjować. Gdy nie działo się tak, jak zaplanowała, postanowiła zrobić uprzykrzający pokaz mocy. Czarnowłosa była na niego przygotowana. Jedyne, czego nie wiedziała, to to, co zniknęła Lamia. Jednak to było kwestią małostkową, ponieważ w sali nie znajdowało się nic wartościowego, oraz Lamia nie mogła sprawić, by zniknęli ludzie.

Kiedy Apolonie całkowicie odleciała w stan nieświadomości, Ruby przystąpiła do działania. Razem z Korneliuszem ułożyli ją na ziemi w bezpiecznej pozycji na boku. Przyklęknęła obok. Wyciągnęła nad nią ręce. Wędrowała nimi nad jej ciałem, przez jej palce zaczęło przechodzić wibrujące ciepło.

- Ostrożnie, bo możesz ją jeszcze usmażyć. - powiedział Korneliusz szeptem.

- Wiem co robię - zamknęła oczy - Pamiętam.

Opuszki jej palców zrobiły się czerwone. Spod paznokci wydostawała się para. Po chwili cała dolna strona dłoni piekła i pojawiły się na niej bąble. Bolało jak diabli. To kara za używanie anielskiej mocy przez demona. Zagryzła wargi, oczy wywijały jej się do środka. Czuła się coraz gorzej, jakby efekty uboczne Lamii zaczęły na nią przechodzić. Z kącików jej ust zaczęła cieknąć strużka krwi. Korneliusz, który wszystko nadzorował, z niecierpliwością wypatrywał zmian witalnych w Apolonii. Mierzył czas.


***Jakiś czas wcześniej, w mieszkaniu Liny Caro***


- Witaj Lina... Wybacz, jeśli przeszkadzam i przychodzę nie w porę. Mam do ciebie małą prośbę... Mogłabym wejść?

- Och, oczywiście... Właź Ruby, śmiało - zaskoczona Lina przepuściła Ru przez próg.

Nawet nie zdjęła butów. Nie rozgościła się w przestronnym mieszkaniu penthousie. Odwróciła się na pięcie do jasnowłosej, lecz nie podniosła na nią wzroku. Trochę się wstydziła prosić o to, o co poprosi. Gdy drzwi się zamknęły, natychmiast przytuliła się do Liny.

- Rubinko, co się - nie dokończyła.

- Przepraszam! Proszę, daj mi trochę swojej mocy - rzekła z głową wtuloną w jej plecy - Proszę, będę jej potrzebować w sprawie Lamii.

Zaczynała czuć lekkie zmiany. Jej ciało zaczęło się przekształcać. Jej skóra stała się delikatniejsza, czysta, nieskalana bliznami. Jej nos inaczej oddychał. Trochę urosła, ubrania się na niej opinały, buty były za małe. Lina też to czuła i nie podobało jej się to.

- Ruby, nie... Pomogę, tylko nie rób mi tego. Nie rób tych swoich sztuczek na mnie - jej głos drżał.

- Nie chcę, byś mi pomagała. Nie chcę i ciebie narażać. Już wystarczająco dla mnie zrobiłaś.

Przed nimi stała szafka na buty, wieszak na kurtki, oraz pionowe lustro. Gdyby Ruby mogłaby się w nim przejrzeć, spostrzegłaby, że Lina ulatnia z siebie strumienie łez. Nie mogła tego widzieć, ponieważ anielica trzymała ją kurczowo za nadgarstki, by ta nie wyślizgnęła się z objęcia. Nie chciała, by ona zapamiętała ją w takiej żałosnej chwili słabości.

- Chcesz mojej mocy - wychrypiała - Dostaniesz ją. Pozwalam ci się ode mnie posilić.

Symboliczna, ostatnia łza zatrzymała się na jej policzku. Z nutą zawahania spadła do ich stóp. Nadgarstki Ruby lekko poróżowiały od zbyt mocnego uścisku. Blask niebieskich oczu zgasł. Ru poczuła ciepłą energię i zaczęła ją chłonąć. Było jej od groma, jednak sumienie nie pozwalało jej zabrać zbyt wiele. I tak już nadużyła gościnności Liny aż nadto.

- Przepraszam...

- Jeszcze raz tak zrobisz... - zawahała się, zerknęła za ramię - Nie rób tego więcej po prostu. Zrozumiane?

Ruby tylko przytaknęła w jej plecy.


***Powrót do naszych czasów***


- Wystarczy już. 

- Ona się jeszcze nie wybudziła. Muszę dalej próbować.

