środa, 10 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 12

 Od Apolonii do Ruby


Trzeci gracz. Był graczem pełnym sprzeczności, atakującym i eliminującym osoby z naszego otoczenia, a ostatnio w arogancki sposób na tyle odważny, by zaatakować nas, by zaatakować mnie. A jednocześnie wziął na siebie grad kul przeznaczonych dla mnie i Ruby Wade. Biorąc pod uwagę nasze wcześniejsze powiązania, bezinteresowna pomoc była ostatnim, na czym mu zależało, zdecydowanie chodziło o coś innego, być może o to, żeby zaszkodzić temu, kto wysłał ludzi przeciwko nam. Graczowi numer cztery, który w środku partii nieoczekiwanie i całkowicie nieproszony postanowił przyłączyć się do rozgrywki, która przestała być zabawą w kotka i myszkę w momencie, gdy amator kart tarota postanowił włamać się do mojego apartamentu. I to wszystko zmienia. Jednak to wszystko nie robi z zamaskowanego mężczyzny przyjaciela albo chociaż sprzymierzeńca. Nie mamy do czynienia z sojusznikiem tylko z wrogiem, który wybierając dla siebie mniejsze zło, zdecydował się pomóc mnie i towarzyszącej mi Ruby. Być może tylko po to, by w przyszłości samemu próbować się nas pozbyć. Choć bardziej prawdopodobne było, że chwilowo byłyśmy mu jeszcze potrzebne na tyle, że postanowił zareagować. Korzyści z naszego życia były większe od tych z wyręczenia się i łatwego, natychmiastowego i trochę przedwczesnego wyeliminowania celu. Pytanie brzmiało, o kogo chodziło, o mnie czy o nią. Która z nas była właśnie tym celem, a która przypadkiem znalazła się na linii ognia.

Jedną z możliwości był mój ojciec, znalazłszy kogoś o podobnych umiejętnościach, postanowił się mnie pozbyć. Jednak ten wariant, przynajmniej po części można wykluczyć.

   Można założyć, że zamaskowany mężczyzna był człowiekiem od ojca, że dogadał się z nim i współpracują, a właściwie to jest wykorzystywany przez mojego ojca. Jednak jaki sens miałoby ratowanie mojego życia?

   Skaczący w czasie mężczyzna pokrzyżował plany atakujących, więc jeśli zarówno on, jak i oni byli od ojca, to byłby to znaczący konflikt interesów. Jeśli tylko zamaskowany był człowiekiem ojca, a z tego, co pokazał, to potrafi on panować nad czasem lub ma jakąś zabawkę, która w bezczelny sposób kradnie potęgę czasu, kłopotliwa i krnąbrna córka nie jest dłużej potrzebna. Oczywiście, jeśli tylko należycie go kontroluje. Rzuciłam przelotnym spojrzeniem na Ruby. Rozpamiętując ostatnie wydarzenia, drugim wariantem był jej jakże uroczy, nieco zbyt buńczuczny, jak i siermiężny brat. Postanowił sam wziąć sprawy we własne ręce i pozbyć się niechcianej siostry, a ja będąc z nią, stałam się przypadkową stratą, nieumyślnie strąconym i tak niepotrzebnym pionkiem z planszy. Ale taki plan także miał luki, jeśli nie byłam celem, a zostałabym niekoniecznie martwa, wystarczy, że zraniona, władze ścigania, nadałyby tej sprawie priorytetową rangę. Bo ja nie jestem pierwszą lepszą bierką, której myśląc, że się jest mocniejszą figurą, bez echa można się pozbyć. Po grze wszystkie bierki i tak wracają do pudełka, a ja jestem tym, który je tam chowa, nie jedną z nich. A taki rozgłos, jak i nadmierne zainteresowanie organów władzy nie są niczym wskazanym, wiążą się ze sporymi komplikacjami. Już nie wspominając o mojej wendecie, która by się rozpoczęła i niechybnie się rozpocznie. Zostałam otwarcie zaatakowana, z resztą po raz drugi, a lufa Diego tylko czeka na okazję, aż będzie mogła sporym zastrzykiem gotówki wspomóc jego, głównie dzięki mnie, nie tak biedne konto. Zico mógł nie wiedzieć, kim jestem, nie rozpoznać mnie, przez co potraktował jak nic nie wartą, przypadkową ofiarę, więc nie miał świadomości co się może wydarzyć, jeśli postanowi mnie poświęcić. Tylko to cholernie mało prawdopodobne, był na bankietach, które ojciec organizował, dokładnie na tych samych, na których byłam ja. A całość wyglądała na zaplanowaną, może niezbyt dokładnie, ale mimo wszystko zaplanowaną. Czy Zico Wade, wiedząc, jak wyglądam i chcąc nawiązać współpracę z moim ojcem, któremu jestem nadal potrzebna, odważyłby się mnie zaatakować? Czy nie patrząc na straty, był aż tak zaślepiony pozbyciem się siostry, że postanowił zaryzykować i tak ciągle wątpliwy układ z moim ojcem? A może wręcz przeciwnie chciał mu coś tym przekazać i udowodnić? I przy okazji załatwić dwie sprawy naraz.

