Karty tarota, które niedawno znalazłam w swojej poczcie leżały rzucone niedbale na półkę razem z dokumentacją o autopsji moich ludzi. Przez tę bandę przybłędów problemy nawarstwiały się mi jeden na drugim, na dodatek bezczelnie zrzucali na mnie odpowiedzialność za wszystko jak i swoje obowiązki – Powinnam je oddać do schroniska – mruknęłam do siebie, przeglądając stronę internetową z akcesoriami dla zwierząt. Mogłam co prawda zlecić Ellie załatwienie tego, w końcu bez mrugnięcia okiem wykonywała wszystkie moje, nawet najpodlejsze polecenia. Jednak z jeszcze większą radością donosiła wszystko ojcu, a takie nietypowe zachowanie z pewnością wzmożyłoby jej czujność więc i ojczulek by o tym wiedział. A ja nie miałam pewności czy i on w to nie jest zamieszany, po nim mogłam się zdecydowanie wszystkiego spodziewać, włącznie z tym, że naśle zabójców na córkę, którzy mieli ją nastraszyć, odmówiłam ostatnio wykonania jednego zlecenia, nie miał nic, co mógł mi zaoferować w zamian. Zdawałam sobie sprawę, że wypowiedzenie posłuszeństwa nie jest dobrym posunięciem, ale on także wiedział, że beze mnie traci zdecydowanie za dużo, nie mógł sobie, przynajmniej chwilowo, pozwolić na pozbycie się mnie. W tym przypadku lepiej było, żeby jak najmniej wiedział, nie chciałam sprowadzać sobie na głowę następnych trudności.
Kliknęłam ikonę koszyka, ale nie zapłaciłam za zakupy. Jeśli Mikołaj chciał, żebym zajmowała się jego zwierzyńcem, a nie przyniósł nic do opieki nad nimi, sam będzie musiał opłacić rachunki za ich utrzymanie, a postarałam się, aby były spore. Bez ceregieli przesłałam fakturę do opłacenia na jego konto, nawet się nie podpisując i zamknęłam laptopa. Teraz pozostawało jeszcze umieścić koty w jakimś miejscu, by nie musiała ich oglądać.
Gdy w końcu pozbyłam pierwszego, a zarazem najmniejszego problemu mogłam zająć się następnymi. Miałam na głowie poważną wystawę i jeszcze ciekawszy skok, nie miałam czasu na użeranie się z oszołomem, trzeba było pozbyć się go jak najszybciej, żebym w pełni mogła skupić się na przygotowaniach. Jakby tego było mało, za parę dni jest organizowana coroczne przyjęcie u ojca, pod pretekstem balu charytatywnego, na który patrzyło całe Ortum, szukał ewentualnych chętnych, którzy byliby na tyle przydatni, by do niego dołączyć. Na moje nieszczęście, musiałam się tam pojawić nie tylko jako dziecko rodziny Maschera, jeśli to byłby jedyny powód, zapewne moje zaproszenie już od dawna leżałoby w koszu. Niestety moje nieudolne szefostwo stwierdziło, że będę najlepszym kandydatem na reprezentowanie galerii, na bankiecie ojciec postanowił zorganizować aukcję, z której środki zostaną przekazane na cele charytatywne. W tym roku wymyślił taki sposób na zapewnienie sobie mojej obecności. Szefostwo, wybierając mnie, zapewne liczyło na hojność mojego ojczulka, mogą się stanowczo przeliczyć.
Przyjrzałam się dokładnie kartom tarota, Mikołajowi pasowała idealnie. Jednak nie to przykuło moją uwagę, każda karta, nie licząc dwóch z jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie jeszcze kodem, była podpisana. Tylko że część z nich była podpisana pełnym imieniem, a część nie, Lina to było zdrobnienie, a moja karta podpisana była moim pseudonimem, przezwiskiem, które nadał mi ojciec. Mało kto z niego korzystał, to wiele mówiło o osobie, która podesłała jakże sentymentalny prezent. Musiał to być ktoś blisko, lub na tyle wpływowy, by mieć wtyki u mojego ojca, co nie było łatwe. Zwykle tacy zdrajcy przed śmiercią długo żałowali, że się w ogóle urodzili, co mocno odstraszało ewentualnych kolejnych śmiałków. Musiałam brać też pod uwagę, że Ruby i jej znajomych, także nazywali mnie w ten sposób, najwidoczniej Chrystian wyczytał to w moich myślach i zapoczątkował trend nazywania mnie w ten sposób przez ich bandę, tak więc od nich też mógł wydobyć informację. Sama nie wiedziałam co gorsze, wtyka w rodzinnym interesie, kłopotliwa i zdecydowanie niewygodna ze względu na swoją mocną pozycję czy też szczur zdobywający informacje od Ruby i całej reszty, co również może być problematyczne przez umiejętność Chrystiana, przed którą ciężko może mi być, się ochronić.
Ostatnie poprawki. Krwistoczerwona uszyta na miarę i specjalnie przygotowana na ten wieczór sukienka leżała na mnie idealnie. Zresztą jak wszystko, co wychodziło spod ręki tego projektanta. Siedząc przed lustrem, skropiłam jeszcze nadgarstki bajecznie drogimi perfumami i zaczęłam się zbierać do wyjścia. Gala już się zaczęła, więc pokazowe spóźnienie można uznać za odhaczone, nie mogłam jednak liczyć, że przejdzie to bez echa zarówno w jutrzejszych gazetach jak i w oczach ojca, chciał, żebym witała z nim gości, a być może urokiem osobistym i głębszym dekoltem przekonywała tych bardziej opornych do współpracy z nim. Uśmiechnęłam się na samą myśl, jak wściekły musiał być, gdy przekazali mu informacje, że mnie jeszcze nie ma i szybko się nie zjawię.
Bankiet trwał w najlepsze, spora orkiestra przygrywała w tle jakąś niezbyt skoczną, a jednak na tyle żywą muzykę by chętni mogli do niej tańczyć, kelnerzy roznosili szampana w pozłacanych kieliszkach na złotych tacach, stoły zastawione jedzeniem i oczywiście także złotą zastawą aż uginały się pod jego ciężarem, jednym słowem kicz, którym zwykłe pospólstwo, a w głównej mierze ono się tu zgromadziło, się zachwyca i uważa za symbol luksusu.
Aukcja prowadzona była w dość nietypowy sposób, nie była ona otwarta, pod publikę. Każdy, kto chciał licytować, musiał znaleźć mnie osobiście i podać licytowaną kwotę, dzięki temu nikt nie wiedział, kto bierze udział w licytacji, ale też nikt nie będzie wiedział, kto jest zwycięzcą, poza samym zainteresowanym i mną oczywiście. Ojciec jak zwykle brylował wśród towarzystwa, niby wielu z nich się domyślało o jego koneksjach z Mortems jednak nikomu nie przeszkadzało to w zabawie razem z nim, gwiazdy, politycy, wszelacy stróże prawa od zwykłego posterunkowego po sędziów, a nawet wysoko postawieni duchowni praktycznie wszystkich wyznań, którzy myślą, że automatycznie stają się anonimowi gdy tylko zdejmą koloratkę czy co tam noszą.
Porwał mnie do tańca, było to jego pięć minut, kiedy bez przerywania mógł ze mną porozmawiać, doskonale wiedział, że nie ma więcej czasu. Byłam odpowiedzialna za jego aukcję, a ja sama też nie rwałam się do tego, by spędzać rodzinny wieczór. — Miałaś być wcześniej, zapłacisz za to— to były jego pierwsze słowa, które padły w moim kierunku. Oskarżenie i powiadomienie o karze, stary system, który funkcjonuje w naszym domu, odkąd pamiętam. Nie interesowało go moje wytłumaczenie, powód był nieistotny dla niego. Kiedyś może bym się przejęła, jednak to już nie ten czas, a ja nie jestem tamtą zlęknioną dziewczynką — Musiałam dopilnować twojej licytacji, dopełnić wszelkich formalności, których tobie nie chciało się załatwiać, więc jak zwykle posłużyłeś się mną — odpowiedziałam gdy tylko skończył mną obracać, nie zamierzałam dać zrobić z siebie kozła ofiarnego. Doskonale widziałam, że chciał coś jeszcze dodać, o dziwo, w końcu to do niego zawsze należało ostatnie słowo, nie zrobił tego. W ciszy dokończyliśmy taniec, a gdy tylko utwór skończył się, natychmiast uwolniłam się od ojca. Coroczna szopka, czyli taniec ojca z córką mamy już za sobą więc istniała spora szansa, że nie będę musiała już go dziś oglądać z bliska.
