Od Apolonii do Ruby
„Wyżej łokieć Elizabeth - na dźwięk apodyktycznego głosu jedenastoletnia dziewczynka drgnęła, by jak najszybciej skorygować i tak idealne już ułożenie ciała. Widziałam to. I ten jej zwierzęcy strach w oczach, który niezwykle szybko opanował całe ciało, co spowodowało, że się niebezpiecznie zachwiała, by po sekundzie spaść z niewielkiego taboretu. Jednak nie ruszyłam się, aby jej pomóc, żadna z nas się nie ruszyła. Zamiast tego, jak jeden mąż wstrzymałyśmy oddech i jeszcze staranniej poprawiłyśmy sylwetki, by wypaść jak najlepiej, jednocześnie pokazując wielkość przepaści między nami a dzieckiem na podłodze. Jakby nie patrzeć to głównym celem szkoły było pozbywanie się defektów, a niedoskonałość była uważana za największe przewinienie - jesteś kompletnie bezużyteczna - nauczycielka nie krzyczała, ale powiedziała to na tyle głośno, by każda z nas doskonale ją usłyszała, a przeszywające na wskroś pogardą oczy nauczycielki były dużo gorsze niż wszystkie krzyki razem wzięte. Wiedziałam, że przez ten błąd, dziewczynka będzie miała teraz piekło, stworzone nie tylko przez nauczycieli, ale także przez nas, wszystkie razem i każdą z osobna, nieudolność należało piętnować z należytą starannością. W końcu dla nikogo nigdy nie ma zbyt wysokiej poprzeczki, są tylko zbyt małe chęci, by coś osiągnąć. Czy było mi jej żal? Ani trochę, w duchu cieszyłam się, że to nie ja jestem na jej miejscu. Dręczona przez najbliższe dni albo się podda i zmieni szkołę, albo wytrzyma nasilające się obelgi i stanie się odrobinę silniejsza niż była wcześniej. Ale to była Elizabeth, beznadziejna Elizabeth, która, tak jak powiedziała wcześniej kobieta, nie nadawała się do niczego. Wadziła i była w naszej klasie tylko po to, by zbierać przysłowiowe baty. Nie wróżyłam jej długiego pobytu w szkole, chociaż miesiąc, który wytrzymała i tak był imponującym, jak na nią wyczynem. Szybko jednak przestałam dumać nad losem zapewne byłej już koleżanki, która niezgrabnie, zapewne z powodu nadwyrężonej kostki, próbowała się pozbierać i wróciłam do rzeczywistości, czując wypalaną dziurę w brzuchu przez wzrok surowej nauczycielki.”
Castello, szkoła ucząca jedynie piękne dzieci, z pięknych domów, od pięknych, a zaraz bajecznie bogatych rodziców. Elitarna szkoła dla typowych snobów, gdzie dziewczynki zamiast w zbijaka na wychowaniu fizycznym ćwiczą balet, a chłopcy szermierkę. Oczywiście wszystko pod czujnym okiem belfra, którego jedynym zadaniem, nie licząc nauczenia tych jakże przydatnych umiejętności, jest dopilnowanie, by dziewczynki nie podkładały sobie nóg z zawiści, a chłopcy nie wydłubali sobie oczu floretem w przypływie chorej rywalizacji. Chociaż tak właściwie danie się złapać było większym błędem niż samo przewinienie. W zamyśle mury szkoły opuszczały już nie zagubione dzieci, a nastolatkowie wykształceni w wielu dziedzinach, gotowi do sukcesu. W rzeczywistości wypuszczała na świat zwykłych egocentryków, skupionych tylko na zyskach, ale za to jakże piekielnie i niezaprzeczalnie idealnych we wszystkim, co robili. Z pewnością nie był to najłatwiejszy okres w moim życiu, jednak mam świadomość jak wiele mu zawdzięczam. Zawsze ją miałam. Zainwestowany kapitał, pieniądze i czas procentują od momentu opuszczenia przeze mnie szkoły. Bycie absolwentem Castello otwiera drzwi na dosłownie wszystkie uczelnie, a tam to już jest bajka. Poświęciłam tak wiele, by być najlepsza, za nic miałam znajomości szkolne, liczyło się tylko by po trupach dojść na sam szczyt. A z każdą popchniętą na dno osobą, mogłam się jeszcze wyżej wybić.