   Nie interesując się otoczeniem, obracałam w dłoni plastikową kartę. Kolejna karta tarota, z kolejnej talii, nie można więc było nijak powiązać jej z pozostałymi, jednak nie tylko to ją wyróżniało, nie posiadała ona żadnego dopisku. Była czysta. Bardziej jednak ciekawiło mnie to, na czym zaciskałam drugą dłoń w lewej kieszeni. Nie miałam zbyt wiele czasu na przyglądanie się mężczyźnie, wszystko działo się za szybko, z resztą swoim wyglądem nie zdradzał zbyt wiele. Dopiero gdy zniknął, mogłam pozwolić, by przedmiot mojego zainteresowania spokojnie wrócił do nas, do czasu, w którym się znalazłyśmy i upadł tuż pod moje nogi w miejscu, gdzie jeszcze przed momentem stał zamaskowany. Zawartość jego prawej kieszeni, podniosłam po kolei wszystkie przedmioty. Paragon, zapłacony gotówką, istniała mała szansa, że wykorzystując godzinę zakupu i sklepowy monitoring uda się znaleźć wizerunek mężczyzny, jednak mało to prawdopodobne. To musiałaby być jego kurtka, nie kradziona, może dostęp do kamer nie byłby tak dużym problemem, jednak miałam wątpliwości czy faktycznie były one w tym sklepie. Paragon wskazywał, że była to raczej obskurna buda niż normalny sklep, a w takiej norze kamer nie da się uświadczyć. Kapsel, zapewne, biorąc pod uwagę prostacki dobór barw, od popularnej i zdecydowanie najtańszej marki piwa także zbyt wiele nie mówił. Prawie pusta paczka papierosów i zapalniczka z odrapanym logo producenta. Nic wartego uwagi. Niepokojący był ostatni przedmiot, karta wejściowa do wieżowca, w którym znajduje się mój apartament. To by tłumaczyło, jak poprzednim razem wszedł do środka i przemknął przez ochronę, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Zapewne nie skorzystał z głównego wejścia, tam ochroniarze, mimo że każdy uprawniony ma swoją kartę, dokładnie lustrują, kto wchodzi, a każdą niecodzienną sytuację, nową twarz zapamiętują. Musiał więc skorzystać z prywatnego wejścia od strony parkingu, tam ochroniarza żadnego nie ma, tylko monitoring, jednak ta karta umożliwiła mu przejazd przez bramę wjazdową, którą tylko pojazdy mogą przejechać. Potrzebował więc samochodu, który także nie wzmoże czujności stróża stale pilnującego monitoringu. Administrator budynku posiada spis wszystkich aut mieszkańców, w ten sposób można zmniejszyć grono podejrzanych, zakładając, że nie jest to nikt z wewnątrz. Zmrużyłam niezbyt zadowolona oczy. Pamiętając o jego umiejętnościach, należało przejrzeć półroczny rejestr pojazdów, tyle ważne są karty dostępu.

— Jesteśmy w przeszłości — głos Ruby wyrwał mnie z rozmyślań. Ona dopiero po otoczeniu zauważyła, że nie jesteśmy w czasach, do których nas wzięłam. Ja poczułam to w momencie, gdy mężczyzna przeniósł nas w czasie. I trzeba przyznać, jego umiejętność nie jest wygodna. Jednak jedyną panią czasu jestem ja, on może się bawić w podróżnika, skakać sobie i udawać, że czas to jego plan zabaw, jego podwórko. Niech tak sobie myśli, niech otoczka pewności rośnie wokół niego, aż postanowię ją przebić raz na zawsze.

— To nie jest problem, przynajmniej dla mnie — powrót jest dla mnie dziecinnie łatwy, to ona powinna się martwić czy uda się jej wrócić. Bo znowu, choć tym razem nie z mojego powodu czy woli, znalazła się na mojej łasce.

— Sama widzisz, jestem nieunikniona. Bo nieważne co robisz, świat sam cię pcha w moje ręce. I tak długo, jak ci nie pozwolę, nie będziesz w stanie uciec ode mnie — W normalnych okolicznościach cieszyłabym się, jeśli zostawiłaby mnie w spokoju, jednak teraz status quo uległ zmianie. Przez nią mogę dostać się do Zico i zyskać dużo, bardzo dużo. Wystarczyło to dobrze rozegrać, a cała trójka, Ruby, jej brat i przede wszystkim mój ojciec będą płaszczyć się u moich stóp

— Jeny, serio? Nawet w obliczu, gdy spotkaliśmy tajemniczego gościa o podobnych umiejętnościach, ty wspominasz o sobie? — Ruby jak Ruby, kompletnie nie zdawała sobie sprawy z sytuacji, w której się znajduje. Wesoło ignorując to, co mówię, jakimś cudem wierzy, że gdy nadejdzie chwila prawdy, a ja będę wybierać między sobą a uroczym trzymaniem się za rączki z nimi, to wybiorę to drugie. Może się srogo zawieść.

— A jak mam nie mówić o sobie, skoro jak sama zauważyłaś, ma podobne umiejętności do mnie — jej obecność działała na mnie coraz bardziej drażniąco — A problem jest większy, niż potrafisz sobie nawet wyobrazić. Przy tym twój kłopot z twoim bratem i moim ojcem w roli głównej to kompletna bzdura, drobiazg, którym nawet nie warto się zajmować

— Mylisz, bardzo się mylisz. Ci ludzie, to byli ludzie mojego brata. I ten gość przypadkowo wiedziałby gdzie i kiedy się znaleźć, by nas od nich oderwać?

— Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to dziwi — próbowałam się opanować, żeby nie wyzywać jej od niekompetentnych idiotów, wszystko sypało się, szło nie tak, jak powinno, a na dodatek musiałam się użerać z Ruby i jej przygłupim towarzystwem. Tylko w tym przypadku czy nie było lepiej z nimi współpracować? O zaufaniu nie było mowy, jednak wspólne interesy faktycznie jednoczą nawet najzacieklejszych wrogów.

— Twojego brata można pozbyć się od ręki — odwróciłam się w jej stronę — Pokaz siły, który urządził nie był niczym innym jak tupaniem nogą pięcioletniego chłopca, który chce, żeby jego ojciec traktował go jak dorosłego. Większy problem mamy z nim — trzymałam kartę tarota w dwóch palcach tak, żeby mogła ją widzieć — Pewności nie mam, ale wszystko wskazuje na to, że jest spokrewniony z moją matką. A to oznacza kłopoty, duże kłopoty, jeśli nie wierzysz mi, to spytaj swojego ojca, bo on ją znał.

— Mojego ojca... - zamyśliła się — Wolałabym nie wciągać w to dodatkowych osób. Będzie dodatkowo zadawał nieprzyjemne pytania, a to go nie dotyczy. Staram się uwierzyć ci na słowo.

— Zico, dopóki nie zawrze umowy z moim ojcem, jest względnie nieszkodliwy, więc proponuję darować sobie jego osobę przez jakiś czas — wyciągnęłam z kieszeni kartę, którą ukradłam mężczyźnie — W ten sposób nasz John Doe włamał się do mojego apartamentu, a jeśli tam mógł się włamać, to wasze — utrwalam na moment, jakby moje słowa nie chciały przejść przez gardło — Wasze mieszkania to dla niego banał. Jednocześnie, gdy postanowiliście wparować do mnie nieproszeni jak hiszpańska inkwizycja, wszystko mu ułatwiliście. Każdego z was w różnych czasach musiałam utrzymywać przy życiu, więc i on mógł się bezproblemowo przemieszczać

— W takim razie już dawno by to zrobił, a mimo to zaczął od ciebie. Ciekawe dlaczego... — cały czas ślepo naiwna, jeśli u mnie był, u nich także, tylko nie byli w stanie nakryć go na tym

— Jaką masz pewność, że u was nie był? A przychodząc do mnie, byliście na tyle uprzejmi, by zebrać nas w jednym miejscu, ułatwiając mu właściwie wszystko, na co tylko miał ochotę — nasilające się przeczucie, nie dawało za wygraną — Jesteś pewna ich, całej trójki? — Widziałam wrogość na twarzy Ruby, która dopiero miała dać upust swojemu oburzeniu

— Oczywiście, że jestem ich pewna! To moi przyjaciele, których znam od dawna — Było bardziej niż oczywiste, że tak powie, właściwie sama nie wiedziałam, po co o to pytałam, skoro z góry znałam odpowiedź. Nie widziałam więc sensu w dzieleniu się z nią swoimi myślami. Każdy z nas został zaatakowany, będąc w różnych czasach. Tylko Lina nie. Ona potrafi podróżować w czasie, co także mi się nie podoba i w odpowiednim momencie, będę musiała się tym zająć, i nikogo z nią nie było, gdy my zostaliśmy zaatakowani. Nie ma alibi, świadka, niczego co przemawiałoby na jej korzyść. Plus, nie lubię jej. Jednak to by było zbyt wygodne, zbyt łatwe i zbyt oczywiste

— W takim razie zapomnij, że pytałam. I dla własnego dobra ogranicz kontakt nie tylko ze mną, ale również z tymi, których nazywasz swoimi przyjaciółmi — przeniosłam nas w czasie, obie, do teraźniejszości, by samej bez słowa znowu przenieść się i zostawić Ruby samą. Należało jak najszybciej pozamykać niektóre sprawy tak, by nie zaprzątały niepotrzebnie głowy.


<Ruby?>

==========================================================================
Od Ruby do Apolonii

Zaczęło się lato, dokładniej była połowa czerwca. Sprawa z tajemniczym nachodzeniem trochę uciszyła, a raczej zeszła na bok, dając miejsce medialnemu celebrycie numer jeden, czyli pogawędkach o pogodzie. Żar lał się z nieba, na ulicach można było smażyć jajka jak na patelni. Na szczęście nasi bohaterowie byli wyposażeni w klimatyzację, nawet dom Chrystiana, który z zewnątrz wyglądał na niepozornie opuszczony. Cóż, ten dom musiał być wyposażony w najlepsze bajery do podtrzymywania stałej temperatury i sterylności w pomieszczeniach, przynajmniej tych wyznaczonych do ich krwawego interesu.
W takim oto pokoju, przypominającym małą poczekalnię z narożnikiem i stołem kawowym, zasiadała Ruby z braćmi. Ona była podpięta i upuszczano jej krwi do specjalnej maszyny, Chrystian kontrolował pomiary, a Mikołaj czytał plotki o sobie w magazynach.
- Jak myślicie - zagadnął Mikołaj, słynący z głupich pytań - czy nasz stalker właśnie wypaca sobie kaloryfer w czarnej skórzanej kurtce?
- Myślę że - zaczął Chrystian, słynący z ciętych odpowiedzi - Zico w międzyczasie znalazł sobie kolekcję letnią, taką przewiewną.
Ruby, która z początku nie była myślami przy rozmowie, ożywiła się. Wyprostowała się na siedzeniu.
- To nie jest mój brat.
- Skąd możesz to wiedzieć? Ponoć nie widziałaś jak wygląda.
- To prawda, ale... to nie on. Nie zachował się w jego stylu. Zico to gnida i nasłał na nas swoich ludzi, a on nas przed nimi obronił.
- Albo to podwójna akcja i wasz obrońca też jest od Zico. Ruby, nie wierz wszystkiemu, co widzisz. Nie bądź naiwna.
- Co sugerujesz, Krysiu?! - syknęła.
- Nic... Spokojnie, bo pęknie ci żyłka. Leje się z ciebie jak z węża strażackiego.
Ruby z powrotem starała się nakierować siebie spokojne myśli, harmonizację przebiegu krwi i rozluźnienie tętnic. Nie drążyła dalej tematu. Za to spojrzała na stolik. Leżały na nim karty tarota symbolizujące ich grupę. Nałożyła się na nich warstwa kurzu, gdyż były nietykane od jakiegoś czasu. Z całej grupy Ruby spotykała się najczęściej z braćmi. Apolonie - cóż, bez zdziwienia, nie kontaktowała się z nimi od incydentu na wieżowcu, ani w drugą stronę nie starali się do niej dodzwonić. Lina za to ostatnio miała wiele prób, sesji fotograficznych, castingów... Zawsze jej coś wypadało. Ruby zaczęła podejrzewać, że coś lub ktoś ją umyślnie zastraszył.
- Mikołaj, Lamia oddała ci wszystkie koty? - zagadnęła.
- Tak, znaczy się nie. Oddaje mi je wciąż. Każdego w innym terminie. Jakby nie mogła ich oddać za jednym razem.
- Ciesz się, że przynajmniej je oddaje w jednym kawałku. 
- One nigdy nie były w jednym kawałku - zaśmiał się.
- Wiecie - przerwała im żarty o brakujących kocich kończynach - Myślałam, żeby tak jakoś spróbować nawiązać kontakt z nią. W końcu jest coś, co nas z nią wiąże. Mnie zwłaszcza.
- Nie ma mowy, wysyła mi koty tylko przez pośrednika. Ona naprawdę się od nas wycofuje.
- Szlag...
- Ale... ponoć szykuje się kolejne przyjęcie, na którym będzie towarzyszyć.
- Skąd to wiesz?
- Lina mi powiedziała. Znaczy się, ona zna się z jakimś muzykiem, który zna się z dźwiękowcem, który będzie tam pracować.
- Brzmi jak niezbite i pewne informacje - prychnęła.
- To są niezbite i pewne informacje! - wykrzyknął pewny siebie.
Ech, ten Mikołaj. Cały poszybował do chmur i nikt i nic już nie dało rady go stamtąd ściągnąć. On myśli, że jak jest sławny, to może się wszędzie wbić. Kiedy wreszcie dojdzie do niego że...

*Jakiś czas później*

   ... miał rację.
   Najgłupsze momenty w życiu grupki to te, w których niemożliwe, głupio brzmiące pomysły Mikołaja są wprowadzane w życie i nawet się udają! Tym razem pokonał siebie samego. Już tłumaczę.
   W centrum Deiran, w malowniczym odremontowanym teatrze, ma zamiar zebrać się śmietanka świata sztuki, co znaczy, że oczywiście nie zabraknie Apolonie Maschery. Będą gadać o sztuce, kto co za ile sprzedał lub kupił, oraz będą nawzajem wychwalać swoje kolekcje. Dlatego potrzebują ludzi, którzy będą im na owym przyjęciu usługiwać. Ruby, chcąc się tym razem nie wychylać w tłumy, wybrała rolę pani od zaopatrzenia garderób. A jeśli chodzi o to, jak tego dokonali...
   Ów znajomy znajomego Liny niezbyt chętnie podchodził do tematu pomocy koleżeńskiej i niechętnie dzielił się owymi informacjami. Nawet z początku mówił, że nie kojarzy, kim jest Mikołaj. Niby taki dobry z niego dźwiękowiec... Albo po prostu udawał (zarówno w kwestii zawodowej jak i znawczej). Jednak po parudziesięciu minutach rozmów, negocjacji i tłumaczeń wreszcie zapaliła się u niego lampka. Po oświeceniu przypomniał sobie, że ma siostrę, której trzeba odprawić Quinceañera. I tak się składało przypadkowo, że ma cały pokój obklejony jego plakatami. Mikołaj zgodził się i się poświęcił. Dzięki jego heroicznej postawie Ruby zdobyła przepustkę do niemalże wszystkich pomieszczeń, tzn. stała się panią od zapotrzebowania dla gości i ich pokoi. Jednak nie przykładała się do tego, gdyż w zainteresowaniu miała tylko jedną odwiedzającą. Zostawiła ją sobie na koniec, jak wisienkę na torcie.
   Właśnie dobijała godzina końca, reszta pokoi została już odrobiona, w sensie pożegnalne prezenciki zostawiła pod drzwiami, a resztę niech sobie bogaci burżuje sami ogarną. Dla niej liczyło się osobiste danie prezentów dla Lamii. Dlatego czekała w przygotowanym dla niej pokoiku, specjalnie nie zapalając świateł, aby lepiej pomyśleć nad tym, co jej powie. Czy rozegra to łagodnie, czy nerwowo oraz starała się przewidzieć jej reakcję, chociaż to było nieprzewidywalne. Pewne było, że w którymś momencie zniknie, jak zawsze miała w zwyczaju. Zazwyczaj wtedy, gdy była poirytowana, bądź znudzona, czego Ruby się już zdążyła o niej nauczyć. Dlatego musi zachować jej ciekawość swoimi ofertami na wysokim poziomie. Już nawet miała towar przetargowy za garść informacji. W końcu to spotkanie na temat sztuki, wielu się pokusiło, by pochwalić się na żywo swoimi obrazami. Lamia z pewnością zauważy dla siebie interes w szybkim i łatwym podwędzeniu ich. Tak się składa, że klucz Ruby aktywuje prawie wszystkie drzwi, w tym te od przechowalni obrazów (ponieważ na początku musiała je przewieźć z garderób do owego miejsca, a teraz jej plecy błagają o pomstę do nieba).
   Czekała w pełnej ciemności, kiedy rozległ się dźwięk otwieranego zamka. Przez szparkę wdarł się kosmyk światła, który po chwili zalał ją całą od stóp do głów. Z początku była niewidoczna, gdyż kolor jej uniformu zlewał się z fotelem, w dodatku na kolanach trzymała wielki kosz upominkowy, który zasłaniał jej twarz. Jednak gdy go odstawiła pod nogi, Lamia przystanęła. Ruby wyobrażała sobie, co teraz może myśleć. 
- Witaj - odezwała się pierwsza.
- Po jakże szykownym stroju wnioskuję, że jesteś w pracy. Więc zrób, co do ciebie należy, i wyjdź, bo nie po to jechałam na drugi koniec dystryktu, żeby się z tobą użerać - rzekła z niewzruszoną mimiką, jakby wyczuła jej obecność.
- Tak się składa, że zostałaś mi tylko ty, a dla ciebie mogę specjalnie wziąć nadgodziny.
- Zatem ja wyjdę, tak się składa, że nie zamierzałam zabawić na dłużej w tej ruinie, a tobie nie będę poświęcać swojego cennego czasu, mimo że mam go więcej niż ktokolwiek inny.
- Zanim wyjdziesz - podkreśliła - weź prezent. Organizatorzy się postarali.
- Myślisz, że potrzebuję takich śmieci, które można kupić w supermarkecie? Nie rozśmieszaj mnie.
Na te słowa Ruby w dwóch palcach wyciągnęła z kosza kopertę z pozłacaną pieczęcią.
- To może być coś specjalnego dla ciebie. Większość gości dostała kopertę ze zwykłą czerwoną pieczęcią, ty natomiast dwie i w dodatku jedną z kruszcem złota.
- Popraw mnie, jeśli się mylę, ale grzebanie we własności gości nie powinno leżeć w zakresie twoich obowiązków. A ja, będąc obecna przy takim zajściu, jako zatroskany świadek powinnam zgłosić to twojemu pracodawcy. Mogło przecież coś zginąć i to nie tylko mnie.
- Mylisz się w jednym. Nie mogło, a z pewnością coś zginie, ale nie tobie. Wystawa była ciekawa? Ktoś przyszedł z czymś wartym zachodu?
- Biorąc uwagę nasze zażyłości, nie widzę nawet jednego powodu, dla którego miałabym odpowiadać ci na jakiekolwiek pytanie.
Ruby zrobiło się lekko w rękach i luźno przy nogach. Koszyk zniknął. Co za zaskoczenie.
- Zapomniałaś czegoś - pomachała kopertą - Ale to nic w porównaniu z tym, co ja mogę dać.
- Święty spokój? Dozgonną wolność od twojej osoby, twojej i całego waszego warcholstwa?
- Nie, aż tak to nie - machnęła ręką - Zauważyłam błysk w twoich oczach, gdy wspomniałam o obrazach. Coś ci się spodobało i chcesz to mieć. A ja mogę ci pomóc to zdobyć bez problemów.
- Koperta z czerwonym lakiem to podziękowanie za obecność, dostałam takich już tysiące, otwórz, to się przekonasz. Druga jest pusta. Jeśli cokolwiek tutaj okaże się warte mojej uwagi, zrobię dokładnie to samo co z zawartością koperty ze złotą pieczęcią.
Dokładnie ze wszystkich stron obmacała papier, nie pomijając żadnego szczegółu. Widać było na nim odciski czegoś, co było w środku. W dodatku koperta, poza złotym woskiem, zamknięta była nowoczesną metodą na klej. Gdyby nikt nigdy do niej czegoś nie włożył, byłaby całkiem płaska. Ta miała wybrzuszenie od powietrza.
- Coś tu było, co cię interesowało, a teraz zniknęło. Znany schemat. Tam na salach też były zapewne interesujące rzeczy. Niestety nie możesz zrobić z nimi tego samego. Od początku do końca są pod okiem kamer i właścicieli. Poza jednym pomieszczeniem i dwoma czasami. 
- Brzmisz, jakbyś próbowała mnie szantażować i tym swoim żałosnym teatrzykiem namówić mnie do współpracy - tu koperta zniknęła z mej dłoni - Prawda jest taka, że jeżeli cokolwiek by mnie tu zainteresowało, to już dawno byłoby moje. Więc twoje śmieszne usiłowania przekupienia mnie nic ci nie dadzą. Twoja oferta jest kompletnie bezwartościowa.
- Gdyby tak było, połowy kolekcji stąd już by nie było. Chcesz czegoś, ale nie wiesz jak to ukraść, bo są cały czas pod okiem kamery i straży. Za to ja wiem gdzie i kiedy nie są. W zamian za tę garść informacji chcę tylko, byś mi odpowiedziała na kilka małych pytań.
- Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu "nie jestem zainteresowana"? Mam ci je przeliterować czy wysłać pisemnie? Ani ta chałtura tutaj, ani tym bardziej twoja pomoc nie są mi do niczego potrzebne.
- Chałtura? Jaka chałtura? - obejrzałam się teatralnie dookoła - Ja tu nikogo nie widzę. No ale skoro tak, to zostawiam cię. Muszę jeszcze zerknąć okiem na obrazy, chociaż to nie należy do moich obowiązków. Po prostu tak od siebie chcę. Może coś mi się spodoba i to sobie wezmę.
- Żałosne sposoby na marnowanie twojego czasu są mi kompletnie obojętne - Lamia wycofała się w stronę wyjścia - Ważne, żebyś nie wchodziła mi w drogę.
- Nasze drogi się niestety krzyżują i nie przestaną, dopóki nie odzyskam swojej własności.
- Czysto teoretycznie mówiąc, lepiej będzie dla ciebie oswoić się z myślą, że już jej nie odzyskasz. To tylko teoretyczna rada. W końcu ja nie rozumiem, o czym mowa, nie wiesz o tym? Nikt u mnie nic nie znajdzie.
- Ty nadęta... - syknęła, lecz natychmiast się powstrzymała.
Coś spadło na podłogę i poturlało się. Brzmiało jak metalowa puszka. To przypomniało jej, że powinna wyjść, nim ona to zrobi. A nuż w razie zauważenia kradzieży cała odpowiedzialność spadnie na nią.
- Powinnaś już wyjść. Przyjęcie skończone, nie ma nikogo, komu można by się pochwalić skradzioną sztuką - wstała i skierowała się w jej stronę, do wyjścia - Odprowadzić cię do drzwi, czy sama dotrzesz?
- Nadal się nie nauczyłaś. Mnie tu przecież nie ma i nigdy nie było - uśmiechnęła się cwanie.
- Teoretycznie masz rację - wzruszyła ramionami - Praktycznie mam dowody, że byłaś.
Rozległ się hałas, jakby gdzieś spadło więcej puszek. Cholera, to musiały być impregnaty do ram. Tyle, że ona i Lamia były ostatnimi osobami, które tam powinny być. Miała cichą nadzieję, że to szczury.
- A teraz naprawdę niemiło było, ale sprawdź, czy cię nie ma w domu... lub biurze.
- Ty natomiast lepiej sprawdź, czy te twoje pseudodowody rzeczywiście istnieją - wyszła z pokoju, ubierając swój płaszcz.
- Zrobię tak - prychnęła.
Ruby zapaliła podręczną latarkę. Na korytarzach już świeciło się światło awaryjne. Musiała ją odprowadzić za drzwi i włączyć czujnik antymocowy przy drzwiach, aby być pewną, że nie wróci do środka. A potem sama wyjdzie stamtąd i reszta nie będzie jej problemem. Ranna ekipa zajmie się sprzątaniem po gryzoniach.
   Prowadziła w ciszy, podświetlając sobie latareczką. Takie małe światełko do takich wielkich korytarzy, to było jak mieszanie łyżeczką w wiadrze. Kiedy w końcu znalazły się przy drzwiach, przystawiła swój elektroniczny klucz do drzwi. Lampka zaświeciła się na zielono i ruszyła klamką, by je otworzyć.
- Dziwne - powiedziała do siebie.
Elektroniczny zamek działał, jak należy, lecz drzwi ani drgnęły. Popróbowała jeszcze kilka razy, zwiększając swoją siłę pchnięcia. Nic nie drgnęło. Poświeciła pod uchwytem. Oprócz elektronicznego zamka, istniał jeszcze zwyczajny, tradycyjny na klucz. Z drugiej strony był wsadzony i przekręcony klucz.
- Bardzo śmieszne - wyprostowała się - Ty to zrobiłaś? - minę miała już nietęgą.
Lamia odwróciła się w stronę drzwi.
- Nie bawią mnie takie dziecinne gierki. Skoro ktoś już zamknął drzwi, byłabym głupia, gdybym tego nie wykorzystała. Ile jesteś w stanie dać, żeby cię stąd wyciągnąć? Być może coś zginęło, a chyba nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że to z twojej winy.
- Nie skorzystam - prychnęła - Co jeszcze chcesz ze mnie wyssać, kiedy mi już wszystko zabrałaś? Wolę tu zostać, na mnie nie ma dowodu, że mogłam coś ukraść. - teatralnie wskazała na róg sali, gdzie powinna znajdować się kamera, a sterczały tylko powyrywane kabelki.
- Co tylko sobie życzysz - uśmiechnęła się z wyższością - I teraz bądź łaskawa odsunąć się od drzwi, nie mam ani czasu ani ochoty na twoje towarzystwo.
- Co zrobisz? Znikniesz drzwi? - tak podejrzewała że zrobi.
Poczuła, jak coś ją trąciło na poziomie jej roboczych butków. Szybko zerknęła, aby tylko sprawdzić, co to, i dalej patrzeć co zrobi Lamia. To była puszka z naciskiem, jak u farby w sprayu. Już miała ją podnieść, kiedy z dziurki zaczął się wydobywać z sykiem dym. Automatycznie w obronie odkopnęła puszkę w kąt. W nieoświetlonej części sali słychać było jeszcze więcej syków. Z czarnych czeluści zaczęły się wyłaniać mocarne kształty facetów uzbrojonych po pas po zęby. Zbliżali się coraz szybciej, bez wydawania hałasu.
   Ruby skierowała wzrok na Apolonię, która gwałtownie się rozglądała. Nie - to nie jej sprawka. Obie znowu padły ofiarą szantażu.
- Nie wdychaj tego - powiedziała to, a Ruby w tym samym momencie zasłoniła usta koszulą.
Skupiwszy się na drzwiach, starała się je przenieść. Ilekroć stawały się niemalże przejrzyste, szybko wracały do swojej stabilnej formy. Coś w jej mocach słabło.
- Pole przeciwmocowe - wykrzyczała przez materiał - Ktoś je uruchomił.
Dookoła robiło się coraz mgliściej. To coś rozprzestrzeniło się w powietrzu. Panowie, widziała trzech, góra czterech przed sobą, otoczyli je w półkręgu. Nie mogła rozpoznać czy to ludzie jej brata, nie widziała ich charakterystycznych ośmiornic. Jedna strona była niezabezpieczona, także wzięła Apolonię za rękę, półświadomie, i zmierzyła w tamtym kierunku. Dziewczyna w połowie zaprotestowała silnym pociągnięciem do tyłu. Nie, to nie była ona. Została pochwycona przez jednego z nich.
- Nie! - wyrwało się z ust Ruby, ale zostało natychmiast stłumione przez dłoń w skórzanej rękawicy.
Druga łapa objęła ją w talii, uniemożliwiając wyrwanie się sprintem. Szamotała się, kopała, robiła, co mogła, lecz jej drobne ciało zostało unieruchomione przez kupę mięśni. Była coraz dalej odsuwana od Lamii, i chociaż nie była pewna, miała wrażenie, jakby tu nie chodziło o nią, a była raczej niewygodnym świadkiem. Ot pojawiła się w nieodpowiednim czasie i miejscu. Odciągali ją szybciej, już straciła prawie Apolonie z oka. Natomiast z dziewczyną stali w miejscu i jakby czekali na sygnały, co mają dalej robić.
   Światło nad ich głowami zamigotało. Panowie karki rozkojarzeni spojrzeli ku górze. Coś chyba szło nie tak na korzyść Ruby. Korzystając z chwili, ugryzła swojego napastnika w palec i kopnęła tam, gdzie hokeiści mają założone ochraniacze. Lampy rozbłysły i oślepiły mężczyzn, lecz Ruby z pamięci biegła z pochyloną głową do wyjścia. Tam specjalne oświetlenie rozbłyskowe skierowane na wejście otumaniło napastników Lamii. Uwolniona, ale otoczona przez zamaskowanych z każdej strony, nie miała jak uciec. Nagle bez mocy nie była już taką bohaterką.
   Ruby dopadła do drzwi i zaczęła je z uporem szarpać, kiedy znów została odciągnięta do tyłu. Tym razem siła była mniejsza, oraz ciągnący miał delikatniejsze ręce. Mimo to powalił ją na tyłek. Kiedy spojrzała na górę przed siebie, zauważyła dwie zamaskowane postacie rozprawiające się z karkami. Dwie delikatne sylwetki manewrowały pomiędzy nimi i sprzedawały im niezły łomot. Jedna z nich mogła unieść dwóch rosłych facetów i rzucić nimi o ścianę. Druga, gdy sytuacja nieco się uspokoiła, podeszła pierw do Lamii i podciągnęła ją, by wstała. Ruby zdawało się, że coś jej przekazała. Potem pośpiesznym krokiem podeszła do niej, złapała ją za fraki i przyszpiliła do ściany. Nachyliła się do niej, a słodka woń wdarła się do nozdrzy dziewczyny.
- Mam nadzieję ostatni raz ratować wam tyłki - wyszeptała. Głos miała zniekształcony, robotyczny. To musiał być syntezator.
Rozluźniła uścisk i odsunęła się od Rubinki. Oczy zamaskowanej kobiety, co stwierdziła po bliższym rozeznaniu, uderzająco jej kogoś przypominały. To był fioletowy błękit, w którym można było utonąć. Była bardzo silnie zbudowana jak na kobietę, to znaczy miała ponadprzeciętne okrągłości, których nie wstanie było nie zauważyć i nie odczuć. Na oko była o dwie głowy wyższa. Spod kominiarki wystawał gruby warkocz długich czarnych włosów. Odeszła od Ruby i dołączyła do swego towarzysza. Gdy już była przy nim, ostatni raz oboje spoglądnęli na pobojowisko i po prostu zniknęli. Pole przeciwmocowe zostało zdezaktywowane, innego wyjścia nie było!

<Apolonie?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...