Ponieważ Ruby nie posłuchała za pierwszym razem, Korneliusz odepchnął ją natychmiast od Apolonii. Wylądowała obok niej. Jej krew z ust zaczęła spływać do stojącej już bordowej kałuży.

- Jeszcze trochę i zaraz ty będziesz potrzebowała pomocy! - warknął - Już sama dojdzie do siebie. 

Powiedział to, jakby był lekarzem, który to stwierdziłby po coraz bardziej słyszalnym oddechu, podwyższonym pulsie, reakcji rogówek na światło. Powtarzam, jakby był. Miał statystyczne szczęście powiedzieć coś, co się akurat wydarzy. Ru starała mu się wierzyć na słowo, by cały jej trud i cierpienie nie poszedł na marne.

Uniosła dłoń nad siebie. Bąble nadal były, teraz obtoczone były czarną smołą aż po łokcie. Przynajmniej nie piekły już, tylko pulsowały bólem przy każdym ruchu.

Jej słabe ciało opadło całkowicie na podłogę. Poddała się grawitacji walkowerem. W takim stanie dopiero po chwili zauważyła, że styka się lekko głowami z Lamią.

- Obudź się wreszcie - wychrypiała.

W tym stanie nie zauważyła od razu, kiedy Korneliusz zaczął "sprzątać" miejsce zbrodni. Skądś wytrzasnął wiadro i szmaty, którymi pozbył się najgorszych śladów krwi. Powierzchownie ogarnął miejsce przesłuchania tak, że trzeba było się przyjrzeć dłużej, by zobaczyć, że coś tam nie gra. Robił to z wyćwiczonymi ruchami, jakby z przyzwyczajenia. W szkole aktorskiej ponoć odgrywał wiele ról w kryminalnych przedstawieniach.

Podszedł do zastygłych w miejscu prawników, poprawił ich pozy na krzesłach i razem z nimi wyniósł ich z sali. Ruby zauważyła, co robi, gdy usłyszała głos Chrystiana i Mikołaja. To oznaczało, że czas leciał z powrotem.

- Ostrożnie z nimi, gdy się przebudzą, mogą być nieco rozkojarzeni. Pamiętacie co robić? 

- Tak, a jak sytuacja tutaj? - Chris wystawił nieco swój łeb, przejmując od Korka nieprzytomnych gości.

- Obie padły, tamta jeszcze się nie wybudziła. Lada moment - znów spojrzał na zegarek na nadgarstku.

Jego specjalny zegarek pokazywał upływ czasu, nawet gdy go zastopował. Podczas gdy standardowy zegar pokazywał obecnie godzinę szesnastą, Kornel zamknął drzwi i wrócił do dziewczyn. Uklęknął tak, że patrzył na obie z góry. Jego fałszywa odznaka leniwie dyndała mu na wisiorku.

- Bawi cię ten widok, blondasku? - mruknęła.

- Widziałem lepsze widoki. Obie wyglądacie tragicznie - na jego twarzy rysował się wyraz patosu, obrzydzenia i ukrytego współczucia - Mam nadzieję, że chociaż warto doprowadzić się do takiego stanu. Blondi nie mówiła mi w detalach, po co ta cała farsa, ale ja na waszym miejscu... eh... - uciął.

Mówiąc Blondi, miał na myśli Linę. Ot, kolejna pomoc od niej. Wynajęła im aktora na rolę policjanta, który posłużył jako przynęta na Apolonie. Rewelacyjna gra, opinie nie do podważenia, wczucie w charakterze. Zbyt dobre wręcz. Ruby miała uczucie, jakby odgrywał rolę swojego życia. 

- Muszę na minutkę coś sprawdzić - mruknął. Czas znów się zatrzymał.


***Parę minut później***


Blondyn leżał w kącie sali, swoją głowę obkładał workiem wypełnionym kostkami lodu. Nad nim stała trójka przyjaciół.

- Czekaj, czekaj - powiedział Mikołaj - Czyli chcesz powiedzieć, że zatrzymałeś czas, bo musiałeś iść do klopa, wyszedłeś z sali, a jak wróciłeś, Lamii już nie było, za to był tu jakiś gość i to on cię tak załatwił?

- Dokładnie. Zaszedł mnie od tyłu, bez honoru. - poprawił lód na wielkim guzie - Gdy się obudziłem, jego też nie było.

- Ja pierdolę... - mruknęła żałośnie Ruby - Nosz kurwa ja pierdolę! - krzyknęła na całą salę.


<Apolonio? Głowa mnie ćmiła...>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...