środa, 10 września 2025

Od Apolonii do Ruby / Od Ruby do Apolonii 6

Od Apolonii do Ruby


Obiad przygotowany przez kobietę był dużo lepszy, niż na to wyglądał, mimo to z pewnością nie był lepszy od tych, które serwowała mi przez całe życie służba, jednak dało się zjeść. Bez najmniejszego skrzywienia się, ale też apetytu, bardziej z przymusu powoli przełykałam następne porcje, świadoma, że potrzebuję tego, by odzyskać siły. Zarówno ja jak i moja towarzyszka jadłyśmy w kompletnej ciszy, chyba nikt nie oczekiwał od nas, że nagle, zupełnie jak za sprawą magicznej różdżki, zapałamy do siebie miłością bezwarunkową i utniemy przyjazną pogawędkę podczas wspólnego posiłku. Zresztą, w moim przypadku, posiłki nie sprzyjały prowadzeniu jakichkolwiek konwersacji.

Wspólna rodzinna kolacja od zawsze była ulubionym posiłkiem ojca, z nieznanego mi powodu podobno kojarzyła mu się z moją matką. I właśnie tylko dlatego sobotnie kolacje, które organizowane z wielką pompą, były jedynym posiłkiem w ciągu tygodnia, który jadaliśmy wspólnie, od zawsze dokładnie za każdym razem serwowano nam to samo. Celebrowanie idiotycznej tradycji zakorzeniła się na stałe w naszym życiu i żadnym sposobem nie dało się jej wyplenić. Miała się rewelacyjnie i wszystko wskazywało na to, że nie odejdzie do lamusa, dopóki nie wyfrunę z rodzinnego gniazdka.

- Apolonio, kolacja dzisiaj jest wyjątkowo wyborna, czyż nie? - jakiekolwiek padające słowa podczas posiłku nie wróżyły najlepiej. Lekko się spięłam, czerwona lampka ostrzegawczo biła na alarm, mimo to spokojnie przełknęłam, żeby odpowiedzieć zgodnie z oczekiwaniami ojca.

- Jak zawsze doskonała ojcze - jak zawsze beznadziejnie paskudna, z dokładnie tego samego powodu co on ubóstwia, ja nienawidzę tej niedorzecznej tradycji, całkowicie odbiera mi apetyt. Na samo wspomnienie zarówno o niej, jak i o matce robiło mi się po prostu niedobrze. Matka pewnego dnia zniknęła, zostawiła nas bez słowa, najlepiej było zamknąć ten rozdział raz na zawsze, a nie co chwile rozdrapywać i wyciągać na światło dzienne odległe i niezbyt przyjemne wspomnienia.

- A jak wyniki w szkole - zacisnęłam mocniej palce na sztućcach aż kostki paliczków zbielały i pochylając lekko głowę, schowałam twarz za kaskadą kruczych włosów. Wiedziałam, że jego pozornie niewinna rozmowa bardzo szybko bezlitośnie obróci się przeciwko mnie, on odzywa się do mnie, ba, zauważa mnie tylko wtedy, gdy pilnie coś ode mnie wymaga lub tylko wtedy gdy chce mnie za coś zbesztać. Jest to kolejny z wielu zwyczajów ojca, który wyjątkowo sobie upodobał. W każdej innej sytuacji jestem dla niego powietrzem, niczym duch, który niezauważalnie przemyka po posiadłości. Tym razem zdecydowanie chodziło o to drugie, dokładnie wiedziałam, o co pyta, a on już i tak znał odpowiedź na swoje pytanie, oczywiste było, że mu donieśli, w końcu zawsze to robili. A teraz najzwyczajniej mnie sprawdzał, chciał, żebym przyznała się do porażki, co samo w sobie miało być jeszcze większym upokorzeniem. Odłożyłam sztućce na talerz i podniosłam dumnie głowę, patrząc mu odważnie w oczy, jeszcze bardziej niż przegranej nie tolerował okazywania tchórzostwa. A gdybym nie była w stanie wytrzymać jego spojrzenia lub – co gorsza – w ogóle na niego spojrzeć, z pewnością uznałby to za brak odwagi. Nie interesowało go, że coś zrobiłam dobrze, wszystko miało być wykonane najlepiej, jak tylko się da, a jeśli tak było wykonane, to nie widział potrzeby, aby zawracać sobie tym głowę. Należało się natomiast skupić na klęsce i dopilnować, aby więcej się ona nie powtórzyła, nie chcąc się jeszcze bardziej narażać, nie próbowałam więc zapakować interesującej go informacji miedzy okładki z powodzeń.

- Na możliwych sto punktów uzyskałam dziewięćdziesiąt siedem z testu z matematyki - wyraz jego twarzy nie zmienił się ani jotę, nie miało go co zaskoczyć, skoro wszystko od dawna wiedział. Siedziałam w kompletnej ciszy, czekając na werdykt, miałam wrażenie, że bicie mojego przerażonego serca odbija się echem w całej jadalni, a w chwili gdy ojciec się odezwie stanie w kompletnym bezruchu - Dziś po kolacji przeniesiesz się do części służbowej i przez następny miesiąc przed i od razu po lekcjach będziesz pracowała, spała i jadła ze służbą. Jeśli nie potrafisz docenić możliwości, jakie ci daje, powinnaś zacząć przyzwyczajać się do swojego przyszłego zajęcia, bo nie zamierzam utrzymywać darmozjada - Spojrzałam zaskoczona na niego, było dla mnie oczywiste, że oberwę, ale nie spodziewałam się, że konsekwencje mojego potknięcia mogą być aż tak poważne. Nie będąc w stanie kontrolować dłużej rozgoryczenia niesprawiedliwą dysproporcją kary do przewinienia zerwałam się z krzesła - Ale ojcze, to i tak był najlepszy wynik i - ojciec zmrużył niebezpiecznie oczy, natychmiast urwałam, nie próbując się dalej tłumaczyć, tym sposobem mogłam ugrać tylko jeszcze gorszy wyrok.

- Nie interesuje mnie to, moja córka zawsze ma dawać z siebie dwa, trzy, a nawet dziesięć razy więcej niż inni, być zdecydowanie najlepsza w tym czego się podejmie i deklasować rywali na każdym polu, a przede wszystkim ma być perfekcyjna, doskonała w każdym calu i nie kompromitować mnie. Nie będę z tobą dłużej dyskutował ani tym bardziej targował się. Zapamiętaj raz na zawsze, ze śmieciami się nigdy nie negocjuje, śmieci się zawsze pozbywa. Dla własnego dobra nie zawiedź mnie więcej - przetarł usta haftowaną serwetką i nie posyłając mi nawet przelotnego spojrzenia, zostawił mnie samą stojącą przy stole. Wiedziałam, że miał rację, zawiodłam całkowicie, pchana pychą i ignorancją pozwoliłam sobie na to potknięcie, porażkę, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Ojciec w swoich lekcjach wielokrotnie mi udowodnił, że nikt nie jest niezastąpiony i córka z pewnością nie stanowi dla niego wyjątku.


 Do pomieszczenia, w którym nie do końca zgodnie ze swoją wolą leżałam, po raz kolejny weszło dwóch mężczyzn, z resztą dużo szybciej niż mogłam przypuszczać z zapowiedzi, obu z nich było dane mi już wcześniej poznać. Jeden z nich, doskonale mi już znany dawny lekarz rodzinny głównie ściągany do moich niecodziennych przypadłości, tyle razy się mną zajmował, że po prostu nie mogłam go nie rozpoznać. Drugim mężczyzną wnioskując po ubraniach jak i górującą nad wszystkimi sylwetką, był ktoś, komu zamierzam w niedalekiej przyszłości odpłacić pięknym za nadobne i to z nawiązką. Uprzedzałam co się stanie jeśli mnie, chociażby dotknie, zlekceważył ostrzeżenie, więc kolejnego nie dostanie, a ja nie jestem z tych, co rzucają słowa na wiatr, nie wspominając już o jego pożal się boże groźbie. Stanął przy drzwiach, jakby swoją wysoką posturą chciał odciąć drogę wyjścia, szczerze wątpiłam, aby podpięta do aparatury i cała pobandażowana jego koleżaneczka miała ochotę na jakąkolwiek wycieczkę. Natomiast ja wybrałabym całkowicie inny sposób na ucieczkę, czego zdecydowanie powinien być świadomy. Jednak jedno musiałam niechętnie przyznać, ucieczka z kroplówką, faktycznie nie była najrozsądniejszą z opcji.

- Wyciągnij mi te igły, nie zmarnuję w tym cyrku więcej czasu - nawet jeśli nie czułam się jeszcze w pełni sił, to gorzej niż wcześniej być nie mogło. Przekaz był jasny, z resztą mężczyzna, do którego skierowane były moje słowa, będący świadkiem mojego dorastania doskonale był świadomy, do czego jest zdolny nie tylko mój ojciec, ale również i ja, pod wieloma względami bijąc wielokrotnie na głowę swojego rodziciela. Właśnie dlatego jego bezruch mnie tak zaskoczył, zupełnie jakby nie słyszał moich słów, lub odważył się bezczelnie je zlekceważyć.

- Christian streścił mi pokrótce wasz spór, a skoro obie jesteście tu tymczasowo uziemione, tak jak mówiłem wcześniej, rozwiążemy go w pokojowy sposób - w tym momencie całkowicie wyłączyłam, przestałam słuchać jego kazania, który prawił, jakby był moim ojcem. Z tą różnicą, że mój ojciec nie umoralniał mnie w ten sposób, nie próbował wytłumaczyć niczego słowami, nie prosił godzinami. On po prostu wymagał i bezwzględnie egzekwował. Będący najwyraźniej w zmowie panowie byli zdecydowanie zbyt dużymi optymistami, jeśli myśleli, że uda nam się jakoś dojść do porozumienia. Aczkolwiek w żadnym wypadku nie mogłam tego nazwać sporem czy konfliktem, tego nawet nie można nazwać sprzeczką. Niejaka Ruby była jak paproch, kamyk, zwykły mały kamyczek, który wpadł przez przypadek do buta i delikatnie irytuje swoją obecnością przy każdym kroku, lecz usunięcie go nie jest najmniejszym wyczynem i zajmie dosłownie kilka sekund, jeśli już pofatygować się o pozbycie się tej zwykłej niedogodności.

- Ty chyba nie rozumiesz, wytłumaczę to najprościej jak się da - zignorowałam jego słowa, których nawet nie słuchałam, dokładnie tak samo jak on przed momentem moje - ojciec od dłuższego czasu szuka pretekstu, żebym pomogła mu w jednej sprawie, bo tak się składa, że więzy krwi nic dla mnie nie znaczą, a ja miłosiernym samarytaninem zdecydowanie nie jestem, więc bezinteresownie mu nie pomogę. Wyciągnij ze mnie te igły, jeśli nie chcesz, żeby w jednym z czasów znajomi ojca odwiedzili tą jakże wciąż piękną parcelę - W pomieszczeniu zaległa kompletna cisza, odczucie wyczekiwania na fenomen rozejmu, które wcześniej było wręcz namacalne, momentalnie się zmieniło w przeszywający do szpiku kości chłód. Jeżeli twierdzili, że wszystko pójdzie gładko i nastanie cudowne pojednanie, mogli się gorzko przeliczyć. Każdy z nich jak leci, rozpoczynając od dezertera, do którego straciłam jakikolwiek szacunek w momencie jego odejścia, kończąc na nieszczęsnej Ruby Wade, nie znaczyli dla mnie kompletnie nic, pod żadnym względem nie traktowałam ich na równi ze sobą, byli dla mnie zwykłymi fantami, widziałam w nich tylko pojedyncze przyszłe możliwości, coś, co może kiedyś mi się przydać i co być może, jeśli faktycznie okaże się przydatne, skrupulatnie wykorzystam. Cała reszta była bezwartościowa, jak wielkie opakowanie prezentu, którego się natychmiast pozbywa, gdy dotrze się do upragnionej zawartości. A ojciec doskonale zadbał, bym odpowiednio traktowała chałturę. Słowa wypowiedziane przez niego zapamiętałam doskonale na całe życie, wyryły się w mojej głowie na stałe i niczym cień nie opuściły mnie nigdy. Gdy tylko byłam o krok od poddania się, odpuszczenia sobie, widziałam wzrok ojca pełny pogardy, scena, która przewijała się przed moimi oczami, była tak wyraźna, jakby miała miejsce przed momentem, a nie kilkanaście lat temu. Tamten miesiąc wyplenił doszczętnie ze mnie jakąkolwiek tolerancję niedoskonałości. Pokazał mi, jak świat traktuje tych, którzy nie są w stanie dać siebie więcej niż inni, jak świat będzie mnie traktował, gdy nie będę wystarczająco dobra i jak ja powinnam traktować tych, co znajdują się na szczeblach łańcucha pokarmowego niżej niż ja.

Cały czas mając przed oczami tamten wieczór, zamierzałam raz na zawsze uciąć temat rozejmu. Dokładnie jak wtedy ojciec przetarłam usta papierową serwetką, która leżała na tacy obok talerza i odkładając całość na kastlik przy łóżku odezwałam się patrząc prosto w oczy mężczyźnie, który był rodzicem dziewczyny, o której była mowa.

- Ze śmieciami się nie negocjuje, śmieci się zawsze pozbywa


<Ru?>

==========================================================================
Od Ruby do Apolonii

Nie było tak, iż Anioł oczekiwał, że nagle stanie się cud, dziewczyna zmieni zdanie i zahipnotyzowana, niczym publiczność podczas przedstawienia magika, odda to, co skradła. Nie oczekiwał nic, ponieważ znał ten typ. Typ dorosłego dziecka, a gdyby był bardziej obeznany z psychologii, zapewne znalazłby na to już istniejący termin. Widział już wiele takich przypadków u swoich małych pacjentów, w większości tych wychowanych w obrzydliwym bogactwie.
- Zabawne, że o śmieciach wspominasz... - lekko się uśmiechnął, wciąż patrząc jej w oczy - To, co sobie przywłaszczyłaś, jest właśnie śmieciem. Ma wartość czysto sentymentalną, jako pamiątka rodzinna. Tak jest nawet zapieczętowana. Stąd nie rozumiem - przeciągnął się, wyprostowany - czemu masz takie zainteresowanie tym przedmiotem. Chciałbym zrozumieć, do czego dążysz swoimi czynami - mówił, zachowując stoicki spokój - Znam cię od...
Zatrzymał się. Poniekąd znał ją od sporadycznych wizyt lekarskich z jej matką, kiedy Apolonia była wielkości fasolki. Potem, pomiędzy łataniem ludzi jej ojca, czasami wzywali go do jej problemów. Coraz częściej musiał przychodzić, gdy dziewczynka przechodziła w wiek, w którym pamięć zaczyna tworzyć wspomnienia na całe lata.
- Od małego cię znam. Pamiętam, że zawsze była u ciebie akcja i reakcja. Miałaś tendencję do robienia czegoś, za co wiedziałaś, że będziesz wynagrodzona. I wiem, że teraz dążysz do tego samego. To ma związek z tobą, czy z twoim ojcem?
Nie musiał się obawiać o nieostrożny dobór słów. Nie obawiał się też, jakie groźby usłyszy w jej monologu. On jest lekarzem, codziennie spogląda śmierci w oczy. Drwi sobie z niej, dopóty chodzi tylko o niego. Można powiedzieć, że pewnego razu się przeliczy o zły krok w tańcu z panią kosą, ale nie. Odkąd jego ostatni dzień jest mu znany, wie, że umrze sam, bez niepotrzebnych ofiar, a jego bliscy będą bezpieczni. Żniwiarz rozliczy niego, i tylko niego. Kiedy Ruby dołączyła do rodziny, dowiedział się tego, choć o to nie prosił... O tym jednak nietaktownie opowiadać teraz.
Otrząsnął się z zamyślenia. Znowu skupił się na Apolonii. Tak, zdecydowanie była jednym z tych dorosłych dzieci. Ten termin można dwojako rozumieć, ponieważ są dwa rodzaje przypadków. Pierwszy to pociechy rozpuszczone aż do bólu. Mama i tata podsyłają wszystko pod nos i tak dorastający człowiek nie musi się o nic martwić. Potem, w życiu dorosłym, taki ktoś nie jest w stanie żyć w społeczeństwie, bo ma mentalność 10-cio latka. Taki wyrośnięty 30-letni gówniarz w zderzeniu z rzeczywistością popada w depresję. Dorywczo robił takim autopsję i w 90% przypadkach były to przedawkowania. Te pozostałe 10% to były rzeczywiście zaplanowane samobójstwa.
- Samo chełpienie się, że znasz mnie od małego, nic ci nie pomoże, jeśli nie potrafisz wysnuwać odpowiednich wniosków ze swojej wiedzy. Bardzo nie lubię się powtarzać, więc grzecznie poproszę ostatni raz, żebyś wyciągnął ze mnie te igły. Później nawet ze względu na starą znajomość, którą tak bardzo wypominasz, nie będę miała ani krzty obiekcji czy wyrzutów sumienia.
Skrzyżował ręce na piersi.
- Nie szukam pomocy dla siebie. Właśnie mam cel w tym, by tobie pomóc, jedynie musisz mi pozwolić to zrobić. Może próbuję jakoś koślawo, ale jestem lekarzem, znam się tylko na chorobach i ich zwalczaniu. Gdybym znał się na negocjacjach, zostałbym policyjnym negocjatorem - skierował wzrok na kroplówkę, z której pozostała jeszcze ćwiartka - Jeszcze musisz poczekać, zanim cię odepnę.
Drugi rodzaj przypadków to dosłownie dzieci, które od małego traktowano jak dorosłych. Albo jak małych żołnierzy. Zazwyczaj przejawia się to pierw brakiem jednego lub dwóch rodzicielskich autorytetów i niewypełnionymi ambicjami rodziców bądź rodzica. Oni chcą, by ich pociecha była we wszystkim perfekcyjna. Chcą, by była mistrzem tysiąca dyscyplin, by mogli być z niej dumni, by mogli się pokazać jako tych, którzy swe dziecko wynieśli tak wysoko. Dziecko to chodzące trofeum. Wymagają, nie dając mu w zamian podstawowego ciepła, czy też empatii. Taki mały żołnierz przerasta swego rodzica i staje się osobnikiem idącym po trupach (bądź, jeśli zmięknie podczas rygorystycznego wychowania, trafi mu się ten sam los, co tym rozpieszczonym).
Taki wyhartowany typ nie popadnie w nałogi, nie popełni samobójstwa i świetnie poradzi sobie w życiu. Życiu, z którego nie nadąży się nacieszyć. Ciągła praca i dążenie do perfekcji drastycznie zmniejszają ich średnią długość życia. Nadciśnienie i zawały po 40-stce to ich codzienność. W późniejszym stadium, gdy się już uwolnią od wpływów rodziców, rozpaczliwie próbują rekompensować swój brak dzieciństwa.
- Aktualnie jesteś praktycznie ostatnią osobą, od której oczekuję jakiejkolwiek pomocy. Gdyby nie twoja córeczka, a później jej przygłupi chłoptaś, który goni za nią jak piesek, w ogóle by mnie tu nie było i każdy byłby szczęśliwy, idąc w swoją stronę. I to wyłącznie ich wina, że muszę się teraz tu męczyć, więc rzekomo jako ten najbardziej odpowiedzialny i inteligentny z całej waszej zgrai, powinieneś zdać sobie sprawę, w jak niewygodnej sytuacji się znaleźliście. Nie będę pertraktować ani debatować, robactwo nie jest najlepszym partnerem do jakichkolwiek negocjacji.
Anioł odwrócił się do rzekomego pieska. Ten udawał, jakoby wyłączył się na dialog prowadzony w tym pokoju, lecz widział w jego oku iskierkę wskazującą, iż cicho wsiąka w siebie ich słowa. Nie przejmował się Cherubiną, gdyż była na końskich środkach przeciwbólowych (czyt. bardzo mocnych środkach, a nie na ketaminie). Złapał z Chrystianem wzrokowy kontakt. Bez połączenia się wiedział co myśli Anioł (dzięki mitycznej męskiej komunikacji niewerbalnej).
"Za długo to przeciągamy, a ten laluś się jeszcze nie zjawił. Zakładam, że wciąż wybiera kolor butów pasujący do marynarki."
Cóż, może niedosłownie tak obaj pomyśleli, lecz faktem było, że ten cały szajs był po to, by zatrzymać Lamię do przyjazdu ich "tłumacza". Stanowczo nie szło im zejście do poziomu rozumowania Apolonii, więc potrzebowali kogoś, kto, jak żaba, przeskakuje i jest elastyczny w kontaktach międzyrasowych. Takim kimś jest brat Krysi, Mikołaj, pseudonim Rein (Czysty).
Mów o wilku, a się zjawi. Z podwórka dochodziły ciche głosy silnika i parkowania. Anioł wyjrzał przez okno. Z zaparkowanego na podjeździe srebrno-czarnego auta (Lamborghini Urus, SUV, 305 km/h) wysiadł chłopak, truchtem pędzący do drzwi.
Doktorek odwrócił się do Chrystiana, stojącego niczym posąg w drzwiach.
"Wybierał kolor auta do marynarki."
Nie minęło długo nim chłoptaś wbiegł po schodach i, stanąwszy zadyszany we framudze, przywitał wszystkich zawadiackim uśmiechem.
-Wybaczcie, korki... Zmora drogowców.
Odetchnąwszy, wyprostował na sobie bordową, aksamitną marynarkę Armani, tą z półpłótna za 13.300 złotych koron. Z góry lśniąca i miękka, niżej przechodziła w zygzakowaty, różowaty wzór. Jako spodnie założył czarne wełniane spodnie od Brooks Brothers, spięte ciemnym skórzanym paskiem Gucci (tym z kwadratową sprzączką). Razem około 12.850 koron.
Jeden ze skórzanych hebanowych butów, firmy Bottega Veneta, miał rozwiązane sznurowadło. Jeśli dobrze pamiętam, te kosztowały zaledwie trzy tysiące złotych monet.
Można by rzec, że ten młody dżentelmen miał tą kreację specjalnie stworzoną na ten właśnie moment. Jednak wydało go kilka małych detali. Mianowicie założył skarpetki sięgające tylko do kostek, co oznacza, iż nosił je przed ubraniem się. Komponowanie ubiory musiał zacząć od koszuli, gdyż jego shirt Ralpha Laurena miał podwójny rodzaj patronu kresek pionowych. Możliwe, iż pierw chciał wybrać outfit luzaka, lecz coś się nie powiodło i wyszedł młody boss. Być może to był wybór wymuszony pośpiechem. Próbując przyćmić luzackość koszuli, dobrał do niej krawat Hermesa z czarnym wzorkiem.
Ale nie złoto to, co się świeci, i nie wolno oceniać króla wyłącznie po ubiorze. Oprócz dbania o swoją garderobę, Mikołaj jest znany z niezwykłej dbałości o wizerunek. Jego jasna cera była wolna od wszelkiego zarostu i niedoskonałości, dzięki codziennej dbałości o nią i rutynowym goleniu się.
Uścisnął z Aniołem dłonie. Dłonie, które zarabiają na siebie tym, że wypływają spod nich teksty, których słucha tysiące istnień. Dlatego muszą brać co jakiś czas spa. Tymi dłońmi właśnie poprawił niesforny kosmyk, który oddzielił się od zaczesanych do tyłu włosów i niesfornie podskakiwał mu przed oczami. Skoro mowa o oczach, to jego znak rozpoznawalny (i podobno ubezpieczony na sporą forsę). Chłopak ma heterochronię, co oznacza, że ma różnokolorowe oczęta. Prawe oko jest kompletnie niebieskie, zaś lewe piwno-brązowe.
Z Chrystianem bratem, do którego wcale nie jest podobny, choć są dwujajowymi bliźniakami, przywitał się ich specjalnym uściskiem. Do Ruby, widząc jej stan, nie podszedł. Za to, gdy zauważył Apolonię, postanowił z grzeczności teraz się przywitać. Uklęknął przy jej łóżku, niby żeby być na jej poziomie oczu, ale to Mikołaj, on nigdy nie przestaje bajerować. Chwycił w ręce jej dłoń i złożył nań wietrzny pocałunek.
- Panna Apolonie Maschera, jak mniemam? Słyszałem o twojej osobie, nie tylko od towarzyszących tu panów. Jestem Mikołaj i mogę czuć się zaszczycony, że mnie tu wezwano - uśmiechnął się lekko, wiedząc, że prawdopodobnie go zignoruje. Nie przeszkadzało mu to. Jeszcze się nie znają.
Zmrużyła niezadowolona oczy i cofnęła dłoń gwałtownie, na ile pozwoliła jej aparatura i poprzypinane do jej ręki rurki.
- Trzymaj łapy przy sobie, jeśli nie chcesz mieć ich uciętych przy samej dupie - z jej ust wydobył się cichy syk.
Mikołaj chwilkę obrócił się, by upewnić się, że syk był skierowany jedynie do niego. Mam tu do czynienia z gorącą bombą zegarową, pomyślał. Każdą bombę da się rozpracować, tylko potrzeba czasu. Utrzymał swój uśmieszek, nie dając znać, że go cokolwiek poruszyła groźbami. Jego motto to iść przez życie z uśmiechem, a problemy same uciekną przed optymizmem.
- Panie Wade, nie ma sensu tu dłużej siedzieć. Z chęcią odwiózłbym już wszystkich do domów.
- Cóż - Anioł spojrzał na kroplówkę - A niech ci będzie - zaczął odłączać Apolonię od aparatury - Odwieź wszystkich prosto pod drzwi. 
Chrystian zrobił to samo z aparaturą Rubinki.
- W sumie to ja - zaczął Chrystian - wolę teraz przenieść się z Che... Ruby do siebie. Szybciej będzie mogła odpocząć. Jedź z Lamią.
"Oby twój samochód był wielki, bo będzie musiał pomieścić wielkie ego", rzekł do brata telepatycznie.
Anioł nie kwestionował jego wyboru. W sumie, im szybciej chłopacy oferowali rozwiązania prędkiego wyniesienia się z jego domu, tym bardziej mu byli na rękę. Baba z wozu, koniom lżej. Chrystian też radował się wewnętrznie, iż za chwilę uwolni się od duszącej atmosfery, rozsianej wokół osoby o imieniu na A. Mikołaj lubił i szanował pana Anioła, lecz ten dom był w takim niekorzystnym położeniu, że przyprawiał go o ciarki. Jedna posiadłość na kilometr niezabudowanego stepu. To dawało mu nieprzyjemne wibracje czegoś, co siłą zostało wyrwane z kontekstu. Ulga przyszła, gdy na horyzoncie wyrosły pierwsze budynki miasta.
Przejażdżka odbywała się w grobowej ciszy. Ostatecznie pierwsze słowa padły w jakimś podziemnym parkingu. Mikołaj wyszedł i otworzył drzwi Apolonii, nim sama zdążyła wyjść. Tym samym zatorował jej sobą drogę. W palcach trzymał wizytówkę ze swoim numerem telefonu.
- Panna wybaczy, muszę wymusić na tobie kolejne spotkanie. Myślałem nad dniem jutrzejszym, lecz to by było stanowczo za szybko. Co byś powiedziała na przyszły wtorek? Oboje jesteśmy istotami, które przyciąga sztuka, więc może by tak muzeum? Konkretniej chodzi mi o to z portretami władców.

*** Późnym wieczorem, w lepszej części szczurzej nory ***

W yin jest zawsze yang i w yang jest zawsze yin. Zło w dobru, dobro w złu. Chaos w spokoju i na odwrót. Czemu o tym wspominam? Gdyż to, co na pierwszy rzut oka wydawało się złe, może okazać się dobre i w drugą stronę. To, co widzimy, nie często odzwierciedla całość.
Posiadłość Chrystiana wydała się Apolonii zgniłą ruderą, gdyż pokazał jej zaniedbane skrzydło. W rzeczywistości było kilka pomieszczeń utrzymanych w stanie nietkniętym, jak gdyby nigdy nie zostały wyrzucone z użytku. Zostawiając sobie tyle pokoi, ile potrzebował, z reszty zrobił iluzję, jakoby to miejsce było opuszczone (gdyby komuś jakimś cudem udałoby się przedrzeć do środka).
- Boję się - pisnęła niemrawo Ruby.
Leżała na brzuchu w wielkim łóżku. Pod sobą miała stos poduszek dla wygody. Przez lekko uchylone okno wpływało do środka powietrze wraz ze stłumionymi odgłosami miasta. Na szafce przy łóżku paliła się świeczka.
- Wciąż chodzi o ten sztylet? - zapytał Chris.
Stał w kuchni i szykował jedzenie na następny dzień. Trochę z tego podjadał. Podświetlał sobie widok latarką i światłem z lodówki.
Niektóre pokoje, jak owa kuchnia i sypialnia, były połączone ze sobą poprzez wyburzenie ścian. Dziewczyna czuła zapach jedzenia, lecz była zbyt zmęczona, by być głodna.
- Nie... Boję się, że on wróci i zobaczy, że nie dotrzymałam obietnicy. Zawiodę go. Będę porażką w jego oczach.
Nawet po długiej kąpieli, leżeniu w czystej pościeli i noszeniu przewiewnej piżamy (tzn. dużej koszulki Krysi), czuła się jakby ugrzęzła po szyję w brudnej mazi. Nie czuła się komfortowo z tym, co się stało, i z tym, co się może stać.
- Mhh... - usiadł obok niej i delikatnie ściszył głos - Może przesadzasz. To byłby aż zbyt podły zbieg okoliczności, gdyby nagle teraz zjawił się upomnieć o swoje.
- Życie lubi płatać takie żarty.
W odpowiedzi westchnął, położywszy się u jej boku.

<Apolonio?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Od Braen'a

 - Nie zrobiłem tego, by się komuś przypodobać - mruknął - Chciałem im pomóc z własnej woli. - Och, jaki szlachetny duet mi się tu trafił - ...