To dlaczego do jasnej cholery, gdy się obudziłam, zamiast u siebie, w przestronnym apartamencie na szczycie wieżowca, ewentualnie w najlepszym, na dodatek prywatnym szpitalu, znajdowałam się w takiej obskurnej ruderze? Wyrwana z objęć marazmu początkowo nie zwróciłam uwagi na pomieszczenie, w którym się znalazłam. Skupiona na odzyskiwaniu pełni świadomości potrzebowałam dosłownie chwili, by nieprzyjemne odrętwienie odeszło, a moje zmysły zaczęły funkcjonować w miarę prawidłowo. Pokój był ciemny, ciężkie powietrze przenikała osobliwa mieszanka krwi, papierosów i alkoholu, miałam wrażenie, że wnika do mojego gardła, nieprzyjemnie podrażniając je z każdym wdechem coraz bardziej. Koło prawie pełnego garnka krwi leżała jakaś równie mocno zakrwawiona co moja bluzka szmata. Wszystko wskazywało na to, że ktoś próbował mi pomóc, może i ubranie miałam cale brudne i aż sztywne od zaschniętej krwi, ale na rękach nie było nawet śladu, na twarzy także nie czułam charakterystycznych zaschnięć. Mogłam więc wykluczyć zatargi staruszka, w najlepszym przypadku zapewne obudziłabym się bez ręki. Nadal czując osłabienie, podniosłam się, a gdy ruszyłam w kierunku wyjścia, zahaczyłam nogą o jeszcze jeden materiał. Dość sceptycznie go uniosłam, by się mu przyjrzeć, czarna, dość znoszona kurtka nie była szczytem moich marzeń, jednak była w o niebo lepszy stanie niż moja koszula, a czymś musiałam ukryć plamy. Nie zastanawiając się zbyt długo, w obawie, że zmienię zdanie, założyłam ją, czego szybko pożałowałam. Ona także była przesiąknięta zapachem alkoholu, jak i papierosów. Ruch w jednym z rogów skutecznie odgonił moje myśli od niefortunnego ubioru. Pobieżnie, aczkolwiek ze sporym obrzydzeniem, omiotłam wzrokiem pomieszczenie, by w końcu zatrzymać go na kanapie, na której udało mi się wypatrzeć zarys osoby, a tuż obok na ziemi drugiej. W drugim przypadku nie miałam wątpliwości, że był to mężczyzna i to dość spory. Spięłam się nieco, a nieprzyjemne ciarki przeszły mi po plecach. Szybko jednak zganiłam się w myślach, niepotrzebny strach paraliżuje i odbiera racjonalne myślenie, na co nie zamierzałam sobie pozwolić. Biorąc pod uwagę jakże przytulne otoczenie, gdyby nie walające się butelki, plus świadomość, że rozlana krew na podłodze zapewne należy do mnie, miałabym spore wątpliwości, czy nie są to dwa trupy. W takiej uroczej dziurze zazwyczaj znajduje się truchła, ewentualnie ich resztki nadjedzone przez szczury, a nie kogoś żywego. Uspokoiłam drżący oddech, cały czas byłam zbyt słaba, by ponownie polegać na mocy musiałam więc inaczej się wydostać.
Drzwi. Przeklęte drzwi, bariera odcinająca mnie nie tyle, co od reszty świata, co ważniejsze, od świeżego powietrza, za które aktualnie wiele bym oddała, były zamknięte na klucz. Zakląwszy w myślach, zaczęłam szukać kluczy, zastanawiałam się, jak duża szansa jest, że będą walać się w tym śmietniku gdzieś na wierzchu. Zbyt wiele czasu nie skarciłam na szukanie, bo oprócz tej przeklętej kanapy, którą starałam się omijać, nie było żadnego innego mebla. Niechętnie podeszłam do upojonego towarzystwa, niezbyt się hamując, kopnęłam leżącego mężczyznę w bok, ten jednak był tak zalany w trupa, że tak jak podejrzewałam, nawet nie drgnął, zero reakcji. I dobrze, przynajmniej się nie wtrąci niepotrzebnie, gdyby taki się zamachnął i trafił, to nie byłoby czego ze mnie zbierać. Przeszukałam dokładnie, ale ostrożnie jego kieszenie, mimo wszystko musiałam uważać, żeby się nie obudził. Kluczy nie znalazłam. Postać na kanapie była przykryta kocem, jednak z łatwością mogłam stwierdzić, że była dużo drobniejsza, można powiedzieć, że mojej postury. I w przeciwieństwie do towarzysza, zdecydowanie była to drobna kobieta lub nawet dziewczynka. Jednocześnie teoretycznie mogłaby być mniej szkodliwa, biorąc pod uwagę siłę fizyczną. Jednak nie mogłam nic zakładać, to nie karty w dłoni, a trzymane w rękawie asy decydują o zwycięstwie. Zastanawiając się jaki sposób będzie najlepszy, by przeszukać zapakowaną w koc osobę, nie zwracałam, o ironio, na nią uwagi, więc dopiero po chwili zauważyłam, że para oczu dokładnie mnie lustruje.
<Ruby?>
Pogłoski i plotki są rozpuszczane w świat, by kogoś pogrążyć, by kogoś zniszczyć. Jednak często, tak jak stereotypy, zakrawają o wydarzenia, które stały się naprawdę. Tak więc nie dziwiło nikogo, kiedy bajeczki o dzielnych asasynach, królewskich skrytobójcach, wyrosły na ziarnie prawdy. Na terenach Persji robiło się gorąco, i to nie przez panujący tam klimat. "Po sąsiedzku" pojawili się tam Krzyżacy. Nie trzeba było być tęgim umysłem, aby wiedzieć, że te dwie grupy się wściekle nie cierpią.
To dzięki Krzyżakom Nizaryci, których powszechnie znamy jako asasynów, dostali swój nowy przydomek. Chrześcijański zakon zwał ich tak od pogardliwego arabskiego wyrażenia "hasziszijja" (w wymowie pierwsza i ostatnia litera są prawie nieme), co oznaczało "zażywający haszysz". Późniejsza historia asasynów spowodowała, że obecnie kojarzą się tylko z cichymi mordercami, ze skrytobójcami.
Nizaryci mieli, według plotek, odurzać się psychotropami po owocnych mordach. To była tylko część prawdy.
Narkotyzowali się przy każdej okazji, lecz zawsze dobranymi do okazji specyfikami. Przed walką psychostymulanty (najczęściej napar z czystej kofeiny, taka niby ich ówczesna wersja kawy, tylko że z większym kopem), aby podwyższyć poziom adrenaliny, percepcję wzrokową i ruchową oraz przełamać niechęć do rozlewu krwi i bólu. Po walce, nawet tej przegranej, nalewka z mleczka makowego i kruszonej słomy maku lekarskiego. Ten mix działał przeciwbólowo i wspomagał sen. Przyjmując audiencje i spotykając się w swym gronie, palili trawkę z sziszy i zamawiali haremy. Na co dzień raczyli się wyrobami tytoniowymi. Alkoholu w ogóle nie tykali, bo to było aktem bezbożnym i niemoralnym.
W pewien słoneczny dzień jeden mały oddział właśnie świętował... coś. Po prostu coś. Znalazła się okazja, to i hucznie musiało być. W wynajętym lokalu świętowało piętnastu jegomości w cywilnym odzianiu i niezliczona ilość pań do towarzystwa. W powietrzu unosił się ziołowy zapach zmieszany z dymem i seksem.
Goście skupili się wokół stołu jadalnego. Większość siedziała na poduszkach, a panie na kolanach, bądź na podłodze. Jedynym wyjątkowym wyjątkiem była Mariem. Leżała na kanapie typu szezlong między dwoma mężczyznami. Była traktowana lepiej od innych, choć nie była specjalnie piękna. Była wręcz pospolita. Kruczoczarne, kędzierzawe włosy, ciemne oczy i jasnobrązowy kolor skóry. To ją różniło od innych pań, że nie zajmowała się zarabianiem na narkotyki swoim ciałem. Jej ciało było narkotykiem.
Spętana łańcuchami u nóg, i z obrożą na szyi, była unieruchomiona na kanapie. Z jej naciętych nadgarstków wolnym ciurkiem wypływała krew, a dwaj mężczyźni zlizywali ją do cna. Chociaż była w półnegliżu z przeźroczystych koronkowych chust, oddychała z wielkim trudem. Nie pomagał fakt, iż powietrze było przesiąknięte psychotropowymi wyziewami. Panowie nie znali umiaru. Powieki stawały się coraz cięższe.
Nagle rozległ się alarm. Ktoś coś krzyknął, potem coś trzasnęło, a dalsze huki stłumiły piski burdelowych dziewczyn. Asasyni przy wyjściu odskoczyli do schowka, by dobyć bułatów, ale w ostateczności starali się odeprzeć atak czymkolwiek, co wpadło im w ręce. Bezskutecznie. Pierwsi padali pod nogi napastników, drudzy próbowali się ratować ucieczką przez okno.
Do salonu wtargnęły postacie w białych szatach z czarnymi krzyżami na napierśnikach. Kto przed nimi nie uciekł, ten taplał się we własnej jusze.
Mariem usłyszała podkute kroki kierujące się ku kanapie. "To koniec", pomyślała, a jej ciało przejęło paraliżujące zimno. Ku jej zdziwieniu, zamiast stali w brzuchu, poczuła luz na nadgarstkach.
- Śmiem twierdzić, iż macie coś, co nie należy do was - rzekł znajomym głosem Krzyżak, taksując pana po lewicy i po prawicy.
Obaj syknęli, ukazując kły i nieludzko wykrzywiając twarze. Ich fizjonomie przypominały teraz te z groteskowych wizji o demonach. Czarnooki wąpierz po prawej pierwszy rzucił się do ataku. Rycerz cofnął się o krok, przestąpił na nogę i sieknął potwora pod żebro. Klinga przeszyła go na wylot niczym gorący nóż masło.
Brodaty afryt zbladł, jak to zobaczył. Odwaga go opuściła. Nawet pobladł tak, że przez moment znów przypominał człowieka. Może nawet jakby przemówił, zanim sięgnął go miecz, uratowałby się na łaskę. Miast tego zarzęził z rozciętej krtani.
Kobieta, zebrawszy siły, podniosła wzrok. Ujrzała przed sobą ostrze. Natychmiast zacisnęła powieki.
Cicho brzęknęły rozerwane łańcuchy.
Gdyby spojrzała jeszcze raz, zobaczyłaby młodego mężczyznę o białych włosach do ramion, cudnych niebieskich oczętach i skórze jasnej jak ziarno w polu. Przez zamknięte powieki widziała jego blask.
- Wszędzie rozpoznam te czarne loczki.
Rzuciwszy hełm w kąt, obdarzył ją łagodnym uśmiechem. Wytarł miecz o płachtę i wsadził go do pochwy. Podszedł do Mariem i wziął ją pod pachy i uda. Ze wstrząśnieniem stwierdził, iż uniósł ciało, które opuściła dusza. Przyglądał się bezwładnym dłoniom. Zagryzł język, żeby nie kląć nad nieboszczką.
- Spóźniłem się... Przepraszam. To się więcej nie powtórzy. Obiecuję - wyszeptał - Jeszcze się spotkamy, i przysięgam ci, że zdążę cię uratować.
***Teraźniejszość***
Jasność snu zniknęła i pojawił się mrok realiów. Jedyny związek, jaki poczuła, to zapach. Tutaj samym wdychaniem powietrza można się upić. Temu mieszkaniu przydałoby się porządne wietrzenie. Właściciela należałoby również nauczyć palić na zewnątrz. Najważniejsze to należałoby, by go nakłonić do kupienia własnego łóżka bądź drugiej kanapy. Ruby definitywnie czuła kto i jaki czas temu w niej spał, i to zdecydowanie nie były zapachy Chrystiana.
"Dlaczego jestem tu, a nie tam?" zadała sobie pytanie, ale czuła jakby ktoś włożył je jej do ust. Możliwe, ponieważ każdego dnia gdzieś na świecie odgrywają się akcje rodem z filmów o balangach stulecia kończących się gdzieś, gdzie diabeł mówi dobranoc.
Przynajmniej Chrystek nie zostawił ją bez niczego - przyniósł kocyk i przykrył ją, kiedy zmorzył ją sen. A teraz zbudziło ją przeczucie, że ma na sobie czyiś wzrok. Chociaż wcześniej słyszała jakieś szmery, to wtedy je ignorowała, myśląc, że to szczury albo karaluchy. Próbowała dalej spać, sądząc, że to tylko ten zboczeniec się jej przygląda. Jednak było w tym spojrzeniu coś, co ją zaalarmowało. Było zbyt natarczywe i obce.
Otworzyła oczy i szybko, ale bez ruszania się z miejsca, rozejrzała się po otoczeniu. Ku uciesze i zaskoczeniu zauważyła, iż ptaszyna ożyła i zaczęła czegoś szukać uporczywie przy czarnowłosym. Szukała jak głodny dzięcioł. Po chwili, jak widać bardzo zrezygnowana, zaprzestała. Wtem spojrzała na Ruby i, dziewczyna mogła przysiąc, ich spojrzenia się prawie spotkały. Na szczęście wróbelek nie zauważył tego na początku (tyle porównań do ptaków, że chyba zostanę ornitologiem).
Rubinka przesunęła dłonią po biodrach w poszukiwaniu kabury ze sztyletem. Aż ją zmroziło, kiedy nie poczuła jej pod palcami. I wzdrygnęła się, kiedy zauważyła, że może być w rękach dziewczyny. Możliwe, że w kurtce. Nie przypominała sobie, by była jej, choć wiele rzeczy zgubiła w tej ruderze (i nie wszystkie, o dziwo, znalazła).
Nareszcie nadszedł moment, kiedy ta dziewczyna zorientowała się, że nie patrzy na śpiącego manekina. Zamaszystym, wręcz teatralnym ruchem zrzuciła z siebie koc i w dwóch skokach doskoczyła do niej (to jeden skok dla przeciętnego człowieka). Zrobiła to tak bezszelestnie, że sama się zdziwiła swojej gibkości. Stała pół kroku od niej, twarzą w twarz.
- Śmiem twierdzić, iż macie coś, co nie należy do was - stwierdziła, mając silne uczucie deja vu, wypowiadając to zdanie.
Skinęła głową na jej kurtkę. Z bliska tym bardziej nie była pewna, czyja jest. Ruby ostatnio ubierała się bardziej kolorowo, a szczególnie dzisiaj pamiętała, że miała na sobie same "radosne" kolory. Dzisiaj miała na sobie pomarańczowe spodnie dostawcze z polarem, fioletową podkoszulkę, beżowy golf, a na to... Zupełnie nie mogła sobie przypomnieć!
- Krzątasz się, szukasz czegoś, nawet nie podziękujesz za uratowaną skórę... Ja wiem, czego chcesz. Mogę ci to dać, jeśli oddasz mi moją kurtkę. Albo to, co jest w niej. Sorry, ale trochę ją zapaskudziłaś, więc możesz ją sobie zatrzymać na pamiątkę, albo zostawić.
W sumie mogła zapytać o wiele więcej, bo gdyby nie ona, dziewczyna leżałaby gdzieś w rynsztoku. Szczury wyjadłyby jej gałki oczne. Na razie liczyło się tylko znalezienie sztyletu. To był jej najwyższy priorytet. Zaraz po nim było pozostać przy życiu i nie dać sobie ukraść skuterka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz