środa, 3 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 5

Od Apolonii do Ruby


Przyłożona do ust dłoń zabarwiła się po raz kolejny na czerwono, niezbyt zwracałam jednak na to uwagę, miałam bardziej niecierpiące zwłoki sprawy na głowie. Ta dwójka wystarczająco dała mi się we znaki, poleciało kilkadziesiąt lat jak nic, które mogłam dobrze spożytkować we właściwie każdy inny sposób, już nie mówiąc o wtrącaniu się w całkowicie nie swoje sprawy w momencie, gdy łaskawie zdecydowała się zgarnąć mnie z ulicy. Dosłownie sekundy potrzebowałam na zorientowanie się w sytuacji. Nieprzytomna, jak się okazało stara znajoma, leżąca na korytarzu z wyrżniętymi czarnymi skrzydłami i niezbyt lubiany przeze mnie mężczyzna stojący zaraz obok opierając się o ścianę, niczym czarny wilk rzucający nieprzychylne spojrzenie na ewentualne zagrożenie, patrzył bez słowa w moją stronę. Na jego nieszczęście, mimo wielu nieporozumień i wzajemnych fochów, czas niezmiennie zawsze był, jest i będzie po mojej stronie. Nie wyjdzie raz? Będzie drugi, trzeci, dziesiąty, ja mogę do skutku właściwie przez wieczność.

  Cały czas miałam przed oczami tę cholerną bliznę. Już wiedziałam, skąd ją znam. Lekarz rodzinny, którego ojciec zawsze sprowadzał do tych według niego nietypowych i bardzo delikatnych, ale wyjątkowo opłacalnych spraw, przyszedł kilka razy z gówniarą, która była jej właścicielką. Nigdy nie pytałam, gdzie się jej nabawiła, kompletnie mnie to nie interesowało, z resztą jak cała ona. Po prostu pewnego razu się pojawiła w rezydencji, przyszła kilka razy, żeby pomóc, podać, zanieść i równie nagle, co zaczęła przychodzić, przestała. I to była dokładnie ta sama dziewczynka, która aktualnie znajdowała się na tylnym siedzeniu samochodu, prowadzonego przez dokładnie tego samego lekarza, który wielokrotnie próbował zwalczać moje uciążliwe komplikacje, co na dłuższą metę i tak na nie wiele się zdawało. Nigdy nie pozbył się ich na stałe. Ale to był na pewno on, jego barwa głosu, postura, sposób poruszania się, moja pamięć w żadnym wypadku nie zawiodła, a upływ czasu nie zamazał wspomnień. To wszystko zapamiętałam dokładnie tak samo, zupełnie jakbym ponownie znalazła się na bogato zdobionej wersalce, na której mężczyzna za każdym razem powtarzał swoje rutynowe badania. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to on, nie wiedziałam jednak, czy mnie rozpoznał, najprawdopodobniej nie, w końcu w tych czasach jestem dzieckiem i najpewniej wracał z domu mojego ojca. Zamyślona nie mówiłam zbyt wiele, automatycznie dawałam wskazówki jak jechać, by ponownie zatopić się w swoim świecie rozmyślań. Potrzebowałam informacji, musiałam zdobyć ich jak najwięcej na temat dziecka siedzącego za mną. W końcu właśnie to dziecko znajdzie mnie na ulicy kilkanaście lat później. A ja, póki co, oprócz imienia nic o nim nie wiedziałam. A informacja to prawdziwa potęga, największa, a zarazem nie wiadomo czemu traktowana wyjątkowo po macoszemu broń. Marginalizowana przez ogół, doceniana jednostkowo, a przecież razem z wiedzą stanowią dwie waluty, które nigdy nie powinny wypaść z łask. To właśnie dzięki nim można wygrać każdą wojnę, jeszcze przed jej rozpoczęciem. A wspomagane odpowiednią ilością pieniędzy tworzą właściwą dźwignię, aby w pojedynkę można było nie tylko przenosić góry, ale poruszyć cały świat. Przetrząsnąć go we wszystkie strony i zaprowadzić własny, niepodzielny porządek. Informacja jest kluczem umożliwiającym otworzenie każdych napotkanych drzwi, druga władza, jak wszystko i wszyscy posiadająca swoją cenę. I jest to zdecydowanie towar z tych najdroższych na świecie, za który nie jeden oddał i z pewnością nie jeden jeszcze odda swoje życie.

  O mężczyźnie nie wiele udało mi się dowiedzieć, jednak nie sztuką jest wygrywać, mając oczywistą przewagę. Sztuką jest granie takimi kartami, jakie się dostało od życia, często zwykłymi blotkami i dopiero wtedy zwyciężać. Zmienić bezwartościowe zera na swojego tromfa. Nawet zwykła dziewiątka, w odpowiednich rękach i odpowiednio użyta może okazać się jokerem, czarnym koniem, który całkowicie może zawirować wynik wyścigu. No chyba, że się ma do czynienia z mistrzem kantu, wtedy nieważne czym i jak zagrasz i tak dokładnie za każdym razem przegrasz.

– Postanowiłam odrobić zadanie domowe i dowiedzieć się co nieco, teleportacja i telepatia są, trzeba przyznać dość wygodne i jakże efektowne, ale ja mam na to ciekawsze sposoby. Nazywasz się Chrystian Apostolakis Van den Luytharden, lat 24, halfbreed anioła. Masz brata Mikołaja Reina. Myślę, że twój własny życiorys znasz lepiej niż ja, więc nie ma sensu, abym ci o nim opowiadała - informacje należy zbierać, lecz niekoniecznie się nimi dzielić, chyba że na ich ujawnieniu można coś ugrać. Tym razem moim fantem było dopilnować, żeby nie domyślił się, że właściwie to wszystko, co o nim wiem, a jego zadaniem, było piękne wyśpiewanie wszystkiego, czego potrzebowałam do dalszej gry.

 - A ona? - nawet nie skinęłam w kierunku leżącej na podłodze kobiety, nie miało to kompletnie znaczenia, ona nie miała znaczenia, przynajmniej w tym momencie - Ruby Wade, Nephalem, z matki anioła i ojca demona. Umiejętność to wcielanie się w innych. Niechciany przez nikogo dzieciak, mocno skrzywdzony przez okrutne życie. Nic więc dziwnego, że jest zmuszona dorabiać na czarnym rynku krwi - urwałam na moment, by spokojnie ominąć mężczyznę, który do tej pory oddzielał mnie swoją postawą od nieprzytomnej, jednocześnie bezczelnie sunąc zakrwawionymi palcami wzdłuż i tak brudnej ściany, co zostawiło kolejne plamy, niezbyt estetyczne, bordowo brązowe linie. Jednak perfekcyjnie sprawdziło się w swojej roli, mimo że dosłownie tylko na moment, ale skutecznie odwróciło jego uwagę, przez co od tej chwili przestał być rycerzem w lśniącej zbroi, murem ochronnym, oddzielającym mnie od jego towarzyszki. Od teraz na jego drodze do mnie leżała ona, razem z tymi swoimi dość obszernymi skrzydłami - Niestety, ja jej też tu nie chce. Przeszkadza mi tu i wyjątkowo mnie drażni - nie czekając dłużej, zacisnęłam palce na jej ramieniu. Sił nie zostało mi zbyt wiele, czas również sobie ze mnie wesoło i bezlitośnie kpił, przypominając o sobie i swojej zapłacie. Dlatego musiałam się pospieszyć, doskonale zdawałam sobie sprawę, że tylko tym sposobem przyśpieszam następny atak kaszlu, jednak tym razem nie zamierzałam pozwolić sobie na popełnienie takiego samego idiotycznego błędu. Na własne życzenie dałam się zaskoczyć o jeden raz za dużo. Podniosłam się z kucek, dławiąc się własną krwią. Zachwiałam się niebezpiecznie, ale nie musiałam się jeszcze podeprzeć, nie był to mój limit. Wykończona i mocno osłabiona nie miałam zbyt wiele sił, jak i czasu, który mi został do wykorzystania. Od momentu gdy Ruby zniknęła, miałam jakieś dziesięć, może piętnaście minut, które musiałam wykorzystać, jak tylko się dało.

- Wystarczy, że mnie dotkniesz, a gwarantuję, że dopilnuję, abyś nie zobaczył już więcej swojej jakże uroczej koleżanki. Jeśli jednak załatwimy wszystko po mojemu, wróci do ciebie w dokładnie takim samym stanie, co nas opuściła.


<Ru?>

==========================================================================
Od Ruby do Apolonii

"Na początku umysł stworzył myśl i pamięć. Pamięć zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru czasu, a Duch Potępienia unosił się nad czasem.
Wtedy umysł rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość. Umysł widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności. I nazwał umysł światłość prawdą, a ciemność nazwał kłamstwem.
I tak upłynął etap rozpoznania - pierwsze poznanie dobra i zła."
Nie, to nie tak. Coś musiała pomylić, pomyślała Ruby. To cytat wręcz znany na całym świecie. Nawet jej ulubiony stróż powtarzał jej go jak mantrę. Więc dlaczego go nie zapamiętała? Czemu jej pamięć zawiodła? Czemu ma tendencję do przekręcania wszystkiego, czego się tknę, w coś nielogicznego? I ogółem, skąd u niej ta moc kierowania dosłownie wszystkiego przeciwko niej samej? Zły los jej zadecydował znowu porażkę. W tym życiu, w poprzednim i jeszcze dalszych.
Natomiast jeśli spojrzeć na to z innej strony, zdanie teraz ma nowe znaczenie.
Nie mogła dalej nad tym myśleć (bądź poznać dobro i zło w przenośni), ponieważ dobiegł ją niespodziany odgłos. Płacz dziecka. Otworzyła oczy, by zorientować się, że nie jestem w siedzibie Chrystiana - również nie była w swoim ciele. Była orbitującym czymś, widzącym poprzez gęstą mgłę. Była nieładem, duchem, bądź po prostu istniała tylko we własnym mniemaniu. Takie spostrzeżenie ją naszło, ponieważ znajdowała się przed lustrem, a w lustrze nie było jej.
Znowu doszedł ją płacz dziecka. Poszła, a raczej przelewitowała w kierunku, skąd dochodził odgłos. Meble, rzeczy i ornamenty wokół zdawały mi się bardzo znajome... Zbyt znajome. Płacz był na tyle silny, że przekształcił się w żałosny szloch niedorośli, wylewającej swe smutki na otaczający świat.
Znała to miejsce i sytuację, na którą trafiła. Znała je tak dobrze, iż mogła śledzić przebieg bez patrzenia. Również nie chciała na to patrzyć drugi raz. A nawet gdyby, to akcja odbywała się w kuchnio-jadalni, gdzie jedynym źródłem światła była świeczka na stole i otwarty piecyk kaflowy.
'Schowała' się za piecem.
Cieniowa matka i córka siedziały przy stole. Płomień świeczki rzucał ich cień na ścianę. Powietrze było przesiąknięte dymem papierosowym i dymem od spalania, wynikającym ze złego stanu pieca.
Mniejszy cień się zatrząsnął.
- Maa-amo-o prz-przepr-praszam-m-m. J-już t-t-t-t-t-tego njee... srobię.
Większy cień uciął skinieniem ręki.
- Zawsze to mówisz i zawsze to robisz. Zawsze sikasz w łóżko, a potem przepraszasz - zaciągnęła się papierosem - Czemu mi to robisz? Stale zadaję sobie to pytanie - wypuściła dym - W sumie zadaję sobie mnóstwo pytań. Głównie są o tobie. Czemu nadal żyjesz? Czemu pozwalam ci żyć? Za jakie grzechy los pokarał mnie tobą?!
Papieros wylądował w piecu. Chwyciła stalowy kijek służący do wygrzebywania sadzy i zanurzyła go w płomieniach.
- Może nadszedł czas, być i ty zaczęła sobie zadawać te pytania - postać wstała i zbliżyła się do drzwiczek kozy - Może wtedy mnie przestaną dręczyć.
Mały cień osunął się z krzesła, po cichutku starając się odbiec. Jednak nie zdążył i został pochłonięty przez ten duży. Słychać było huk krzesła o podłogę i cieniutki pisk.
Parę żarzących się węgielków spadło na podłogę.

Stanąwszy, Ruby uciekła stamtąd. Biegła przed siebie, następnie w górę po schodach. Kiedy dobiegła do pokoju, zamarła. Myślała, że przedstawienie się skończyło, a ono dopiero się rozkręcało.
Przed nią było malutkie łóżeczko i okno, a za nią wspinał się po stopniach swąd dymu. Coś się pali.
Instynktownie podbiegła do jedynego wyjścia z dala od palących języków.
W małym łóżeczku leżał cień. Dygotał, jąkał się i chlipał. Jego cieniowa ręka krwawiła, puchła i zginała się pod nieregularnym kątem. Leżał tak w swojej agonii, nie skarżąc się na ból, a tym bardziej na to, że leży w przemoczonej pościeli.
Ogień sięgał coraz wyżej. Chociaż była niebytem, poczuła drapanie w gardle. Zaczęła kaszleć.
Z nadzieją wpatrywała się w drzwi. Wiedziała, że za moment pojawi się ratunek.
Za moment przyjdzie on i znów pozna definicję szczęścia.    
Jednak czas uciekał, a żywioł nie próżnował. Upadła do podłogi.
"Szybciej albo zaraz umrę! Skonam tu ze sobą!", pomyślała.
"Zabierz mnie do domu!", krzyczała.
"Zabierz mnie do domu, gdzie pasuję!", błagała.
"Nie zniosę tego dłużej!", omdlała.
Wtem drzwi - czy to strawione przez płomienie, czy wykopane - odpadły. W ich miejsce, na tle czerwono-pomarańczowych barw, stanęła sylwetka. Definitywnie był to mężczyzna. Wybawienie - pomyślała zbyt szybko. Wtem z jego rękawów jak węże wypełzły 2 łańcuchy.
To nie jest wspomnienie. To koszmar.

*** W międzyczasie ***

Chrystian postąpił przed siebie i rozpostarł ręce. Wziął głęboki wdech przez nos. Próbował wyczuć obecność Ruby i czy stojąca przed nim Apolonie Maschera była prawdomówna. Czasem to, że czegoś nie widać, nie znaczy, że tego nie ma. Jeśli Ru została przeniesiona bądź zdematerializowana do niewidzialności, jej obecność może być wciąż przez kilka chwil wyczuwalna. Fizyka miała to do jakichkolwiek form teleportacji, że nim się gdzieś znajdziesz, pierw znajdą się tam twoje atomy. Również, gdy gdzieś wyruszysz, te małe cząstki znikną jako ostatnie.
Wypuścił powietrze ustami. Ślady były "gorące" i nie stygły. Mimo to wiedział, że musi rozsądnie negocjować, choć się na to nie godził. Jego "koleżanka" była w tarapatach. Wiedząc, że mógł ją uchronić, a uciekł niczym pies z podkulonym ogonem, miałby ją na sumieniu. Był również poruszony informacjami, jakie Apolonie zdobyła na jego temat, mógł podejrzewać jak. Czuł się jak ostatni czarny szach otoczony białymi. Ta sytuacja obciążała go jak pętla na szyi przywiązana do głazu na dnie jeziora.
- Ja też byłem pilnym uczniem, Apolonio Maschera. A może mam mówić Lamia? - pytanie retoryczne - Myślisz, że jak gadasz z 'biedotą', to nikt cię nie zna? Twoja lista przewinień jest naprawdę długa. Spytałbym, czy ojciec czasem ci ją czyści, ale wydaje mi się, że nie wiesz sama, bo wasze kontakty są bardzo... chłodne? Tak czy owak, twój ojciec mnie nie obchodzi. Obchodzi mnie to, do czego chcesz dojść teraz? Jeśli chodzi o ten garnek, wiedz, że to nie było dla zysku. Możesz go sobie nawet wziąć z powrotem. Głównie nie chciałem mieć uświnionych paneli. Twoja krew, w jakiejkolwiek formie, nie zostanie sprzedana. Nie szukam zwady z tobą, chcę tylko, byś oddała to, co przywłaszczyłaś sobie. Coś, co ma wysoko sentymentalną wartość dla mojej koleżanki.
Słaniała się pod sobą. Jej nogi, choć nonszalancko podparła się o ścianę, chcąc nieco zamaskować swój coraz gorszy stan, drgały pod jej ciężarem. Gadka o ojcu nie zrobiła na niej wrażenia, gdyż zachowała pokerową twarz. Spróbował drugiej opcji. 
Podszedł jeszcze bliżej, dokładniej tam, gdzie leżała przed chwilą Ruby. Przykucnął, żeby być niższy od Lamii. Poprawił włosy, które opadły mu na twarz.
- Nie chcę eskalacji tego w jakieś głupie wytykiwanie sobie co, kto komu zasługuje i jest winien. I ty z pewnością też. Wiemy o sobie zbyt wiele, a jak wiadomo, kto za dużo wie, powinien milczeć. Po prostu oddaj ten sztylet i cię stąd wypuszczę. I już nigdy więcej nas nie spotkasz.
O ile ciało miał Hulka, tak twarz jego zawsze miała łagodne rysy. Przynajmniej nie był tym typem, który swoją gębą straszył w ciemnych uliczkach.
Dziewczyna parsknęła śmiechem, lekko krztusząc się krwią.
- Ty nie rozumiesz? W dupie mam to, co wydaje ci się, że o mnie wiesz. Wydając mnie, kręcisz bat sam na siebie. Poza tym, skoro zobaczyłeś kim jestem, to jak sądzisz, komu uwierzą. Mnie, osobie o krystalicznej opinii, która została ranna podczas waszego porwania mnie, czy wam, siedzącym w gównie jakim jest czarny rynek po same uszy?
- Nie wspominałem nigdzie o skarżeniu się policji. Chodziło mi raczej o źródła i osoby, które wiedzą, że ta opinia nie jest krystaliczna, na jaką opisujesz. Widziałem twoje praktyki, jesteś bardziej znana na czarnym rynku, niż my.
W międzyczasie spojrzał wymownie na pusty nadgarstek. Dawał jej się wypowiedzieć, widząc, jak uwielbia wypluwać elokwentne słowa, w których jedynym uczuciem są złość i chęć postrachu czy strzelenia komuś w kolano. W tym wypadku to on był celem.
- Więc patrzysz, ale nie widzisz - kaszlnęła krwią - Mylisz osoby, to nie ja jestem znana na czarnym rynku. Znany jest on. Ten który sprzedaje dzieła sztuki, ale nie ma twarzy ani imienia. Ten którego nie możesz znaleźć, bo to on do ciebie przychodzi gdy tego zachce. Nieposzlakowana i poprawna moralnie kobieta jak ja, nie ma z nim nic wspólnego.
Jej kaszel stał się bardziej intensywny, a oddech coraz płytszy. Miał dość. Czas się dłużył, im dłużej w kuckach, tym bardziej krew się w nim buzowała. Poza tym wyczuwał zbliżający się moment kulminacyjny, a nie chciał zostawić tego bez swojego komentarza. Włosy na jego nadgarstku stanęły dęba. Kulminacja powrotu już tuż-tuż, i jak widać dziewczyna też zaraz odleci.
- Ciekawe co by powiedzieli "jego" klienci, gdyby się dowiedzieli, że on to ona. Nie żaden obleśny pasjonat sztuki z przypadku, tylko wręcz lustrzane przeciwieństwo... - mówił cichym, nużącym tonem - Nie walcz z tym, odpuść. Odpłyń. - powiedział, widząc jej pogarszający się stan - Złapię cię - dodał.
- Nie, to ty odpłyń - ewidentnie zaczynała majaczyć, bredzić - Wpieprzacie się do mojego życia, mimo że nikt was nie prosił.
- To się nazywa pomoc. Czasami robi się ją bez pytania - nadstawił się do złapania jej w locie.
W końcu jej świadomość opuściła jej ciało. Bez żadnych dalszych ceregieli wziął denatkę na swe barki. Odpłynęła bardzo mocno. Druga zmordowana kocica "przypłynęła" gdy jedną ręką wiązał rozwiązane sznurowadło. Poczuł, jak coś cieknie mu po plecach.

*** W domu państwa Wade'ów ***

- Chłopie, nie jestem pewny czy mam remedium na ten przypadek. Mogę mieć coś, co złagodzi objawy...
- Hmm.
- Jak mówiłeś, tak było. Pracowałem dla jej ojca. Dzięki temu byłem też jednym z niewielu lekarzy mających dostęp do leków dla... podróżników w czasie. Swoją drogą, są to jedne z najdroższych leków i tylko naprawdę bogaci mogą je sobie pozwolić.
- Zauważyłem...
- Ale jak się zwolniłem, straciłem dostęp do receptur i pozwolenie na robienie ich.
- Pan się zwolnił?
- Tak, jakieś parę lat temu. Z Fuyu planowaliśmy powiększyć rodzinę, a ona się stresowała, jak tam pracowałem. Bała się o mnie, a ja o nią jak się stresowała. Stres jest zły dla kobiety płodnej.
- Mogła pić pańskie nalewki z konopi. A tak logicznie myśląc, nie rozumiem, czym się stresowała. Co za mafia kropnęłaby swojego lekarza?
- Nadinterpretowała sobie coś jak typowa kobieta. A skoro o nalewce mowa. Chcesz jeszcze trochę? Wciąż wyglądasz niemrawo.
- A chętnie, dziękuję.


*** Nieznany dzień i nieznana godzina ***

  Z objęć Morfeusza wyrwał ją ból promieniujący od pleców do brzucha. Wyrwał ją w gorączce do chłodu realiów. I całe szczęście, bo dłużej w koszmarze nie wytrzymałaby. Mówią, jeśli umrzesz we śnie, umrzesz naprawdę. Nie wie ile w tym prawdy, ale czuła, że była blisko, by sama się przekonać.
  Otworzywszy oczy, zamiast ujrzeć zaufaną brudną zieleń siedziby Chrystiana, ujrzała beżowe ściany i białe firanki tańczące przy lekkim wietrze. Słońce wstydliwie zaglądało przez nie.
  Kiedy próbowała doń sięgnąć, zrozumiała, że jestem w pozycji siedzącej. Była obtoczona różnymi rurkami, wężami i igłami. W dodatku miała na sobie biały fartuch zakrywający tylko przód. Zmusiła się, by przemóc ból i wymacała, w jakim stanie są jej plecy. Zbyt gwałtownie to zrobiła i kolejna fala bólu przeszła przez nią.
- Dzień dobry. Jak się spało? - powiedział głos zza jej pleców.
Ojcze...
Wszędzie wyczuje te perfumy. Mocne, duszące, a mimo to ich używa, ponieważ macocha kupuje mu je co rok na gwiazdkę. Nie widziała, gdzie stał, ale pojęła, że robi coś przy kroplówce. Nowe płyny zaczęły spływać do żyły.
- To powinno pomóc - czuła go teraz z tyłu, jak ich dotyka - Nie nadwyrężaj skrzydełek aż nadto. Zapakowałem je w temblak, byś mi nie odleciała.
Była zbyt zmęczona na ojcowskie żarty, więc zbyła to. Wciąż gadał, a ona się tym nie przejmowała. Chodził koło niej i sprawdzał... w sumie nie wiadomo co. Odszedł i wciąż terkotał. To zaczynało być denerwujące jak komar latająca nad uchem.
  Próbowała się odwrócić w jego stronę. Może gdyby czytała z jego ust, zrozumiałaby, co do niej mówi. Co się potem okazało, wcale nie zwracał się do mnie. Na łóżku obok leżał podobny przypadek w stanie głębokiego odrętwienia. Aż się Rubince cieplutko na sercu zrobiło. To oznacza, że się zagalopowała.
  Zauważyła ją. Ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się do niej.
- Jakie to jest uczucie... leżeć w takim samym łóżku co zwykły plebs? - uniosła lekko brew.
Wtedy Anioł stanął między nami tak, że jej twarzy już nie widziała.
-Warto czasem dla dobra nauki zrównać się z pospólstwem - rzekł bezgłowy korpus.
Drzwi się otworzyły i zrobił się mały przeciąg.
- Dzień dobry.
Nieoczekiwanie i ze wspaniałym (sarkazm) wyczuciem czasu do pokoju weszła Fuyu, Ruby macocha. Macochą jest tylko z nazwy, ponieważ nie pasuje pod stereotyp złej baby odgradzającej od ojca. Ona była jak do rany przyłóż. Młoda, wyrozumiała, nawet próbowała zastąpić jej matkę, a gdy to się nie udało, pozostała dla niej miła. Wróć. Miła jest dla wszystkich.
  I była w ciąży. O rany. W drodze kolejna przyszywana siostra lub braciszek. W dodatku to stanie się wkrótce, sądząc po rozmiarach jej brzucha. A może to wieloraczki?
  Niosła dwa talerze z parującym pokarmem. Anioł wziął je od niej i położył na krańcach łóżek.
Fuyu lekutko się ukłoniła. Jej długie białe włosy opadły tak, że nie było widać jej twarzy. W ogóle nie spojrzała na nas, wzrok miała tępo skierowany ku oknu. Oczy miała tak jakby pochłonięte mgłą, co w połączeniu z jej naturalnymi lodowo-niebieskimi tęczówkami wyglądało, jakby była ślepa. Była, lecz częściowo.
- Mam nadzieję, że będzie wam smakować. To puree z ziemniaków i wątróbka w sosie wiśniowym. Do tego...
- Do tego widać buraki - przerwał jej Anioł - Świetnie na podniesienie żelaza. Wątróbka także. Dziękuję kochanie, ale ty powinnaś leżeć i wypoczywać. Przemęczasz się.
- Widać - speszyła się - Nie jestem zmęczona. Chciałam być miła dla Ruby i jej koleżanki. Tak rzadko mamy gości... To ja już pójdę - odwróciła się na pięcie o 180 stopni.
Jej kroki były równe i odmierzone. Wyciągnęła przed siebie ręce, by upewnić się, że jest przy framudze drzwi.
- Ostrożnie na schodach, kotku! - krzyknął do niej Anioł.
Odpowiedzią były 2 puknięcia w ścianę.
Ojciec stał ze skrzyżowanymi rękami, surowym wzrokiem nas taksując.
- Zostawiam was, byście zjadły posiłek przygotowany przez moją żonę. Ja też będę w tym czasie spożywał, więc mam nadzieję, że nie będę musiał tu interweniować. Ma być w miarę spokojnie i nie róbcie żadnych sztuczek. Ruby, nie waż się zbyt raptownie wstawać, rozerwiesz sobie szwy. Apolonio... nie próbuj skakać w czasie. Przeniesiesz się z igłami wbitymi w żyły, a to nie brzmi jak świetny pomysł - klasnął demonstracyjnie w dłonie - Potem wrócę tu z Chrystianem. Będziemy dążyć z wami do porozumienia i rozwiązania konfliktu. Pokojowo - podkreślił.


<Apolonio?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...