— Nie śpieszyło ci się — syknęłam zła do ciemnowłosego mężczyzny, który właśnie usiadł obok mnie przy stoliku. Moja osoba towarzysząca. Nonszalancko poprawił marynarkę, która swoją drogą kompletnie nie nadawała się na takie przyjęcie, zwłaszcza że nie ukrywała kabury z bronią, z którą on nawet się nie krył. Jak zwykle zamierzał odegrać swoje przedstawienie. Zlustrował mnie wzrokiem, bezczelnie zatrzymując się dłużej na piersiach — Gdybyś nie był, taki dobry jak myślisz, już dawno wyleciałbyś na zbity pysk — oboje doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jest to prawda, co skrzętnie wykorzystywał. — Nie tylko ty lubisz efektowne wejścia — jak gdyby nigdy nic wziął swój kieliszek i upił łyk szampana — Przez ciebie musiałam tańczyć z ojcem — chwilowo mogliśmy pozwolić sobie na taką rozmowę, przy naszym sześcioosobowym stoliku byliśmy sami, nie było więc niepotrzebnych par uszu, które z chęcią by chłonęły zasłyszaną plotkę. A moja niechęć do ojca i dramaty naszej rodziny z pewnością by niektórych zainteresowały. Przez chwilę zapanowała między nami cisza, musiał zdawać sobie sprawę, że nie był to najszczęśliwszy moment mojego życia. Nagle przed moją twarzą pojawiła się czyjaś dłoń z talerzem, jedna z kelnerek położyła danie przede mną, nie zwróciłabym na nią kompletnie uwagi, gdyby nie doskonale znana mi blizna. Czy oni nie mogą zrozumieć, że lepiej dla nich będzie, jeśli będą omijać mnie szerokim łukiem? Jak widać to warcholstwo jest niewyuczalne, ignorując zdziwione spojrzenie mojego towarzysza, wstałam i ruszyłam za Ruby Wade, nie było przypadkiem, że się tu wślizgnęła, a jeśli ona tu była to i reszta gdzieś musiała się ukryć. Złapałam ją za nadgarstek i pociągnęłam za sobą na półpiętro — Czego nie rozumiesz w zdaniu, nie chcę was więcej widzieć? — natychmiast się od niej odsunęłam, blokując jej zejście na dół — Twój kolega stalker odezwał się do ciebie? — Jeśli mi nie powiesz, kto tu jeszcze z tobą jest, każe przetrząsnąć ochronie cały bankiet i gdy was znajdzie, wylecicie szybciej, niż możesz sobie wyobrazić — rozsunęła ostrożnie poły swojego kelnerskiego mundurka i pokazała mi kartę tarota, królową mieczy, identyczną jak ja dostałam i podpisaną dokładnie tak samo — Nie wiedziałam, że rozdajesz autografy — od razu z powrotem schowała kartę, jakby bała się, że ktoś niepowołany mógł ją zobaczyć — Zamiast śledzić moją karierę zawodową, powinnaś sama zabrać się do pracy. Ojciec nie toleruje nierobów — nie podobało mi się, że coraz więcej rzeczy nas łączyło. Chciałam się od nich odciąć jak najszybciej, tymczasem wszystko się jeszcze bardziej plątało i gmatwało — Nie wiedziałam, że interesuje cię spirytyzm. Myślałam, że jesteś zbyt przyziemna na to. Ale dziękuję za kartki dla reszty — urocza mała Ruby próbowała być sarkastyczna — A tak szczerze powiedz jeśli też je dostałaś. Przeczuwałam, że coś ukrywasz — Ukrywam całą masę rzeczy, jak każdy. Nie widzę powodu, bym miała się z czegokolwiek ci spowiadać — była ostatnią osobą, której zamierzałam się z czegokolwiek tłumaczyć — Nie, nie spowiadać. Nie jestem księdzem. Chcę po prostu znać prawdę. Są podejrzenia, że zabójca jest po twojej stronie — prychnęłam, znowu zamierzamy się bawić w bezpodstawne insynuacje. Czy nie mogą pojąć, że gdybym to była ja to już od wielu lat byliby martwi? — Widzę, że znowu rzucasz pomówieniami — założyłam ręce na piersi — w takim razie pozwijcie mnie, skoro uważacie, że to ja zabijam — niech spróbują, mój adwokat rozniesie ich w pył, jedyne co im zostanie to to, co będą mieli na sobie. Nic więcej. — Nie. Źle zrozumiałaś. Zabójca to nie ty, ale ktoś od ciebie. Niekoniecznie o tym wiesz. — Nie macie kompletnie nic, żadnych dowodów, które obciążałyby mnie lub moje otoczenie. Beztrosko rzucacie oskarżeniami, nie będąc świadomym, że odbije się to wam czkawką, jeśli nadal będziecie mnie nachodzić, wystąpię o sądowy zakaz zbliżania się do mnie — ta rozmowa, tak samo jak i oni i ich idiotyczne gadanie, męczyła mnie. Ile razy mogę powtarzać im to samo? — Może byś w końcu przestała bronić swoich? Nie widzisz, że ten gach też na ciebie poluje? — Nawet jeśli, to większe szanse mam bez was — to oni przyczepili się do mnie jak rzep do psiego ogona, więc aktualnym priorytetem było pozbycie się ich, nie jest mi potrzebny balast, który muszę ciągnąć za sobą — A teraz ciap ciap, skończyło się wino przy moim stoliku — zrobiłam jej przejście, jeśli już tu jest, to niech robi to, co należy do jej obowiązków. Odprowadziłam ją wzorkiem, jak poszła do kuchni, a sama wróciłam do stolika — Mam to załatwić? — spytał poważnie mój partner, przeszło mi kiedyś przez myśl, żeby skorzystać z jego umiejętności, w końcu za coś mu płaciłam. Jednak ten problem nie wymagał jego zaangażowania. — Szkoda zachodu, poradzę sobie sama. Jak będę cię potrzebowała, to wiem gdzie szukać — wtedy usłyszeliśmy głośny trzask za nami, natychmiast się obróciliśmy, jeśli się nie myliłam to na podłodze leżało roztrzaskane Chateau Mouton Rotschild za ponad sześć tysięcy za butelkę, a Ruby właśnie próbując jakoś wmieszać się w tłum, chciała uciec. Kierowana impulsem wstałam i zamiast zająć się swoją kolacją, ruszyłam za nią. Bez wahania otworzyłam drzwi do pokoju służbowego, jako dziecko spędziłam w nim tyle czasu, że równie dobrze mogłabym powiedzieć, że to mój pokój — Nie dość, że wślizgnęłaś się tu nieproszona, to jeszcze demolujesz mój rodzinny dom — odezwałam się dopiero gdy zamknęłam drzwi na klucz, a ten, bezpiecznie znajdował się w mojej dłoni. Nie chciałam, aby ktokolwiek nam przeszkadzał. — Sami go sobie demolujecie, zapraszając ludzi nieodpowiednich do waszej klasy — jej bezczelność nie miała granic, tylko bóg raczy wiedzieć, o ile istnieje, czemu się jeszcze ich nie pozbyłam — Jedynymi osobami, które są w nieodpowiednim miejscu, jesteś ty i ci, z którymi tu przyszłaś. Nikt inny nie robi tu takiego syfu, który notabene powinnaś sprzątać, a nie robić. A to wino kosztowało ponad sześć tysięcy — ona takiej kwoty na oczy pewnie nie widziała, a tak beztrosko rozbija butelki jakby to była woda z kranu za parę groszy — Jeśli tak sądzisz, to brawo ty. Ale ja na twoim miejscu uważałabym na lafiryndziarzy z kolorowymi włosami, których twój tatuś sobie sprowadził. Narobią ci jeszcze większego bałaganu i niesławy — spojrzałam kpiąco na nią, nie wiedziałam co to, groźba, porada, cokolwiek to