środa, 10 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 11

Od Apolonii do Ruby


Jak udało mi się dowiedzieć, wystawny bankiet w rodzinnej rezydencji, mający na celu wyłonienie ewentualnych przyszłych parobków ojca, których on nazywając wspólnikami, mamił, by przystąpili do niego, spełnił swoje zadanie wyśmienicie. Znalazło się kilku głupców, którzy zaślepieni słowami ojca zainteresowali się układem, a jednym z nich okazał się rożowowłosy brat Ruby Wade. Już sam fakt, że pomyślał, że to będzie współpraca jak równy z równym, pokazuje, jak skrajnym idiotą on jest. Takich jak on, mój ojciec zjada na przystawkę. Gdy przyjdzie odpowiednia pora, tak samo jak wielu przed nim i tak samo jak wielu po nim, zostanie pożarty w całości, nie zostanie po nim nawet najmniejszy ślad. Mimo wszystko musiałam trzymać rękę na pulsie, nasza odwieczna gra, w której jeden wykorzystuje drugiego, ile się da, cały czas trwa, ojczulek mógł wpaść na jakiś wspaniały w jego mniemaniu pomysł wplątujący mnie w całą intrygę, w którym nie będę mogła nic zyskać, a ja zdecydowanie nie mam ochoty na taki wolontariat. Swoją drogą moje ostatnie nieposłuszeństwo wobec ojca nie odbiło się echem w postaci konsekwencji, których byłam właściwie pewna. Bo ojciec jest osobą, która zawsze musi mieć ostatnie zdanie w każdej sprawie i dyskusji, a wszelkie przejawy swawoli należycie piętnuje. Nie mogę powiedzieć, że wyczekiwałam wyroku z utęsknieniem, ale byłam zdecydowanie gotowa na niego, żeby pokazać ojcu, że nie jestem już tą małą dziewczynką podatną na jego wpływy, że musi się ze mną liczyć, jeśli cokolwiek ode mnie chce ugrać.

   Jednocześnie miałam inny problem, nasz prześladowca rozochocił się i poczynał sobie coraz bardziej bezczelnie i otwarcie, czego potwierdzeniem był kolejny trup. Wyciągnęłam karty tarota, które ostatnimi czasy leżały bezczynnie na półce, czekając, aż postanowię przyjrzeć się im bliżej. Ta podpisana moim imieniem najbardziej mnie interesowała. Kobieta siedząca na kamiennym tronie z trójzębem w dłoni bardziej przywodziła na myśl Posejdona lub morskiego potwora niż królową, cóż za ironia, że potomek anioła najwyższej z triad, stworzony ze światła, będzie porównywany do bestii zrodzonej z ciemności.

***

   Nie trzeba było długo czekać, ojciec zorganizował następne przyjęcie, tym razem w kameralnym gronie, wybranych, którzy mają realną szansę na współpracę z nim. Gdy i ja dostałam wiadomość o wyczekiwanej mojej obecności, miałam już pewność, że ojciec nie zapomniał o mnie. Po prostu czekał na odpowiedni moment. Ojciec wszedł na podest orkiestry, która momentalnie przestała grać, właśnie w tym momencie miało rozpocząć się przedstawienie, które z pewnością wyjaśni zagadkę mojej obecności w czasie tej farsy

- Wznoszę toast, za przyszłą współpracę, ale i za moją córkę, która niedługo ma urodziny — spojrzał w moją stronę i uniósł aktorsko kryształowy kieliszek z szampanem, wszyscy wokół niczym wierne kopie natychmiast zrobili to samo, jedynie ja stałam w bezruchu, jakbym była kompletnie głucha na jego słowa. Już po chwili stał przede mną z wyciągniętą dłonią z drugim kieliszkiem. Wzięłam go od niego i nie odwracając wzroku, celowo upuściłam na ziemię, by roztrzaskał się w drobny mak.

- Nie wiem, co zamierzasz, ale przyszłam tu tylko po to, żeby ci powiedzieć, że nie masz nade mną władzy. W niczym ci nie pomogę, nic dla ciebie nie zrobię. Nie jestem od ciebie zależna i już nigdy więcej nie będę twoim parobkiem, kundlem, na którego chcą awansować wszyscy tu obecni. Śmiało wybierz sobie jednego, bo akurat zwolnił się etat — po sali przeszła fala oburzonych szeptów, natomiast ojciec wpatrywał się we mnie wściekły. Nie dość, że naraziłam go na nieprzychylne spojrzenia potencjalnych podwładnych, to co gorsze podeptałam jego dumę, podważyłam jego niezachwiany autorytet, posłuch, którym się tak szczycił. A to wszystko przed wystawną kolacją, do której mieliśmy zasiąść zgodnie przy jednym stole.

- Udam, że tego nie słyszałem, więc wypij ze mną ten cholerny toast — próbował mówić opanowanym tonem, być może inni dali się nabrać, ale mnie nie był w stanie oszukać, wściekłość aż z niego kipiała i gdyby tylko mógł, pozbyłby się mnie dokładnie w tym momencie, ale nie mógł tego zrobić, czego doskonale oboje byliśmy świadomi. Nie miał jeszcze nikogo, kto mógłby zastąpić mnie i moje umiejętności. Z drugiej strony, nie mógł mi odpuścić, nie przy tym całym zgromadzeniu, które właściwie na wdechu czekało na najlepiej publiczne wyciągnięcie konsekwencji i egzekucję. Jeśli tego nie zrobi, osłabi swoją pozycję, pokaże, że skoro nie radzi sobie z własną rodziną i mi, jego córce, zwykłej kobiecie taki wyskok zostanie puszczony płazem, to oni też będą mogli sobie bezkarnie na więcej pozwolić.

Po sali bankietowej przeszła kolejna fala szeptów, jednak tym razem bardziej nerwowych. Czułam, jak za mną pojawiła się męska sylwetka emanująca mroczną aurą, która mimo moich obcasów znacznie górowała nade mną. Doskonale wiedziałam kto to, ciemnowłosy był też doskonale znany mojemu ojcu, który przybliżył się nieco do nas, jednak nie ośmielił się mi nic zrobić. Miał świadomość, że gdyby choćby mnie dotknął, na miejscu czekałaby go dekapitacja, czego wielokrotnie był świadkiem zarówno on jak i wiele osób obecnych na sali. A ci, którzy nie widzieli na własne oczy, słyszeli plotki obrastające właściwie do rangi legendy. Znana publicznie twarz płatnego zabójcy, również przez służby ścigania, który miał na swoim koncie według obiegowych informacji kilkaset głów, a nigdy nie został złapany i któremu nic nie udowodniono, bo było za mało wiarygodnych świadków jak i niepodważalnych dowodów, była wystarczającym powodem, by darowali sobie jakiekolwiek późniejsze szumy z powodu braku wyciągniętych konsekwencji wobec mnie. Poniekąd tym zagraniem pomogłam ojcu, należało jednak mu przypomnieć, że wychował mnie, o ile można to nazwać wychowywaniem, na swoje podobieństwo. I że tak jak on zrobię wszystko, żeby postawić na swoim. Tak więc właśnie ten płatny zabójca, którego twarz zdobi listy gończe porozwieszane w całym kraju, był moją osobą towarzyszącą, robił za mojego ochroniarza. I był jedną z nielicznych osób, której mój ojciec nie był w stanie przekupić, a wszelkie groźby w jego stronę przyniosłyby mu niechybną i jakże bolesną śmierć.

- Twój kundel nie zawsze będzie stał za tobą, pamiętaj o tym, ja zaczekam, mam czas

- Nie masz czasu, tak się składa, że czas jest po mojej stronie, ojcze. Ty nigdy nie byłeś jego panem, jedyne co potrafiłeś to wysługiwać się moją matką, a później mną – każdy wokół chciał chociaż trochę wyłapać z naszej rozmowy, oboje jednak pilnowaliśmy, żeby słowa, które padały między nami, nie docierały do nieodpowiednich uszu. W jednym na pewno się zgadzaliśmy, informacja to potęga, która może być boleśniejszą amunicją niż broń czy pieniądze. To ona, stojąc schowana za linią frontu, budowała mocarstwa, ale także sprawiała, że inne upadały.

Gdy zasiedliśmy do kolacji cisza między mną a moim ojcem, była wielce wymowna, a ciężka atmosfera udzieliła się właściwe wszystkim. Towarzyszący mi mężczyzna siedział obok mnie i pilnował, aby ojcu nie przeszło przez myśl nic, czego mógłby później bardzo żałować. Właściwie to dzięki niemu nikt nawet nie próbował do mnie podejść, stanowił niejako mur, który skutecznie i na moją wyraźną prośbę odgradzał mnie od reszty świata, świata, który tak bardzo łaknął towarzystwa mojego ojca. Przy stole oprócz mnie, mojej pary i niego, siedziało jeszcze dwanaście osób, byli to właśnie domniemani partnerzy ojca jak i osoby towarzyszące niektórych z nich.

- Miejsce ochrony jest przy drzwiach, na wycieraczce, nie przy stole, wszystkich bez wyjątku – w końcu odezwał się mój ojciec, wiedziałam, że będzie się chciał go pozbyć w jakiś subtelniejszy sposób niż wywleczenie go za fraki, wiele i tak by to mu nie pomogło, gdyby mężczyzna wyczuł zagrożenie, pojawiłby się przy mnie w ułamku sekundy. Przełknęłam spokojnie i zamoczyłam usta w czerwonym winie.

- Tak się składa, że Diego jest moją osobą towarzyszącą, tak samo jak te wszystkie kurwy, które pozwoliłeś posadzić przy tym stole, z tą różnicą, że on się nie puszcza – mój chłodny głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, mój ojciec zacisnął szczękę ze złości, to była jego jedyna reakcja, na twarzach większości kobiet, gdybym się rozejrzała, z pewnością mogłabym ujrzeć oburzenie i jak niezbyt dyskretnymi szturchnięciami, próbowały nakłonić swoich towarzyszy do bronienia ich honoru, ci natomiast nie byli zbyt wyrywni do tego. Diego natomiast nawet nie przerwał kolacji, cały czas spokojnymi ruchami jadł zamówionego przez siebie homara, co mogło u niektórych, zwłaszcza tych tchórzliwych wywołać nieprzyjemne dreszcze, trzask miażdżonych kleszczami szczypiec z pewnością nie jednemu mógł przypominać dźwięk łamiących się kości, a w zestawieniu z ciszą, która podkreślała dźwięk jak i z obojętnym wyrazem twarzy seryjnego mordercy, którym zresztą był, przyprawiać o palpitacje serca. Ja także wróciłam do jedzenia. Dość długo można było słyszeć tylko dźwięk sztućców, nikt nie odważył się przerwać tej ciszy. Dopiero gdy kolacja dobiegała do końca, w końcu jeden z gości ojca odezwał się

- Kolacja wyborna – niski, głęboki głos zwrócił uwagę większości obecnej w pomieszczeniu, był to brat Ruby. Nawet nie patrząc na ojca, wiedziałam, że podjął on decyzję, której oczywiście nie powie głośno, a już na pewno nie teraz. To z nim zamierzał pójść na układ, resztę zamierzał zwodzić i wykorzystywać jak długo się dało. Z jednej strony mogło to oznaczać, że nie wytrzymał presji ciszy, była ona zabójcza dla niego i wykończony psychicznie po prostu potrzebował jakiejkolwiek rozmowy. Jednak, gdyby tak było, nie miałby w ogóle szansy, by siedzieć dziś przy tym stole. Ojciec już na starcie odrzuca płotki, które nie mają zbyt mocnych nerwów, takie przecież do niczego się nie nadają. Zico Wade zdał test, właśnie odzywając się, jeśli on nie dogada się z moim ojcem, to nikt z tutaj obecnych nie ma na to najmniejszych szans.

- Przekażę kucharzom twoje uznanie – ojciec przetarł serwetką usta, nie bawił się w żadną kurtuazję i od razu przeszedł na ty, w końcu każdy z nich tutaj był, żeby to jemu się podlizywać, nie na odwrót. Jego kelner natychmiast znalazł się koło niego i zabrał mu pusty talerz, a zamiast niego postawił kieliszek z whisky.

- Swoją drogą, skoro poniekąd świętujemy tutaj przyszłe urodziny mojej córki, Apolonio, mam coś dla ciebie moja droga – znowu zwrócił się do mnie. Coś zdecydowanie za bardzo zwracał na mnie swoją uwagę, a to nie mogło się dobrze skończyć – Wiem, jakie jest zamiłowanie twoje do sztuki, głównie malarstwa. Nie zechcesz nam przybliżyć nieco historii twojego prezentu? – Spojrzałam na postawiony na specjalnym podniesieniu obraz, który do tej pory był zakryty złotym jedwabiem, był on oczywistym falsyfikatem, doskonale to wiedziałam, bo oryginał wisi u mnie w apartamencie na ścianie. I ojciec też o tym wiedział, więc po co była ta cała gierka?

- Lamia z żołnierzem, olej na płótnie Johna Williama Waterhousa, namalowany w 1820 roku. Wymiary około 144 na 90 centymetrów – wyrecytowałam, znałam ten obraz na pamięć, byłam przy tworzeniu oryginału, a kopię, którą sprezentował mi ojciec, bezczelnie wmawiając wszystkim wokół, że to pierwowzór, wykonałam własnoręcznie, nie musiałam nawet patrzeć, by podać każdy możliwy szczegół. Ale nie zamierzałam chwalić się tą wiedzą. Obraz za to wzbudził pewną sensację, w końcu to jest dzieło bardzo znanego artysty, nie łatwo jest je obejrzeć na żywo, gdyż należy do prywatnej kolekcji, nie mówiąc już o kupnie. Przynajmniej autentyk, za którego wszyscy brali wykonaną przeze mnie replikę. Obecni szeptali między sobą, wyrażając swój zachwyt nad nim. Zabawnie było słuchać, jak komentowali coś, na czym się kompletnie nie znali, udając wielkich znawców. A brat Ruby nie był tu wyjątkiem, kątem oka widziałam, jak uważnie przygląda się obrazowi i szepce coś do swojej towarzyszki. Przymknęłam oczy. Miałam dość tej całej szopki, farsa zaczęła mnie już nużyć, więc to był wyraźny sygnał, że powinnam się zbierać. Ale jeszcze nie dowiedziałam się, co było prawdziwym powodem, dla którego musiałam uczestniczyć w tym cyrku.

***

    Zdobycie numeru było banalnie proste, więc nie w tym tkwił problem. Dość długo zbierałam się w sobie, żeby zrobić z niego użytek, zastanawiałam się po prostu, czy będzie mi się to opłacać. Co będę z tego miała, że ich poinformuję. Szansa, że się ode mnie w końcu odczepią i tak nieubłaganie malała, skoro już i tak kręcili się przy mnie cały czas, należało ich wykorzystać w jakiś odpowiedni sposób. W końcu to w ich interesie leży, żeby Zico nie bratał się z moim ojcem, jeśli mieli z nim na pieńku, co widziałam na własne oczy, ich problem mógł gwałtownie urosnąć, niczym potwór. Nikt nie chciał być wrogiem mojego ojca, oni także nie, nawet jeśli nie byli tego jeszcze świadomi. A to niechybnie się stanie, jeśli mój ojciec połączy siły z bratem Ruby. „Zico Wade” Napisałam tylko te dwa słowa, Ruby powinna się domyśleć, o co chodzi, w końcu sama miała przyjemność zetrzeć się z nim na pseudo przyjęciu charytatywnym, na które się włamała. Nie zastanawiając się dłużej, wysłałam wiadomość z numeru na kartę, który wcześniej kazałam sobie kupić na kompletnie obce dane. Na odpowiedź też nie musiałam czekać długo, w wiadomości szereg charakterystycznych cyfr tworzył szyfr, wrzuciłam go do programu dekodującego i już po chwili miałam informację, gdzie i kiedy Ruby proponuje spotkanie.

***

- Widzę, że nauczyłaś się czegoś od ostatniego razu – z zadowoleniem stwierdziłam, że była sama. Tak przynajmniej na pierwszy rzut oka. Reszta mogła ukryć się w jakiejś zakurzonej norze, ale na tę chwilę nie interesowało mnie to. Jeśli mieli ochotę podsłuchiwać, niech podsłuchują.

- Powiedzmy. Ta sprawa już nie dotyczy reszty, tylko mnie, bo to niestety z moim bratem byłaś na spotkaniu – tak właściwie to była kolacja, a jej brat był jednym z wielu, ale nie musiała tego wiedzieć. Niech myśli sobie co tylko chce, nie zamierzałam wyprowadzać jej z błędu, bo i po co?

- Macie problem – uniosłam kpiąco kącik ust, zdecydowanie mieli problem, nawet się nie spodziewała jak duży – bo to nie ja się z nim dogadałam, tylko mój ojciec. A on? On jest najgorszym z możliwych wariantów, na jaki mogliście trafić – zdecydowanie bardziej woleli, żebym to ja się z nim sprzymierzyła. Niestety w życiu nie zawsze dostajemy to co wolimy.

- Zależy czy twój ojciec tez coś do nas ma. O ile jestem pewna, nie spotkaliśmy się z nim nawet. A nie sądzę, by na prośby Zico chciał nam cos zrobić – Ruby była taka naiwna, sądziła, że skoro nie spotkali nigdy mojego ojca, to jakkolwiek ich to ochroni. Wręcz przeciwnie, nie są w stanie pokazać mojemu ojcu swojej wartości, więc jeśli padnie propozycja, żeby się ich pozbyć, nawet nie mrugnie okiem, nic nie będzie w stanie ich ocalić. Rozpoczynając od Cherubiny Wade, kończąc na jakże urzekającej Linie Caro.

- On to zrobi z czystej przyjemności, a jeśli dodatkowo twój braciszek da mu coś za to, tym większą satysfakcję będzie miał. Bo pozbycie się kogoś nie jest dla niego najmniejszym wyzwaniem, zrobi to o tak – pstryknęłam palcami – nawet jeśli będę to ja – obserwowałam dokładnie twarz Ruby, celowo to powiedziałam, chciałam zobaczyć jak zareaguje

- Nawet ty – powtórzyła cicho – Co zainteresowałoby twojego ojca, by Zico mógł skorzystać z jego usług? – sama byłam ciekawa, czym jej brat mógł się poszczycić, że przykuł uwagę mojego ojca

- Pytanie powinno raczej brzmieć, co twój brat ma mu do zaoferowania, żeby mój ojciec użyczył mu swojej mocy i wpływów. Bo on może się wydawać, że kieruje się zwykłą zachcianką, chwilowym kaprysem, ale jeśli nie będzie widział zysku, choćby długofalowego nie kiwnie palcem – ojciec właśnie taki jest, służba ludowi nie jest celem w jego życiu, wszystko co robi, opiera się na korzyściach. Żeby zyskać jak najwięcej, najlepiej jak najmniejszym kosztem wykorzystując wszystko i wszystkich wokół.

- Narkotyki i ludzi uzależnionych od jego narkotyków – odparła, to akurat wiedziałam, dokładnie o te narkotyki spierają się z Cherubiną, każdy z nich chce być lepszy od tego drugiego, mieć większe wpływy. To takie zabawne, każdy z nich liczy na to, że może coś znaczyć, tymczasem oboje to bezsilne robactwo – I bronie, w tym na pewno tez siedzi

- Bandą uzależnionych patałachów ojciec się nie zainteresuje – głośno myślałam – broni też nie potrzebuje, nie handluje nią, a swoich ludzi wyposaża już w bardzo wiarygodnym i sprawdzonym miejscu. Musi chodzić o coś jeszcze – zdecydowanie musiało chodzić o coś jeszcze. To, że Zico zdał test ojca, nic nie oznaczało, żeby w ogóle miał szansę do przystąpienia do niego, musiał czymś zainteresować ojca, czymś, co mogło mu się przydać, ale nie było na tyle niebezpieczne, żeby zamiast się od razu go pozbyć, zacząć współpracę. Bo jeśli ojciec wyczułby, choć cień oddechu konkurencji na plecach momentalnie by się z nią rozprawił, póki była jeszcze w powijakach.

- Niestety nie wiem, czym para się mój braciszek teraz. Niezbyt to mnie interesowało… ale podejrzewam, że to coś leży już i tak blisko jego obecnych branż – naprawdę była aż tak głupia, żeby się tym nie interesować? Nie chciała wiedzieć, z której strony jej braciszek może ją zażyć? Albo na starcie oddawała walkę walkowerem, albo nie traktowała poważnie swojego śmiesznego biznesu.

- Kolejny dowód na to, że się nie nadajesz na czarnorynkowego gracza. Twoim obowiązkiem jest wiedzieć, jakie twój przeciwnik wykonuje ruchy, żeby być kilka kroków przed nim, tymczasem bez podstawowej, chociaż wiedzy jesteś całkiem w tyle – wiatr nieco się wzmógł przyciągając ciemne chmury. Otwarta przestrzeń, na której się znajdowałyśmy, nie licząc świstu wiatru całkiem ucichła. Nawet jeden ptak nie przeciął nieba, nie było słychać dźwięku cykady. Wszystko wskazywało na to, że coś się zbliżało, coś, przed czym sama natura wolała się schronić.

- Ach, w takim razie kim jest on dla ciebie? Czy to chociaż masz pojęcie co on może zrobić jeśli wywęszy okazję?

- Twój braciszek? Jest dokładnie taką samą pluskwą jak i wy, z tą różnicą, że jemu być może uda się nawiązać współpracę z moim ojcem. Mimo to niczym nie jest mi w stanie zagrozić. A gdy odważy podnieść swój zapchlony łeb zbyt wysoko, pokaże mu, że jego miejsce jest co najwyżej u moich stóp

- Ha! – zaśmiała się – jednak masz jakieś poczucie humoru. Jeśli tak się stanie, to daj znać, chętnie popatrzę – mogła się śmiać, ona, cała jej zapchlona banda, ale też jej braciszek. Nie zmieniało to faktu, że nawet razem nie mogą się nawet ze mną równać, nie mówiąc

- Taka przyjemność niestety kosztuje, nic nie ma w życiu za darmo

- Ty potrafisz ze mnie tylko zdzierać. A ja już ci mówiłam, nie mam pojęcia, co on mógłby chcieć od wa… - urwała nagle, wiedziała coś lub się domyślała, czym niekoniecznie chciała się ze mną dzielić, niestety musiałam ściągnąć ją na ziemię, zdusić jej płonne nadzieje już w samym zarodku, żeby czasem nie wpadło jej do głowy, że posiadaną w jej mniemaniu przewagę nade mną, która w rzeczywistości nią nie miała nawet szansy być, może do czegoś wykorzystać. – teraz nawet wiatr ucichł, ciężkie chmury zawisły nad naszymi głowami, można było odnieść wrażenie, że niebo jest dużo niżej niż zwykle.

- Ja doskonale wiem, czego on chce, nie mam nawet złudzeń. Tylko czy jest w stanie zapłacić mojemu ojcu na tyle dużo, żeby zaakceptował jego prośbę? Co takiego twój żałosny braciszek może zaproponować osobie, która ma dokładnie wszystko? I jak dużo wy jesteście w stanie dać mi, żebym mu tego nie dała zamiast niego? Bo to, że próbuje dogadać się z moim ojcem, nie jest w żaden sposób wiążące, równie dobrze może próbować negocjacji, które a nuż okażą się bardziej perspektywiczne, z kimś innym. A ja, dokładnie tak samo jak mój ojciec, nie będę miała sentymentów. Jeśli Zico złoży mi korzystną ofertę, ale będzie chciał się was w zamian pozbyć, nic was nie uratuje. Jednego po drugim, po prostu zabiję was.


Ru?

==========================================================================
Od Ruby do Apolonii

- Zamilcz na chwilę - westchnęła - Tak wiem, wszyscy zginiemy, jesteśmy zgubieni - przewróciła oczami - W twoim mniemaniu. Mój brat - te słowa ledwo przeszły jej przez usta - jest inny. Odsunąłby nas z dala od jego interesów, ale na pewno nie zabiłby nas lub nie przerzucił w jakiś inny czas. Zico chciałby mieć nas pod kontrolą, jakiej teraz nad nami nie ma. Skrycie chciałby zrobić z nas mrówki, ale... - zająkała się, chyba za dużo wypowiedziałam - ... nie uda mu się to nigdy.
- Jeśli chcesz, to umiesz być przydatna, ciekawe co powiedzą twoi znajomi na to, że własnoręcznie wykopałaś wam grób? - Lamia zmrużyła oczy, a na jej twarzy pojawił się uśmieszek zwycięstwa - A właściwie zbiorową mogiłę. Teraz jestem nie tylko o kilka kroków przed wami, ale także przed moim ojcem, który jeszcze nie zaczął negocjacji. Wyśpiewałaś mi cenę twojego brata, która nie jest w ogóle wygórowana w porównaniu z tym, co mogę zyskać. Dziękuję za jakże udaną współpracę, liczę, że następnym razem będziesz równie wylewna.
- Chwila moment! Nie powiedziałam co on by chciał. Powiedziałam, co ja sądzę, że by chciał - broniła się - Równie dobrze mógł wpaść na jakiś inny pomysł, albo nawet zechciał czegoś innego.
Chciała dodać, że ostatnio jednym z jego stałych klientów był ktoś bliski okrągłego cyrku, lecz na czas się powstrzymała. W tym momencie nie za bardzo ufała Lamii. Niby łączył ich wspólny interes powstrzymania tajemniczego stalkera, ale ona nie była godna zaufania. W każdej chwili mogła się obrócić przeciwko im, używając tego, co jej przekażą. Nie chciała do tego w żadnym wypadku dopuścić. Dlatego nie powie, że Zico może ciągnąć do polityki i sterowaniem zza kurtyny.
- Sądząc po waszej konfrontacji na przyjęciu, z pewnością chciałby, żebyś lizała mu buty. A jeśli zaoferuje mi odpowiednio dużo, dam mu to. Bo mogę - urwała na moment - Ale mogę też to dać tobie. Zamiast niego mogę wybrać was i to on będzie czołgać się u twoich stóp. To nic osobistego, to jest po prostu kwestia ceny, kto da więcej, niczego innego - przeszła kilkanaście kroków w bok, a Ru za nią, by nie stracić jej z oczu - Przyjrzyj się uważnie - powiedziała, wskazując na ulicę i ludzi przed nami.
W moment miastowa sceneria przemieniła się w błotnistą drogę, którą właśnie przemierzał wieśniak na swoim mule. Po drugiej stronie znajdowało się pole pszenicy i gdzieś na horyzoncie widniała tylko jedna budowla, i zapewne był to kościół.
- To jest potęga, która może dać wszystko. Obalać rządy, zmieniać bieg historii, poznać przyszłość by móc ją modyfikować według własnego upodobania - droga stała się kamienna, a na polu wyrosły domki z cegły - Może spełnić każde życzenie, od korony po jakże kuriozalną zachciankę t-rexa jako pupila. I to jest warte każdej ceny. Ludzie zabijają się o kolejną szansę, której nie mogą dostać, a którą ja mogę im dać jednym pstryknięciem palców - przeniosła nas do naszych czasów, a przynajmniej tak się zdawało.
Stałyśmy przed budynkiem, z którego zaczęłyśmy podróże w czasie.
- Niezależnie czy jest się cesarzem czy niewolnikiem, głupim dzieckiem czy starcem chylącym się do trumny, każdy chciałby mieć taką potęgę dla siebie bez wyjątku. Bo każdy ma pragnienia, których bez niej nie jest w stanie spełnić. Mi jedynie zostaje ustalić cenę, za jaką mogę być skłonna podarować takim jak ty namiastkę tej mocy.
- Teoretycznie to już nas wybrałaś - wspomniała - On na pewno nie ma nic, co by ciebie zainteresowało, zwłaszcza za "namiastkę tej mocy", jak to nazwałaś. To zwykły śmieć, nawet mamy obie wątpliwości co on mógłby zaoferować twojemu ojcu, a co dopiero mógłby zaoferować tobie. Uważaj wieśniaku! - syknęłam na gościa przechodzącego obok, który za blisko nas szedł i szturchnął nas - Czasy się zmieniają, ale ludzie pozostali ci sami. Tak czy owak, ja nad Zico mam tą przewagę, że ty i ja mamy wspólny cel i pomoc jest moją ofertą. Współpracą jego z twoim ojcem nie musisz się przejmować. Jeśli naprawdę jest szanującym się człowiekiem, wykluczy współpracę z Zico już na starcie.
- Jeszcze nikogo nie wybrałam. Ty i spółka jesteście chwilowo języczkiem uwagi w związku niefortunną sytuacją, w której się znajdujemy, ale niczym więcej. Prawdziwe karty nie zostały jeszcze wyłożone, więc nie mam powodu, aby decydować się już teraz. Najrozsądniej dla mnie jest usłyszeć oferty obu stron i dopiero wtedy podjąć decyzję. Ty jako przedsiębiorca, którym podobno jesteś, powinnaś to zrozumieć.
- W takim razie spotkanie możemy uznać za zamknięte. Znasz moje oferty dotyczące stalkera, ta pozostaje niezmienna. Co do mojego sztyletu, możemy się nad tym dogadać jak o osobnej sprawie.
Kilka metrów od nas stała grupka mężczyzn, wyglądających na turystów. Żarliwie o czymś dyskutowali nad mapą (kto w tych czasach używa mapy?) i rozglądali się dookoła. Miałam jakby wrażenie, że ich spojrzenia padają na nas, oraz, że mówią o nas. Lamia zdawała się niczego nie zauważać, skupiona na mnie i na swoich tyradach.
- Raczej chciałaś powiedzieć, mojego sztyletu. Wymiana była uczciwa, wzięłaś coś mojego bez mojej zgody, więc ja zrobiłam to samo - zaczęła iść w stronę wejścia budynku - Powinnaś poszukać swojej koleżanki. Nadal nie jesteśmy w naszych czasach, a ja nie czuję się upoważniona do sprowadzania cię z powrotem, skoro spotkanie uważasz za zakończone. I tą sugestię masz darmowo, żebyś mi nie wypominała, że tylko z ciebie zdzieram.
- Chcesz, to z chęcią oddam ci twoją krew - syknęła - I tak mi się nie przyda - zaczęła iść za nią.
Faceci coraz bardziej nerwowo oglądali się za nami, po pewnym czasie zaczęli iść w naszym kierunku. Podbiegła do Lamii, by zaalarmować ją o tym i by przeniosła...
Ktoś zaczął krzyczeć, jakaś kobieta, bo to zawsze są kobiety. Ktoś miał broń i wydał z niej strzał. Grupka teraz zbliżała się do nich szybkimi krokami. Szef na przodzie wycelował w dziewczyny. Na podwiniętym rękawie był symbol parszywej ośmiornicy, czyli Zico maczał w tym palce.
Potem w niewyobrażalnie szybkim tempie działy się absurdalne rzeczy. Znikąd wyskoczył przed nimi mężczyzna, co stwierdziły po sylwetce i posturze, w czerni. Na głowie miał kask motocyklowy i u swego boku trzymał coś w stylu deski bez kółek.
Obrócony, plecami do nich, obrzucił wzrokiem atakujących je mężczyzn. Wszystkie lufy były skierowane na niego i zaczął się ostrzał. Mężczyzna w mgnieniu oka się cofnął, odskoczył nieludzko do tyłu na 5 metrów i znalazł się tuż przy nas. Ruby poczuła tylko, jak jego palce oplatają ją w tułowiu i nagle zaczęła się unosić. Cóż, nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jego dotyk dał jej takie odczucie, plus to, że nagle znaleźliśmy się na dachu budynku. Z dala od agresorów.
Mężczyzna równie szybko co zjawił się przy nas, tak szybko odsunął się aż do krawędzi. Raczył się obrócić do nas i pokazać swe zamaskowane oblicze. Miarowym krokiem Ru zbliżyła się do Lamii, nieświadomie oczywiście. On zanurzył rękę w poły swojego czarnego anoraka. Ru, myśląc, że ma zamiar wyciągnąć broń, padła na ziemię. Usłyszała krótki, kpiący śmiech. Zdawałoby się, że to Lamia ją wyśmiała, ale nie. To był on. Wynurzył swą dłoń, między palcem wskazującym a środkowym trzymał połyskujący przedmiot. Wyrzucił go w powietrze w naszą stronę i w tym samym momencie przechylił się ku tyłowi. Nieoczekiwanie dla siebie samej czarnowłosa podbiegła do krawędzi, lecz mężczyzna zniknął. Nie był ani na dole, ani nie szybował gdzieś indziej. Po prostu się rozpłynął. Jednak bardziej niepokojące było to, że na dole jeździły pojazdy znane jako wyrzucone z użytku już od ponad stu lat. To oznacza, że nie byłyśmy w naszych czasach!
- Jesteśmy w przeszłości - przekazała moje spostrzeżenie Apolonii, która przyglądała się pozostawionemu przedmiotowi.
Była to plastikowa karta i już z daleka wiedziała, co przedstawia. Tarot i wieża z małych arkan. Stalker! To był on! Tylko jedna osoba mogła im taki numer wyciąć. Chyba, że nie działa sam, to to mógł być jego wspólnik.

<No dobra, dalej nie wiedziałam co napisać.>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...