miało być, zdecydowanie nie zamierzałam brać tego pod uwagę — Skoro ty ich nie lubisz, to uwierz, dogadam się z nimi wyśmienicie — wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, czy jakoś tak. Ruby wyglądała, jakby nie przepadała za kimś, kogo tu zobaczyła, to tłumaczyło, czemu upuściła wino, mało tego, odniosłam wrażenie, że nawet się boi — Twój biznes na tym ucierpi, a ty skończysz jako szczebel średniej klasy — taki upadek mi nie groził, nie po tylu latach wyrzeczeń, doprowadzania wszystkiego do niemal perfekcji, nie wchodziło w rachubę, abym teraz musiała obcować z pospólstwem — Śmiem wątpić — tak właściwie nie miałam żadnych wątpliwości, nic ani nikt nie stanie mi na drodze, jeśli ktokolwiek będzie próbował strącić mnie ze szczytu, czeka go bardzo dotkliwy upadek z wysokości — W takim razie boleśnie się przekonasz — ruszyła w stronę drzwi, szarpnęła za klamkę, ale nie puściła. Uśmiechnęłam się kpiąco, ta rozmowa zakończy się wtedy, gdy ja będę tego chciała. — Czysto hipotetycznie — zaczęłam — gdybym także dostała takie karty, to co w związku z tym? – odwróciła się w moją stronę — To z pewnością chciałabyś wiedzieć, co jest na nich napisane szyfrem — pokazałam jej klucz od drzwi, aktualnie była tu ze mną zamknięta — Zakładając, że je dostałam to i tak się dowiem. Prędzej czy później, to tylko kwestia czasu — Raczej później. Jak już ktoś z tęczą na włosach cię pogrąży — Posłuchaj — usiadłam na jednym z wolnych krzeseł — ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, na co mnie stać. Jeśli będzie trzeba, pozbędę się każdego, komu przyjdzie do głowy mi zaszkodzić, wszelkimi kosztami. Wy, mimo że mnie irytujecie, jednocześnie bawicie mnie z tymi swoimi bezskutecznymi próbami, dlatego jeszcze możesz bawić się w te przebieranki — Zdaję sobie sprawę, że pogrążasz się w swoim towarzystwie. A ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Masz te karty — to było stwierdzenie, nie pytanie — Tylko ten fakt ukrywasz — czy ona nie słyszała hipokryzji, która z każdym słowem ją otaczała. Cały czas kręcili się wokół mnie, nie chcąc zostawić mnie w spokoju — Nie chcesz mieć z tym nic wspólnego, a cały czas usilnie chcecie mojej pomocy — Pomocy? — prychnęła — Chciałam tylko wiedzieć, czy wiesz coś o kartach. A teraz jestem pewna, że wiesz – szczyciła się tym, jakby co najmniej Amerykę odkryła — No i masz pewność i co ci z tego? — to, że się ze mną skontaktował, niczego nie dowodzi — Teraz możemy się przypatrywać, co ci się stanie, byśmy tego uniknęli — A jeśli to w drugą stronę pójdzie? I to ja będę podziwiać przedstawienie w pierwszym rzędzie? — Mylisz się. Co dwie głowy to nie jedna. Ty możesz mieć swoich speców od szyfrów, ale oni tylko podadzą ci hasło, a nie pomocną rękę, gdy jedną ci ktoś utnie — Oj Ruby, Ruby, tak bardzo nie doceniasz mnie — I znowu nie wiesz co, mówisz. To ja jestem z tych, co ręce ucinają, nie potrzebuję, jak to ładnie ujęłaś pomocnej dłoni — To moja pomocna dłoń czym była? — kolejna próba kpiny — i nie mów mi, że być sobie sama poradziła. Robiłaś aniołki we własnej krwi — Całe życie radziłam sobie sama, nie myśl, że jesteś mi do czegokolwiek potrzebna albo że zawdzięczam ci cokolwiek, nie potrzebuję od ciebie nic z wyjątkiem świętego spokoju.
- Skoro chcesz spokoju, to mnie wypuść i daj mi odejść - Ruby starała się zachować resztki przyzwoitości i nie wypowiedzieć tego tonem obraźliwym.
- A jaki to ma sens, skoro i tak za każdym razem wracacie do mnie? - wytknęła - Wielokrotnie mówiłam, że nie chcę was widzieć, co dokładnie za każdym razem mieliście kompletnie gdzieś.
- Spokojnie, teraz zapewniam cię, że nie wrócimy. W twoim towarzystwie obracają się naprawdę obrzydliwe osoby, na które lepiej uważać, a ty to lekceważysz. My nie. My nie chcemy być pociągnięci na dno z mułem. Tobie też radzę uważać na niektóre typy.
-To nie jest moje towarzystwo - wysyczała te słowa z pogardą, nawet gdzieś poczuła kropelki jej śliny - praktycznie nikt, kto się tutaj dzisiaj znalazł, niej jest moim towarzystwem, więc nie porównuj mnie do nich.
- Wybacz za pomyłkę, ale myślałam, że ty i twój ojciec razem dobijacie interesów - wyprostowała się - W takim razie trzymaj się z dala od kolegów ojca, bo niektórzy to magnesy na kłopoty prawne i życiowe. Radzę ci tak z czystej empatii.
- Nie ma czegoś takiego jak empatia i dobre serce Są tylko straty i zyski. Ty ostrzegając mnie albo chcesz, żebym coś straciła, coś, co tobie nigdy nie będzie dane albo, wręcz przeciwnie. W jakiś sposób, niekoniecznie materialny, ty na tym zyskasz. Tak działa świat.
Założyła ręce na ręce. Trudno mi było powstrzymać się od śmiechu.
- Słońce, wszyscy stracą na tym, przed czym cię przestrzegam. A przede wszystkim ty stracisz na opinii, co będzie się za tobą ciągnęło i żaden prawnik tego nie wymaże. Naprawdę uważaj na kolorowe włosy, bo ich właściciele mają zrytą banię.
- Boisz się go - stwierdziła rozbawiona - Boisz się co się stanie, gdybym postanowiła współpracować z tą osobą.
- No chyba kpisz - prychnęła - Boję się, że znowu znajdę cię na ulicy, ale jedyne, po czym cię poznam, to lekki tatuaż na karku, a reszta będzie breją rozmazaną po murach.
- Oj już nie udawaj, że aż tak się troszczysz o mnie - zacmokała - Przyjdź jutro koło 19 do mnie do biura. Tylko sama, nie zdzierżę was wszystkich na raz. I nie spóźnij się, nie będę czekać - po tych słowach wyszła.
Jak długo Ruby stała i patrzyła, jak odchodzi, tego nie wie. Swoim ostatnim dialogiem Apolonie wprawiła ją w osłupienie. Czy więc był cień szansy na normalne dogadanie się? Nie mówię tu o współpracy, bo to może za wysoki wierzchołek do zdobycia, ale czy jest szansa, że wrócą znów na ten sam tor? Normalnie nie mogła w to uwierzyć.
Przebrała się w czysty uniform, gdyż gdyby przebrała się w swoje zwyczajne ciuchy, z pewnością skupiłaby na sobie uwagę zaproszonych. Byłaby plotką wieczora. Zamiast robić z siebie pośmiewisko dla dziuń z wyższych klas, przemknęła w stroju kelnerki przez salę, chcąc się dostać za kulisy, gdzie podziewała się reszta. Niestety została zatrzymana przez kogoś. Ktoś szturchnął ją palcem w plecy, a więc by nie wzbudzić podejrzeń, zareagowała jak, należało według etykiety pracy.
- W czym mogę pomóc? - zapytała, odwracając się powoli do klienta.
Gdy przejrzała na oczy, omal się opanowała przed cofnięciem się.
- Czy coś się stało? - zapytał, oczywiście kpiąco.
"Nie, nic się nie stało. Oprócz tego, że się urodziłeś, ty karykaturo z miesiączką jednorożca na łbie!". Miała ochotę wypluć mu to w twarz.
W międzyczasie orkiestra ucichła. Z głośników płynął anielski dźwięk akordów. Potem dołączył do nich melodyjny szept, który tak bardzo znała i musiała oceniać jako jedna z pierwszych przed wydaniem. Katorga to była, ale efekt końcowi przyprawiał o ciarki.
Skarbie dołącz do mnie
Skarbie dołącz do mnie
Skarbie dołącz do mnie
Jesteśmy tacy młodzi, ledwie żyjemy wśród ludzi
Mimo to już rozważamy ucieczkę z tego świata
Niczym los więdnącego kwiatu nadeszła nas pora
Nie bój się być przy mnie, na zawsze przy mnie, wo-aah
Różowowłosy mężczyzna pstryknął jej palcami przed twarzą. Na oko był o głowę i pół wyższy od niej i był ubrany w dwuczęściowy, granatowy garnitur, który nijak nie pasował do jego dalszej aparycji. Włosy, ścięte w stylu "prawa długo, lewa krótko", zabarwiał kolorem różowego kiczu, przypominający watę cukrową. Jego szpetną mordę ozdabiał jeszcze szpetniejszy tatuaż przedstawiający ośmiornicę. Tak samo na reszcie jego ciała, schowanego pod garniturem, rozproszyły się ośmiornice o różnych kształtach, kolorach i rozmiarach. Jego oczy świeciły toksycznym żółtym blaskiem. Niektórzy mówią, że jest przystojny, ale Ru widzi go przez inny pryzmat, niż jego wygląd landrynkowego łobuza. Dla niej to najpaskudniejszy facet na świecie. Jest brzydszy i brudniejszy duchowo od Hitlera, ale jeszcze mu brakuje do Mao i Stalina.
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
- Co tak stoisz, jakby cię ktoś nabił na kołek? Odpowiadaj, jak do ciebie mówię.
Skupiła się na punkcie ponad jego czołem.
- Wybacz, zostałam zatrudniona, by służyć poważnym osobom z wyższych klas. Musiałam cię nie zauważyć, bo jesteś przebierańcem, klaunem w garniturze.
Parsknął paskudnym, rechoczącym śmiechem. Ktosie w pobliżu obejrzeli się na niego, niektórzy zaczęli szeptać miedzy sobą. Wariat, usłyszała adekwatny do niego komentarz.
Jesteśmy w nieludzkim miejscu, tylko by przegrywać tu
A zatem nim życie nas rozdzieli, śmierć ochrzci mnie w tobie, wo-aah
(ref.:)
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
- Za to ty jesteś dokładnie tam, gdzie zawsze powinnaś być. Na dolnym szczeblu, usługująca tym, którym się lepiej powiodło, i którzy ciężko zapracowali na swój sukces.
Pochylił się nad nią tak, że czuła zapach jego perfum i słyszała krew buzującą w jego żyłach.
- Ty nigdy nie siedziałaś dniami i nocami, kombinując jak załatwić sobie łatwy szmal. Po prostu wypatrzyłaś pomysł ode mnie. I wzięłaś sobie najlepszych klientów, też ode mnie.
Takie życie nie jest warte
Takie życie nie jest warte
(Dołącz, dołącz)
Takie życie nie jest warte
(Dołącz, dołącz, dołącz)
Takie życie nie jest warte
Chwycił ją za kołnierz koszuli. Ludzie wokół tylko udawali, że tego nie widzą. Nagle zainteresowały ich bąbelki w szampanie.
- Mała dziwko, ty i twoja zgraja jeszcze pożałujecie, że depczecie mi po piętach - syknął.
Wyszarpała się z jego uścisku (a może to on jej pozwolił) i zmierzyła go chłodnym wzrokiem.
(ref.:)
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy
(Skarbie dołącz do mnie)
Odejdźmy tej nocy w miłości
(Skarbie dołącz do mnie)
- Ty żałosny fiucie - wycedziła - sam zaczynałeś od podkradania klientów. A w sumie powinnam to inaczej nazwać, bo to oni sami przychodzą do mnie po lepszy towar. Tak, mój jest lepszej jakości i ty nie możesz tego znieść. Poza tym, ja zrobiłam mądrzej i po łatwy szmal poszłam twoimi śladami. Nawet nie musiałam do tego strącać snu z powiek - przyznałam.
W połowie była w jej słowach prawda. Pomysł, by zająć się czymś takim, co robił jej, uprzykrzający życie na każdym kroku, brat od dawien dawna latał jej w głowie. Wcześniej miała jednak opory przed wejściem na tą ścieżkę i próbowała legalnej pracy i legalnych zarobków. I dziękuję losowi, że wybrała właśnie złą ścieżkę. Z nudów by się chyba pochlastała.
Skarbie dołącz do mnie
Odwróciła się na pięcie i odbiegła od niego. Chociaż większość ludzi dookoła bardziej obchodziły koktajlowe pogawędki o sytuacjach na rynku nieruchomości, i kompletnie nie zareagowaliby, gdyby ją uderzył, to i tak nie mógł jej nic a nic zrobić tutaj. Tak po prostu nie wypada. Nikt nie umiera na parkiecie, no chyba, że podczas szkolnej dyskoteki w trakcie szybkiego tańca w rytm szalonego trendu wśród nastolatek.
Przeszła przez salę i weszła za kulisy orkiestry. Akurat stroili instrumenty i wymieniali się miejscami z tym, którzy właśnie zeszli ze sceny. Wśród nich był Mikołaj. Beztrosko gawędził z Liną, która tam była od zaopatrzenia. Nieziemsko zazdrościła im wtedy ich beztroskiej niewiedzy. Postanowiła im nie wspominać o napotkaniu tutaj Zico. On może sobie rzucać pogróżkami, gdyż to są słowa rzucane na wiatr. Oni muszą się skupić na znalezieniu tego, który wypełnia swoje obietnice.
- Byłam u niej - powiedziała, gdy podeszła do nich - Jestem z nią umówiona na jutro wieczorem. Łatwo nie było się dogadać, bo to ona mnie przyłapała. Matko, chyba jej partner mnie zapamiętał...
- Gdzie i o której jesteś z nią umówiona? - zapytała Lina
- W jej biurze, o 19. Mam być sama, czyli nie możecie ze mną iść. Nie wiem, nie jestem pewna, ale może znowu będzie skłonna do współpracy.
- Jeśli myślisz, że puścimy cię samą do niej, to się chyba przeliczyła - odezwał się Mikołaj.
- Miki, wolę tego nie zepsuć tym razem.
- Oj tam zaraz zepsuć. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal - puścił mi oczko.
*****
Czego oczy nie widzą, to dojrzą kamery. A już zwłaszcza kamery termowizyjne. Taka wiedza, że w galeriach ciągle kontrolują temperaturę za pomocą tych sprzętów, postawiła ich, Ruby i Mikołaja, w świetle ignorantów dla sztuki na płótnie i piedestale. Nie ich wina, że są zainteresowani innymi dziedzinami, gdzie się tworzy coś kreatywnego.
Siedzieli w wyczekiwaniu, aż ktoś pierwszy powie coś. Ktokolwiek, cokolwiek. Każdy z nich czekał na ruch innej osoby. Znaczy się raczej Ru i Lamia czekałyśmy, gdyż Mikołaj z pewnością nie raczył popisać się już swoją przypadkową elokwencją. Siedział cicho jak trusia z dłońmi między nogami.
- Mówiłam ci już - odezwała się Lamia, a ona lekko odetchnęła z ulgą - że twoja umiejętność, którą się tak szczycisz to zwykła chałtura - powiedziała to na głos.
Same słowa nie wystarczały. Jako dodatkową szpilkę, choć tylko Mikołaja to mogło poruszyć, pokazała im nagrania i widok z kamery z dokładnego momentu, kiedy wchodzili do galerii. Pierw stali tam we dwoje i rozmawiali. Ruby rozmawiała z powietrzem. Potem podeszli do nich ochroniarze. Na szczęście, sytuację udało się wyjaśnić, ale Mikołaj ma już dożywotni zakaz wstępu do galerii.
- Powtarzałam mu, że to nie wyjdzie, ale nie słuchał. Nie ważne, teraz jego sobie poignorujemy - machnęła ręką - Dzięki, że zgodziłaś się na rozmowę.
- Zgodziłam się na rozmowę, pod warunkiem, że będziesz sama. Nie dopilnowałaś tego, rozmowa skończona jest.
- Co? - wstała - O nie, nie, nie - zaprzeczyła szybko - Miki może sobie pójść. Może go twoja ochrona wziąć, albo może z gołym tyłkiem poczekać za drzwiami. My musimy odbyć tę rozmowę. Jeśli powiedziałaś a, to teraz czas na b.
- Jak to jest - Lamia zwróciła się do Mikiego, zaplątując palce swoich dłoni i z bezczelnym oraz typowym dla siebie uśmiechem oparła na nich swoją twarz - czuć, że niszczę coś, co tak bardzo hołubisz? Jedyny anielski atrybut, który ci pozostał, którego tak desperacko się trzymałeś, a który jest nic niewartą szmirą?
- Bez urazy, spóźniłaś się - mruknął, nie racząc jej spojrzeniem - Już we wczesnym dzieciństwie moi przeciwnicy próbowali to zburzyć, ale się na to uodporniłem.
- Gdybyś się uodpornił, całkiem inaczej zachowałbyś się zarówno tu teraz, jak i wcześniej w moim apartamencie.
- Dziewczyno, to były dwie osobne sytuacje. Ty wciąż szukasz powodu, by ubliżyć mojej mocy. Dać ci jeszcze coś do ubliżania? Jestem nielotem. - kiedy Mike się odpala, często palnie o słowo lub dwa za wiele i mówi rzeczy, których później żałuje - A nie, czekaj. To już wiesz - doszło do niego - Próbujesz z tego coś wyciągnąć. Nie kpisz z tego, bo masz cichą nadzieję, że podpiszę kontrakt z tobą, diable.
- Ależ nie, ja nie jestem diabłem - zaśmiała się w pobłażliwy sposób - jestem córką anielicy. I ktoś taki jak ja, nie potrzebuje do niczego takiego wybrakowanego elementu, jakim jesteś ty
- Ale to ty dzwoniłaś z ofertą o skrzydłach - wyluzował - Skoro nie potrzebujesz mnie, a rzucasz tylko pustymi obietnicami i mydlisz oczy, to ja stąd wyjdę. Rubinko, poczekam na ciebie na zewnątrz.- wstał, cmoknął ją w policzek i wyszedł.
Apolonia rozłożyła się wygodnie w fotelu, który odpowiedział skrzypnięciem. W jej pozie była doza satysfakcji, czyli to był kolejny przewidziany przez nią krok. Kolejna zabawa.
- Powinnaś wyjść razem z nim, nie dotrzymałaś warunków umowy, więc nasza rozmowa powinna zostać zerwana. Jednak, mam dziś dość dobry humor, więc będę na tyle miła, że nie wyrzucę cię od razu za drzwi. W posiadaniu jakich ważnych informacji jesteś, żeby to było aż tak dla mnie istotne? -zakasłała lekko.
Mrugnęła zdezorientowana. Ona wzięła łyka kawy.
- Już mówiłam - zaczęła - Jesteśmy w posiadaniu takich samych kart, jak ty masz. Z pewnością jedyna, nieistotna, w nich różnica, to kaligraficzne szlaczki i pętelki.
- Nigdy nie mówiłam jakie karty dostałam. Jeśli wiesz jakie ja mam, jesteś w stanie wymienić tak subtelna różnicę, jaką jest kaligrafia, są dwa wyjścia, jedno gorsze od drugiego, ale oba sprowadzają się do jednego. Miałaś te karty w rękach.
- Widziałam w twoich oczach, jak pokazałam ci kartę, że ją rozpoznajesz. Twoje oczy westchnęły. To była tylko jedna karta. Mogę ci wyjawić kolejno, o jakie karty chodzi, a ty mi je pokażesz.
-To nadal nie przemawia na twoją korzyść. I nie mam ich tutaj, pozbyłam się ich
- Ty pozbyłaś się dowodów? - prychnęła, niedowierzając - Jakoś nie brzmisz wiarygodnie. Dlaczego niby to zrobiłaś?
- Jest wiele powodów, a jednym z nich jesteście wy. Udowodniliście już, że w swojej głupocie nie macie za grosz instynktu samozachowawczego i włamaliście się mi do mieszkania. Nie zamierzam ryzykować, że kolejny raz wpadniecie na taki światły pomysł.
- Nie nie nie - znów musiała zaprzeczyć - Znamy się krótko, ale wiem tyle o tobie, że pewnie schowałaś te karty gdzieś w innym czasie. Tak jak mój sztylet - wspomnienie o nim ledwo wyszło jej na język - Nie zachowałabyś się tak... nieprzemyślanie.
- Powiedziałam, że się pozbyłam, nie powiedziałam jak - wzięła kolejny łyk kawy.
- Podważam to - spojrzałam jej w twarz - Apolonie Maschera nie pozbyłaby się czegoś, co mogłoby jej posłużyć do zdobycia określonego celu. Hipotetycznie, gdybyśmy wiedzieli, kim jest stalker, za nasze zeznania dostałby parę lat więzienia. Gdybyś ty podała niepodważalne dowody w postaci czegoś namacalnego, jak na przykład te karty, dostałby prywatny lincz od twoich ludzi - złapała chwilę na oddech - To mówiąc, sądzę, że je masz, tylko je ukrywasz. - oparłam się o oparcie - Czy moja karta pasuje do mnie, według ciebie?
- Nie potrzebuję żadnych dowodów, żeby, jak ładnie to określiłaś, dostał prywatny lincz od moich ludzi. Wystarczy moja zachcianka, zwykły kaprys, żeby poprawić sobie humor po gorszym dniu.
Dziewczyna nie odpowiedziała na pytanie. Wzięła kolejny łyk kawy i dla niej istniała tylko ona. To zaczynało z wolna irytować tak, że gdy zakaszlała, miała nadzieję, że się nią zadławi.
- Ale go i tak nie dostanie, bo nie zostawia po sobie śladów. Żadnych odcisków, tkanek, włosów, nic - mówiła monotonnym tonem - Jednak zostawia dla nas, tylko dla nas, wskazówki jak się znaleźć - przyłapała się na tym, że mówiąc "nas" myślała o grupie, razem z Lamią.
- Dopóki nie pojawiliście się w moim życiu, nie miałam na głowie problemów z rozwydrzonym warcholstwem, które myśli, że może mi zaszkodzić, zabijając kilku ludzi. To wy ściągnęliście go do mnie, zaatakował moje mieszkanie, mój azyl, do którego zwykły plebs nie ma wstępu. Więc byłabym wdzięczna, jeśli wzięlibyście go z powrotem do swojego chlewu, bo nie mam najmniejszej ochoty marnować na niego swój czas.
- Wybacz, niestety nie wiemy jak - wzruszyłam ramionami - Może gdybym miała przed oczyma twoje karty, i mogła je porównać z moimi, mogłabym zauważyć jakieś ważne szczegóły, wskazówki jak go znaleźć, by skopać mu tyłek na dobre. Ponieważ to na razie wydaje się jedynym rozwiązaniem. On już się od nikogo nie odczepi.
- W takim razie, może pokażesz mi wasze karty. Ja także mogę zauważyć jakieś ważne szczegóły i wskazówki, jak go znaleźć - zaproponowała.
- Wiedziałam, że o to zapytasz - uśmiechnęła się triumfalnie - Proszę - podała jej telefon, od razu ze zdjęciami na wyświetlaczu.
Tak samo jak ona, Ruby nie jest już taka głupia i naiwna. Wzięcie tutaj pliku kart byłoby ryzykowne, nie tylko w razie niewierności dziewczyny, ale też, gdyby ktoś z zewnątrz chciałby je ukraść. Zostawiła je w bezpiecznym miejscu. Przy sobie nosi zdjęcia w telefonie.
- Następnym razem nie marnuj mojego czasu. Rozmowa z tobą nie sprawia mi przyjemności, nie mam też z niej żadnego pożytku, więc jak będę chciała wymienić parę słów z kimś tak po prostu, to wybiorę kogoś na poziomie - bez pytania o pozwolenie przerzuciła zdjęcia na komputer. Dostała o tym powiadomienie później.
- Nie jestem tu, żebym ci przytakiwać i pochwalać na każdym kroku, więc rozumiem, że moje towarzystwo może ci nie odpowiadać - skinęła - Dla mnie to też męka, dlatego dla dobra wspólnego musimy to skończyć szybko.
- Twoje dobro obchodzi mnie dokładnie tyle, co zeszłoroczny śnieg - zamilkła, wpatrując się w ekran, a czarnowłosa prychnęła na jej słowa - Karty są z innej talii, moje są o wiele subtelniejsze i delikatniejsze. Nie mają takich ostrych konturów i kolorów.
- Oczywiste. Kupił dwie talie, by je nam wysłać. Nie zrobił kopii - po chwili namysłu, dodała - A twoje karty mogły stracić na kolorze przez złe przechowywanie. Więc albo ty, albo on wystawił je na długą ekspozycję na świetle.
- Jeśli jest taki perfekcyjny w tym, co robi, to także musi mieć znaczenie. I to nie chodzi tylko o kolor, barwy są bardziej pastelowe ale postacie także wyglądają inaczej, kreska jest miększa.
- Rozwiń swoją myśl, albo pokaż mi wreszcie swoje karty, gdyż bez porównania nie mogę potwierdzić czy masz rację czy nie.
- Ocenę pod kątem warsztatu plastycznego możesz sobie odpuścić, skończyłam trzy kierunki na Akademii Sztuk Pięknych na poziomie doktora, więc twoja opinia na ten temat jest całkowicie zbędna.
- A działo się to w Radomiu - mruknął Mikołaj, patrząc na swoje paznokcie - Równie dobrze możesz nam tu kit wciskać, opowiadać znane frazy, bylebyśmy się wypchali. Co ci szkodzi pokazanie chociażby jednej karty?
- Nie mam najmniejszego pożytku we wciskaniu ci kitu - zacytowała mnie, robiąc dłońmi nawiasy - szkoda mi na to czasu. I średnio mnie interesuje czy mi wierzysz, ja po prostu stwierdzam fakt. A jak zdążyłaś zauważyć, nie mam tych kart tu, więc nawet jakbym chciała, a nie chcę, to nie mam jak ci ich pokazać.
Można powiedzieć, że czarnowłosa zaczynała się już męczyć tym półczłowiekiem. Ona działała na nią jak odkurzacz energii. Ona po prostu chciałam to skończyć, ale ta osoba na każdym kroku utrudniała, spowalniała i starała się pokazać, jak wysoko ma postawiony klozet, to znaczy tron. Już nawet przestało ją gryźć sumienie za wtargnięcie do niej. To się po prostu musiało stać.
- To co, w związku z tym, że te karty się różnią? - napomknęła z powrotem ten temat - Jedne karty mogą być stare, drugie z innej talii. Ale czy to coś znaczy? Czy słowa i znaczenia przy obu wersjach są takie same? Bo jeśli tak, to chyba nie trzeba analizować obrazków.
- Język malarstwa mówi do tych, którzy potrafią go zrozumieć - zaczęła wyjaśniać - Dobór kolorystyki, kształtów, techniki, kompozycja, to wszystko może być wskazówką do czegokolwiek, ale też bezpośrednią aluzją do nas samych. Moje karty są delikatne, bez wyraźnych konturów, dzięki temu subtelnemu obliczu przywodzą na myśl akwarele. A Lamia, jest to jeden z tytułów obrazów Waterhouse'a, który malował właśnie akwarelami.
- I od tego obrazu wzięło się twoje przezwisko? - zapytała od niechcenia - No dobrze, siebie rozgryzłaś. A czy zauważyłaś takie same różnice z innymi kartami? Głównie intrygują mnie te z losowymi literami i rzymskimi numerami.
- Sąd ostateczny może mieć wiele znaczeń, ale, zakładając, że kluczem faktycznie jest malarstwo, to stawiałabym na obraz Memlinga. Tryptyk ten jest pełen ukrytych przesłań i symboli. Już sam fakt, że podzielony jest na trzy części sporo mówi - opowiadała od niechcenia, jakby była to podstawowa wiedza.
Zrozumiała co to tryptyk, ale owego Memlinga nie znała. Nie mogła go sobie zwizualizować w głowie, ani jego obrazu.
- Tak tak, i według ciebie te karty to wskazówki do obrazów, gdzie jest jeszcze więcej wskazówek?
- Podaję jedną z możliwości. Możliwe, że są to odniesienia do malarstwa, literatury, czegokolwiek właściwie. Albo też za bardzo szukam w tym drugiego dna i karty zostały dobrane po tytułowej roli. Jeśli tak, twojemu durnemu koledze paduje idealnie.
- Mhm - przytaknęła, powstrzymując się od śmiechu - Albo obie opcje są możliwe.
Chodziło o Mikołaja. Jego karta symbolizowała głupca. Nawet kolorystyka była podobna do jego stylu, bo raziła kolorami. Głupiec był ubrany jak rajski ptak, jak błazen. Ruby zgłębiła się w lektury o przypisanych im postaciom z tarota. Definicja głupca częściowo pasowała do Mikołaja, częściowo była jego przeciwieństwem. To ktoś, kto ciągle się czegoś uczy, ciągle popełnia błędy, ale Miki nimi dosłownie oddycha. Tarotowy głupiec pojawia się, gdy przez nieoczekiwany zwrot akcji stoisz pod murem, który sam zbudowałeś. Ale! Jest to też zarazem postać, która boi się zmian i jest jej dobrze tam, gdzie stoi. Tego nie powiedziałabym o obecnym tu Mikołaju.
- Opcji jest więcej, niż wymieniłam i żadnej, nawet najbardziej absurdalnej wykluczyć nie można. Bagatelizowanie zawsze kończy się źle, powinniście w końcu to zrozumieć i mnie nie drażnić.
- Zacne jest to, jak potrafisz znów wrócić do tego tematu - pomasowała skroń - A mogłaś mi oddać sztylet i nie siedziałybyśmy teraz tu. Jeśli nie masz nic do dodania w sprawie kart...
- Pogódź się z tym, że go już nie odzyskasz - rzekła z oczami wlepionymi w stos papierów - Masz rację, ta rozmowa jest skończona, muszę załatwić jeszcze kilka zdecydowanie pilniejszych od ciebie i tego całego syfu spraw. I nie zdziw się, jeśli nie spotkasz Mikołaja na korytarzu.
- A ja muszę załatwić stalkera, co jest pilniejsze od popijania drinków z bogatymi snobami - wstała, odsuwając krzesło z piskiem - Nie obchodzi mnie, gdzie twoi goryle go wypchali. I tak z resztą, jak mniemam, nie ma już wstępu do galerii.
- Nie chodzi o to, gdzie on jest. Bardziej gdzie my jesteśmy, jesteś na tyle bezczelnie pewna siebie i arogancko lekceważysz mnie i drażnisz, a już kilkakrotnie mówiłam, że nie kończy się to dobrze, że nawet nie zauważyłaś, jak przeniosłam nas w czasie. Ostatnia nauczka najwidoczniej nie była wystarczająca.
- Przeniosłaś w czasie? - spytała niedowierzając.
Od razu złapała za telefon. Wyświetlacz pokazywał 3 stycznia. To było ponad pół roku temu. "Nienawidzę jej. Nie, nienawidzę jej mocy i tego, że to ona ją akurat ma.", pomyślała.
- Dlaczego to zrobiłaś? - spytałam cicho, nie podnosząc wzroku od wyświetlacza.
- Nie ważne co powiem i tak stwierdzisz, że chcę się ciebie pozbyć. Zatrzymajmy się na tym, bo nie chce mi się ciebie przekonywać.
Podniosła wzrok.
- Miałaś okazję się mnie pozbyć wtedy na przyjęciu. Nikt by cię nie podejrzewał, bo służba znika cały czas, ot zdarza się. A później ktoś ich znajduje w krzakach 10 kilometrów od posesji.
- Owszem, miałam - przytaknęła - A podejrzenia i tak spadłyby na twojego uroczego braciszka, to z nim się kłóciłaś, prawda?
Podniosła głowę. Teraz patrzyłyśmy prosto na siebie.
- Nie nazwałabym tego kłótnią, raczej jego durną zaczepką. I on i ja jako rodzeństwo to jakiś oksymoron.
- Wasze zawiłe relacje rodzinne nie interesują mnie, dopóki nie jestem w nie wplątana. Idź się wypłakać do kogoś innego, nie prowadzę telefonu zaufania.
- Tylko mówię, że to żaden mój "braciszek". Przypadkowo dzielimy tę samą krew. Skąd wiesz, że to mój brat? - założyła ręce na piersi.
- Informacja rządzi światem, więc wiem wiele rzeczy.
- A ja myślałam, że forsa. Cóż, mam tylko nadzieję, że nie zaczęłaś z nim interesów i że przypadkowo wspominasz go teraz.
- Boisz się, że całkiem stracisz klientelę? - zakpiła - Wiem, czym się zajmujesz, zablokowanie cię to dla mnie banał. Właściwie wystarczy jeden telefon, a wszystko, co wypracowałaś, legnie w gruzach.
- Jeśli grozisz mi teraz tym, bo współpracujesz z nim, to lepiej przemyśl jeszcze raz kontrakt i się wycofaj, póki możesz.
- Jeśli chcę zerwać jakąś umowę, to po prostu ją zrywam, bez konsekwencji. Nie musisz się o mnie martwić.
- Nie martwię się, jedynie uprzedzam przed jego praktykami. Jego kruczki pojawiają się zwykle po dłuższym czasie albo gdy dostanie to, czego chciał, a swojej części umowy zazwyczaj nie wypełnia.. A druga osoba wychodzi poszkodowana.
- Mnie nie oszuka, nie będzie w stanie. Nawet jeśli jego działania są długofalowe, ja zawsze będę to wiedzieć, będę dwa, trzy, dziesięć kroków przed nim. Tak działa magia czasu.
- Ha - prychnęła - I co taka porządna właścicielka galerii jak ty miałaby zyskać o narkotykowego łachudry jak on? Oprócz złego przydomka oczywiście.
- Coś, co zdecydowanie nie powinno być twoim interesem. To nasza sprawa, nie nasza i naszych rodzin.
- Czyli z nim współpracujesz - stwierdziła, przemilczając fakt, że nazwała mnie i Zico rodziną - W takim razie nie mamy o czym rozmawiać. Nie spoufalam się z partnerami Zico.
- Ze mną się już za bardzo spoufaliłaś. I też sądzę, że nie mamy o czym więcej rozmawiać, w końcu się w czymś ze sobą zgadzamy.
- Wyślij mnie z powrotem do moich czasów. Nie mamy już o czym rozmawiać.
- Podobno nie zadajesz się z takimi jak ja, nie widzę więc powodu, aby to robić - uśmiechnęła się
- Ty też podobno obracasz się w lepszym towarzystwie i masz pilniejsze sprawy na głowie, niż ja. Więc czemu się mną teraz zajmujesz? - uniosła brew.
- Masz racje.
Lamia pozbierała dokumenty z biurka i ruszyła w stronę wyjścia. Tak po prostu przeszła obok jakby mnie tam nie było.
- Jeśli zabłądzisz po drodze gdzieś, gdzie nie powinnaś, ochroniarze brutalnie się ciebie pozbędą. Taka mała sugestia.
- Nigdzie nie zabłądzę, bo ty mnie wyślesz z powrotem. I tak samo wrócisz, bo nie należysz do tych czasów - wstała za nią.
- Ja wrócę w dowolnym momencie, ty niekoniecznie. Twoje śmieszne rozkazy w ogóle mnie nie ruszają, nimi możesz sobie straszyć przedszkolaki, nie mnie.
- Ty zachowujesz się jak przedszkolak.
Przeskoczyła i znalazła się tuż przed nią. Wyrwała jej plik kartek z ręki. Te, bez takiej intencji, rozleciały się po całym pomieszczeniu.
- Ty naprawdę nie masz za grosz instynktu samozachowawczego - syknęła chłodno, bardzo chłodno. Rozrzucone dokumenty zniknęły, zniknęło też wszystko dookoła. Zamiast gabinetu znalazłyśmy się na pustym wzgórzu. Czuła, jak stąpa po trawiastej teksturze.
- Podaj mi jeden powód, dla którego mam cię tu nie zostawić.
- Jak mnie tu zostawisz, stracisz swoje mróweczki - mówiłam głównie o Chrystianie - bezpowrotnie. I, kolejny powód, możesz być wtedy częściej dręczona przez stalkera.
- Jeśli myślisz, że aż tak zależy mi na umiejętności twojego kolegi, to się mylisz - zaśmiała się złośliwie - Chodzi o to, żeby wam przez niego pokazać, gdzie wasze miejsce. Jeśli zwieje z podkulonym ogonem, nie będę ani trochę rozpaczać.
- Cóż - założyła ręce na piersiach - Tak tylko pokażesz, że nie rządzisz twardą ręką i byle kto potrafi od ciebie uciec. I byle kto potrafi cię sprowadzić do takiego stanu, w jakim teraz jesteś.
- Miło, że w końcu pojęłaś, że jesteś byle kim - zlustrowała pogardliwym wzrokiem dziewczynę - Twoje gadanie, podpuszczanie absolutnie niczego nie zmieni, a ode mnie nie da się uciec. Jestem nieunikniona, jak czas, którym władam. Za niedotrzymanie warunków umowy, Chris zapłaci głową, niekoniecznie swoją i doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Może sobie szczekać i ujadać, ale on i tak się nie wycofa.
- Wycofa się! I się nawet nie zawaha. A wiesz dlaczego? Bo ma wokół siebie takich przyjaciół, którzy mu pomogą. On nigdy nie będzie sam, za to ty owszem, i taka jest jego, nasza przewaga.
- Jego dziadkowie będą innego zdania, jeśli ktoś złoży im niezapowiedzianą i zdecydowanie niezbyt miłą wizytę - parsknęła śmiechem.
Zamarła. Tylko nie ci starsi poczciwi ludzie. Spotkała ich tylko raz, ale z opowiadań wiem, że są ważni dla Chrystiana i Mikołaja. Zastąpili im matkę i ojca.
- Ty to masz tupet, żeby dobierać się do starszych ludzi, którzy są z nim tylko powiązani krwią. - splunęła - Ale żeby odgryźć się stalkerowi, tego nawet nie próbujesz.
- Tak się załatwia interesy, jeśli chcesz wejść na poważnie na czarny rynek, musisz być tego świadoma. Nikt nie będzie oszczędzał twoich bliskich, nawet jeśli nie będziesz ich mieszać. Jeśli nie zaakceptujesz tego, to lepiej wracaj do szkoły rozdawać cukierki.
- Mówisz tak, jakbyś sądziła, że mam w planach zagoszczenie się na czarnym rynku. - uniosła górną wargę w grymasie - Mimo to, nadal, jeśli chodzi o zemsty, to nie wypadasz za dobrze. Odgrażasz się komuś, kto nawet nie zaczął z tobą współpracować, ale kogoś, kto zabił ci ludzi i grozi tobie, nawet nie starasz się znaleźć.
- Handel krwią jest nielegalny, więc już jesteś jego częścią. Co prawda dopiero raczkujesz, ale będzie cię on pochłaniał coraz bardziej. A wtedy spojrzysz na moje słowa z zupełnie innej perspektywy i zrozumiesz je.
Zaczynała irytować pomijaniem konfrontacji z faktem o zagrożeniu z niewiadomej strony.
- Przestań ignorować to, co mówię o prześladowcy. Przestań w ogóle próbować przekonywać mnie, że jestem w błędzie, bo wiem, że nie jestem. Zajmuję się wspólną sprawą i szukam jej rozwiązania. Miałam nadzieję, że dla świętego spokoju przestaniesz utrudniać i schowasz dumę za pas.
- Chciałam dojść do porozumienia, inaczej nie spotkałybyśmy się dziś. Po raz kolejny zostałam przez któregoś z was zaatakowana bez powodu. To jest ta twoja śmieszna dobra wola i chęć rozwiązania wspólnej sprawy?
- Nazywasz tamto atakiem? To był czysty wypadek. A poza tym, jak inaczej miałam zrobić, kiedy ty chciałaś pójść bez odesłania mnie?!
- Jeśli to byłby zwykły przypadek, wystarczyłoby zwykłe przepraszam. Ty albo jesteś kompletnie niewychowana, albo zrobiłaś to celowo, do czego się skłaniam, zważywszy na to, jak wyszarpałaś mi dokumenty.
- Nawet nie dałaś mi szansy przeprosić, ba! Cokolwiek powiedzieć. Od razu zachowałaś się tak ignorancko i wysłałaś nas... tu.
- Obie wiemy, że nie zamierzałaś tego zrobić, więc nie płacz tu teraz tak żałośnie, bo sama jesteś sobie winna.
- Wiem tylko ja, a ty przypuszczasz. Przestań.
- Gdybyś zamierzała, już dawno byś to zrobiła. Zamiast tego wolałaś zacząć obrażać mnie i oskarżać.
- W ciągu sekundy, miałam ochotę cię przeprosić, ale potem ty nas przeniosłaś i groziłaś zostawieniem tutaj. Oczekiwałaś wtedy, że zacznę się płaszczyć i błagać o litość? Nie zauważyłaś, że nie należę do tego typu osób? - powiedziała z przekąsem, i o dziwo czuła, jak temperament z niej schodzi. Cała ta sytuacja wydawała się teraz kuriozalna.
- A sądzisz, że masz inny wybór? Jesteś na mojej łasce, tylko od mojego widzimisię zależy czy wrócisz do teraźniejszości czy nie. Nawet twoja koleżaneczka nie będzie w stanie cię sprowadzić, bo nie wie gdzie szukać.
- Kto wie, może jakoś będzie wiedziała. Namierzą mnie albo wyczytają z fusów. Co nie zmienia tego, że to ty powinnaś to zrobić wtedy w gabinecie. Zachowujesz się jak ktoś, kto strzela uciekającemu w plecy.
- A ty zachowujesz się, jakbyś nie wiedziała, że życie nie jest sprawiedliwe. Nikt nie będzie honorowo czekać, aż zobaczysz, jak mierzy w ciebie z broni. Efekt, czyli twoja śmierć, zostanie uzyskany, nie ma znaczenia w jaki sposób. Poza tym, każdy gra według swoich własnych zasad, często bardzo odmiennych i chodzi o to, by przeżyć właśnie wtedy, gdy twoje reguły odbiegają od całej reszty. Dopóki tego nie zrozumiesz, nigdy nie przetrwasz na czarnym rynku, więc zrezygnuj na początku, gdy jeszcze możesz.
- Ah, czyli twoje konkretne zasady to podcinanie komuś nogi w trakcie biegu? Niezbyt honorowe, jak na kogoś z twoją pozycją. Mogłabyś chociaż grozić przed, a potem niesłusznie karać.
- A jaka jest według ciebie moja pozycja?
- Cóż, twoja pozycja to pozycja córki, która nienawidzi swojego bogatego ojca, ale i tak musi robić wszystko, by nie przynieść mu wstydu. A co za tym idzie, musi grać tak, jak on chce. Czyli nie plamiąc imienia rodziny.
- Twoje informacje są mocno nieaktualne. Żadne twoje słowo, z wyjątkiem tego, że nienawidzę ojca, nie było prawdziwe.
- Twoje również o mnie, o bracie i o tym, czym się zajmuję. Gdzieniegdzie może miałaś rację. Nie masz racji, że powinnam cię przepraszać na kolanach i błagać o wybaczenie, gdyż, powtarzam któryś raz, to był wypadek. Jak inaczej miałam cię zatrzymać, zanim zostawiłabyś mnie? Czy może wolałabyś, bym cię pociągnęła, przerywając tym samym twoją otoczkę? - wzięła oddech - Coś we mnie chce cię przeprosić, ale gdy tylko na ciebie patrzę, to po prostu te dwa słowa nie chcą mi przejść przez gardło. W myślach owszem, jeśli cię to zadowoli.
- W takim razie, ja w myślach przeniosę cię do teraźniejszości. Zadowoli cię to?
- Tak, bo z tego, co wiem, nie musisz nic mówić, by użyć swojej mocy.
- Jakoś nadal tutaj stoisz, więc najwidoczniej nie do końca.
- Dlatego, że jeszcze tego nie zachciałaś. Weź w końcu to zrób, wynieś nas stąd i się rozejdziemy. Ewentualnie się zgadamy, jak nasze drogi znowu się przypadkowo skrzyżują - nieświadomie złożyła ręce w błagalnym geście.
- Nie twierdziłam, że wykorzystam swoją moc - zmrużyła oczy.
Mimo to przeniosła nas. Znowu otaczało nas jej biuro i jego poważny wystrój. Mimo, iż każda kartka, każda książka pachniała jej ręką, to czułam się bezpieczniej, stanowczej. To był mój właściwy czas.
- Wynoś się.
- Nie musisz mi mówić nic więcej. Do zobaczenia, bo z pewnością będziemy miały ze sobą jeszcze raz styczność. Może odwiedzisz nas znowu w domku? Wiem, że będziesz sama.
- Ja nigdy nie jestem sama, oczy, które patrzą, a których nie podejrzewacie o istnienie, strzegą mnie, by ujawnić się w impasowym momencie. A gdy to się dzieje, nadchodzi niepowstrzymany chaos.
- Zapamiętam to sobie, gdy następnym razem spotkam cię na ulicy. A tak na serio - zawahała się - Jeżeli cokolwiek dostaniesz, co będzie powiązane z nami, to możemy się spotkać. Tylko nie w tym gabinecie, ani też w żadnym z mieszkań.
- Wątpię, że będę miała ochotę się z wami spotkać. I poważnie mówię, wynoś się, dopóki nie zmieniłam zdania.
- Tylko zostawiam taką sugestię, nim wyjdę. - i wyszła, ale szybko się wróciła, drzwi się nie zdążyły domknąć za mną - Och, byłabym zapomniała. Koty mogą już wrócić do domu. Chętnie je osobiście odbiorę.
- Najpierw ich właściciel niech ureguluje rachunek. Musiałam zakupić im niezbędne wyposażenie, bo on nie raczył niczego przynieść gdy je podrzucił.
- Przyniosę ci tę kwotę w gotówce, bądź potwierdzenie przelewu - odparła szybko.
- Kontaktuj się z moją asystentką, nie mam zaplanowanego czasu dla was w najbliższych dniach. A koty przywiezie pod wskazany adres.
- Akurat - prychnęła, ale w końcu wyszła stamtąd.
Jakkolwiek mogła trzymać Mikołaja z dala od niej, tak tylko było dobrze. Nie chciała, by się z nią spotkał bez osób trzecich przy tym. Omamiłaby go z pewnością, a on by jej podpadł. Pogroziłaby mu czymś, podstawiłabym pod nosem niematerialny kontrakt i byłby jej nowym niewolnikiem. Nie! Mikołaj musi być jak najdalej od niej. On jest czysty, nieskażony, nawet w handlu nie pomaga (jest tylko małym konsumentem, takim testerem), więc nie pozwoli go wciągnąć w swój nielegalny biznes. Dlatego gdy zauważyła go przy wyjściu, od razu kazała skierować się do auta. Z piskiem opon opuścili tę przeklętą galerię. Przepraszam, galeria w sumie w niczym nie zawiniła. Jest sobie tylko miejscem, niestety, kierowanym przez takie osoby jak Lamia.
<Lamia? Kurde, kocham te ich kłótnie XD *śmiech przez płacz* >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz